Romeo, czemu ty jesteś… gangsterem?

Jest luty, za niecały tydzień najbardziej różowy dzień w roku, miłość, serduszka, czekoladki… Chyba nie ma co z tym walczyć, więc dzisiaj porozmawiamy o miłości. I o parze najsłynniejszych kochanków świata.

Znaczy – będzie Szekspir. Ale Szekspir trochę nietypowy, bo przeniesiony w sam środek gangsterskich lat pięćdziesiątych. A przy okazji ujmująco współczesny. Mowa o najnowszej odsłonie Romea i Julii według Kennetha Branagha – spektaklu, którego retransmisję prosto z londyńskiego Garrick Theatre będziecie mieli okazję zobaczyć w Multikinach w całej Polsce już 16 lutego.

Romeo i Julia według sir Kena nadaje nowy wymiar cyklowi spektakli transmitowanych z Londynu do kin na całym świecie. Do tej pory widz na sali kinowej od widza w teatrze różnił się głównie tym, że nie miał niewątpliwej przyjemności gościć w Londynie i nie mógł powiedzieć, że przebywał w jednym pomieszczeniu z tym czy innym znanym aktorem. Za to dużo mniej zapłacił za bilet, miał dużo lepszy widok na scenę i bonusy w postaci zbliżeń na twarze grające subtelnymi emocjami, o możliwości chrupania nachosów podczas spektaklu nie wspominając. Tym razem widz w kinie dostaje jeszcze więcej. Bo choć publiczność teatralna wprawdzie widzi scenografię i aktorów w stylistyce z lat pięćdziesiątych, to podczas przygotowywania transmisji spektaklu dodano coś, dzięki czemu to ludzie w kinie poczują się jak na starym gangsterskim filmie – obraz wyłącznie w czerni i bieli.

"Romeo i Julia", reż. K. Branagh i R. Ashford, 2016.
Romeo i Julia, reż. K. Branagh i R. Ashford, 2016.

O czym jest Romeo i Julia, nie trzeba – mam nadzieję! – nikomu tłumaczyć. Ale to, co przez lata było na scenie przeważnie smętną historią o miłości i śmierci, u Branagha dostaje nowe oblicze. W pierwszej części bardziej przypomina komedię niż romantyczną i tragiczną historię z morderczym finałem. Wzniosłe słowa Szekspira zostają ubrane w gesty i zachowania współczesnych nastolatków. Wstawiona winem Julia na słynnym balkonie, fircyk Romeo w ciemnych okularach, wszystko to dodaje opowieści jakiejś lekkości i sprawia, że dużo łatwiej w tę ich nagłą, szaloną miłość uwierzyć. Co prawda kiedy docieramy do sztyletów, trucizn i grobowców, komediowy rys traci rację bytu i gdy sztuka wpada w swoje zwyczajowe koleiny cierpienia, robi się dużo cięższa, bardziej nieporadna i w dodatku niezbyt przekonująco zagrana… Ale tak to już chyba jest, kiedy w tragicznych rolach zatrudnia się ludzi z twarzy wprost tryskających radością.

"Romeo i Julia", reż. K. Branagh i R. Ashford, 2016.
Romeo i Julia, reż. K. Branagh i R. Ashford, 2016.

Obsada tytułowych ról jest jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem tego spektaklu. Jako Julię zobaczymy tu przeuroczą, świeżą i idealną w roli dziecinnej, egzaltowanej nastolatki Lily James. Jako Romea – obdarzonego przesłodkim uśmiechem i młodzieńczym urokiem osobistym Richarda Maddena. Gwiazdki Downton Abbey (James) i Gry o Tron (Madden) spotkały się już zresztą wcześniej pod okiem Branagha na planie Kopciuszka – już tam było widać między nimi chemię, która świetnie ożywia i ubarwia Romea i Julię. Wizerunkowo oboje dobrani są do swoich ról świetnie. Choć Madden nie wygląda już jak nastoletni chłopiec, to cały czas ma w sobie coś chłopięcego. A gdy się uśmiechnie, trudno dziwić się Julii, że momentalnie straciła dla niego głowę. Julia w wykonaniu Lily James przestaje być li tylko obiektem uwielbienia Romea, jest nieco charakterna, choć przy tym głupiutka i niedoświadczona – ale tym bardziej napuszone słowa o wielkiej miłości brzmią w jej ustach bardziej wiarygodnie, niż gdyby próbowano je wypowiadać ze śmiertelną powagą.

"Romeo i Julia", reż. K. Branagh i R. Ashford, 2016.
Romeo i Julia, reż. K. Branagh i R. Ashford, 2016.

