czas zmierzchu

Rosyjscy tłumacze na ratunek światu

Macie czasem tak, że pod wpływem przepracowania albo po prostu lenistwa odpuszczacie sobie resztę dnia, argumentując to słowami „przecież świat się nie zawali, jak nie skończę tego zlecenia”? Po lekturze tej książki następnym razem zastanowicie się trzy razy – bo jak wśród rozlewu krwi boleśnie przekona się bohater Czasu zmierzchu, od niektórych zleceń naprawdę może zależeć przyszłość wszechświata.

Niedawno nakładem wydawnictwa Insignis ukazało się drugie wydanie tej książki z bardzo ładną, klimatyczną okładką. A jako że na przykładzie między innymi bestsellerowego Metra 2033 i antyutopijnej FUTU.RE przekonałam się już, że Dmitry Glukhovsky świetnie potrafi opowiadać i zawładnąć wyobraźnią czytelnika – kolejnej okazji do spotkania z jego prozą nie mogłam przepuścić. A było to spotkanie na pierwszy rzut oka zaskakujące… bo jeśli do czegoś powieści Glukhovsky’ego nas przyzwyczaiły, to na pewno nie do bohaterów całymi dniami i nocami ślęczących przy maszynie do pisania.

Wyobraźcie sobie książkę, w której główny bohater przez większość czasu siedzi przy biurku i tłumaczy jakieś dokumenty… ewentualnie czasem dla odmiany posiedzi w fotelu i poczyta książkę. Albo – cóż za zwrot akcji – przejdzie się do pobliskiego biura tłumaczeń wymienić jeden plik kartek na drugi. Brzmi to jak dość ryzykowny pomysł na trzymającą w napięciu fabułę… A jednak – okazuje się, że na takich fundamentach da się zbudować wciągającą opowieść z pogranicza postapokalipsy, horroru i kryminału.

czas zmierzchu booshelf

Pewnego dnia prowadzący monotonne życie moskiewski tłumacz otrzymuje nietypowe zlecenie – zamiast typowej instrukcji obsługi pralki albo nudnych dokumentów handlowych dostaje do przełożenia fragment zapisków szesnastowiecznego hiszpańskiego konkwistadora opisującego tajemniczą wyprawę w poszukiwaniu zaginionej świątyni starożytnych Majów. Miła odmiana w dość powtarzalnej pracy drobnego tłumacza, prawda? Problem w tym, że w miarę posuwających się prac nad coraz bardziej wciągającym tekstem, wokół tłumacza i na całej kuli ziemskiej zaczynają się dziać dziwne rzeczy… trzęsienia ziemi i inne kataklizmy, majańskie świątynie materializujące się w centrum Moskwy, tajemnicze morderstwa i złe duchy krążące po ulicach – wszystko w dodatku podejrzanie powiązane z treścią tłumaczonego pamiętnika. Przypadek?

Tajemnice cywilizacji Majów to bardzo wdzięczny temat do snucia rozmaitych opowieści. Jak się okazuje, równie dobrze sprawdzają się jako podkładka pod film z Indianą Jonesem, jak i jako tło dla historii rozgrywającej się we współczesnej Rosji. Złe duchy, tajemna wiedza, przepowiednie końca świata – od wieków te tematy rozpalają ludzką wyobraźnię, podobnie jak zawładną myślami naszego tłumacza i nas samych skutecznie przykują do książki.

czas zmierzchu

Glukhovsky zresztą przy pomocy bardzo prostej retorycznej sztuczki upewnia się, że nie będzie nam łatwo odłożyć książki i zająć się innymi sprawami. Z jednej strony w kolejnych rozdziałach oszczędnie dawkuje informacje, a z drugiej nie stroni od aluzji, że oto już za chwilę stanie się coś ważnego i czegoś ciekawego się dowiemy, wystarczy tylko przewrócić kartkę albo dotrwać do kolejnego rozdziału. Który, rzecz jasna, stosuje dokładnie te same zabiegi i każe nam czytać dalej. Trochę mamy tu do czynienia ze swoistą książkocepcją, bo czytelnik bez trudu daje się złapać na dokładnie te same elementy, które przykuwają naszego tłumacza do wiekowego tekstu i każą mu coraz bardziej zagłębiać się w dzieje hiszpańskiej wyprawy.

Swego czasu krytycy porównywali Czas zmierzchu do Kodu Leonarda da Vinci… jest to porównanie co prawda dość śmiałe, ale na pewno niepozbawione podstaw. Z tą oczywiście różnicą, że Glukhovsky nie stara się gonić za tanią sensacją ani kreować historii na nowo, lecz snuje, niekiedy z przymrużeniem oka, swój własny komentarz do masowego zainteresowania kalendarzem Majów przed rokiem 2012. Przy okazji też, w tej bądź co bądź nastawionej przede wszystkim na rozrywkę lekturze, nie stroni od refleksji nad przemijaniem, śmiertelnością i wpływem ponurej świadomości nieuchronnego końca na nasze życie.

Z przyjemnością pochłonęłabym tę książkę w mgnieniu oka… gdyby lektury i niecierpliwego oczekiwania na rozwiązanie zagadki nie wydłużały moje własne zlecenia i sprawy grożące, że świat się zawali, jeśli ich nie dopilnuję. Ale na tym etapie wszyscy już chyba wiemy, że z takimi ostrzeżeniami nie należy igrać! Może więc ja też uratowałam ostatnio świat? Nie musicie dziękować!

Egzemplarz do recenzji podesłało wydawnictwo

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.