Dopóki spektakl uderza w lekkie, komediowe tony, oboje sprawdzają się naprawdę całkiem dobrze. Lily James aktorsko wypada nieco lepiej, ale tam, gdzie Maddenowi zabrakło kunsztu, tam nadrobił uśmiechem i błyskiem w oku. Ale znów – kiedy na horyzoncie zaczyna już majaczyć grobowiec, trucizna i sztylet, ta ładna historia o miłości ładnych ludzi przestaje być taka ładna. Madden w dramatycznych scenach robi się jeszcze bardziej drewniany niż zwykle, a cierpienie wychodzi mu na zmianę albo zbyt przerysowanie, albo nieprzekonująco. Lily James też dużo traci, kiedy przychodzi jej zmierzyć się z rozpaczą… w efekcie z chwilą wygnania Romea trochę zaczynamy żałować, że to był dopiero zwrot akcji, a nie jej definitywny koniec…

Jeśli jednak na chwilę zapomnieć o nadchodzących grobowcach, sztyletach, truciznach i wszystkich ich konsekwencjach, jest w tym spektaklu kilka rzeczy, które warto docenić. Choćby prosta, a jednocześnie bardzo wielofunkcyjna scenografia. Branagh i jego ekipa przenoszą nas do Werony, ale do Werony, w której spokojnie mógłby mieszkać don Corleone. Klimatyczne włoskie kafejki i place, po których spacerują zadbane kobiety w eleganckich sukienkach i czujni faceci w stylowych garniturach i z bronią pod ręką – wszystko to wygląda pięknie, zwłaszcza w czerni i bieli na kinowym ekranie.

Fantastyczna niania w spektaklu "Romeo i Julia", reż. K. Branagh i R. Ashford, 2016.
Fantastyczna niania w spektaklu Romeo i Julia, reż. K. Branagh i R. Ashford, 2016.

Koniecznie trzeba też wspomnieć o świetnych drugoplanowych rolach: Meera Syal jest idealną włoską nianią, głośną, nieco rubaszną, przepełnioną czułością, a przy tym wnoszącą do historii sporą dawkę humoru. Równie jasną gwiazdą świeci szekspirowski weteran, Derek Jacobi w roli Merkucja. Choć wielu osobom obsadzenie w roli kompana Romea starszego pana mogłoby się wydawać niecodzienne, Branagh ma na to świetne uzasadnienie, o którym zresztą usłyszycie w materiałach dodatkowych przed spektaklem. Dość powiedzieć, że ten posunięty w latach Merkucjo wzorowany jest na anegdocie z życia Oscara Wilde, a sama postać nabiera nowego wymiaru. Merkucjo jest dla Romea kimś w rodzaju nauczyciela życia. Nie jest już wesołkiem, jego humor jest raczej maską, pod którą skrywa się zmęczenie, zniechęcenie życiem.

Myślę też, że warto docenić poświęcenie Richarda Maddena, który ten akurat spektakl zagrał (a także wyskakał i wybiegał) z poważną i ponoć bolesną kontuzją kostki – a mimo to jego występ wcale na tym nie stracił. Stracili za to widzowie kolejnych spektakli, bo przez resztę sezonu Maddena musiał już zastępować inny aktor. Nie wiem, czy grał lepiej, ale na pewno się tak ładnie nie uśmiechał.

"Romeo i Julia", reż. K. Branagh i R. Ashford, 2016.
Romeo i Julia, reż. K. Branagh i R. Ashford, 2016.

Romeo i Julia w nowej odsłonie wg Kennetha Brangha to może nie spektakl specjalnie rewolucyjny, a już na pewno nie najlepszy jaki zobaczycie w życiu. Ale to ciekawe doświadczenie i nowe, świeższe spojrzenie na wałkowaną od stuleci historię, którą wszyscy znamy już na tyle dobrze, że w pewnym momencie po prostu przestaje nas poruszać. Tutaj przynajmniej pierwsza część przedstawienia obudzi w was pozytywne emocje, rozbawi, rozczuli… A jeśli przyszłoby wam do głowy zamiast na przerwę pójść po prostu do domu i odpuścić sobie grobowce, sztylety i trucizny… to wyniesiecie z tego spektaklu same pozytywne wrażenia.

PS Przed spektaklem przypomnijcie sobie treść sztuki. Na wszelki wypadek. Przy pierwszych retransmisjach polskie napisy haniebnie kulały i zamiast pomagać, przeszkadzały w odbiorze. Być może przez tych parę miesięcy dystrybutorowi udało się zażegnać tłumaczeniowy kryzys… ale jak to mawiał Szalonooki Moody: STAŁA CZUJNOŚĆ!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.