Draco Malfoy i inne ciasteczka

Tęsknię za Draconem Malfoyem. I to nawet pomimo faktu, że nie bardzo mi się podoba odmienianie jego imienia przez przypadki. W ogóle tęsknię za Hogwartem, za gadającymi portretami, mrocznymi korytarzami i duchami mieszkającymi w łazienkach. Ale najbardziej tęsknię chyba za Malfoyem – zwłaszcza takim, jakim go malowały dziesiątki fanowskich opowiadań.

Draco bywał w nich bardzo różny. Był popularnym, narcystycznym playboyem. Był wyniosłym arystokratą. Był złośliwym chłopakiem, który wyżywał się na innych, bo na nim wyżywał się ojciec. Czasem zachowywał się nawet jak psychopata – to u mnie, pod koniec mojej kariery w dziale fan fiction i w ramach niedopowiedzenia – co było jednakże pomysłem nieco chybionym i sprawiło, że nigdy nie dokończyłam swojej opowieści.

Przede wszystkim zaś na niemal każdym z tych blogów był postacią mocno niejednoznaczną. Jego mniej lub bardziej odpychające czy niepokojące zachowania były przykrywką dla w gruncie rzeczy dość wrażliwego, słabego i przerażonego życiem chłopaka. Draco miał się czego bać – surowego ojca i stawianych przez niego oczekiwań. Voldemorta i okropności, do których ten go zmuszał. I siebie samego – bo po tylu latach zgrywania kozaka przyznanie się do strachu musiało być dziwnym doświadczeniem. Czegokolwiek by nie mówić o naiwności nastolatek, bardzo wprawnie podłapałyśmy sugestie rzucone przez Rowling i na tysiąc sposobów odmieniałyśmy wewnętrzne życie tego pięknego, „złego” chłopca, w którym część z nas kochała się przez pół dzieciństwa.

Kadr z filmu "Harry Potter i Książę Półkrwi", reż. David Yates, 2009.
Kadr z filmu Harry Potter i Książę Półkrwi, reż. David Yates, 2009.

Dlaczego tak się rozpisuję o Malfoyu? Bo z niemałym rozczarowaniem muszę powiedzieć, że Draco Malfoy jest jedyną dobrze poprowadzoną postacią w Przeklętym dziecku, najnowszym nabytku potterowego świata. No dobrze, przesadziłam. Draco jest jedyną dobrze poprowadzoną postacią ze „starej gwardii”. Oprócz niego trzyma poziom też jego syn, Scorpius. I na tym mniej więcej koniec.

Dla tych, którzy przespali ostatnich kilka miesięcy – Przeklęte dziecko to scenariusz sztuki wystawianej w Londynie, wydany niedawno w formie książki. Sztuka – co ważne – jedynie oparta na „oryginalnej opowieści” J.K.Rowling, rozgrywa się około dwudziestu lat po bitwie o Hogwart i próbuje nam opowiedzieć o tym, jak to jest być synem sławnego Harry’ego Pottera… i to takim, który trafił do Slytherinu.

Piszę, że sztuka próbuje nam to opowiedzieć, bo dość daleka jest od zrobienia tego skutecznie. Jest w niej tyle niedoskonałości, że nie bardzo wiem, od czego zacząć.

potter2

Nie będę się czepiać tego, że historię zrealizowano w formie sztuki i scenariusza. Jestem przekonana, że na scenie może to wyglądać całkiem imponująco. Didaskalia co prawda nie powalają szczegółowością, ale kiedy wyobrażam sobie wirującą scenę, mgły, światła, szepty za plecami widowni – myślę, że to może mieć sens. Wiele osób jednak narzeka, że przez taką a nie inną formę opowieść zupełnie straciła cały magiczny klimat… ale szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy to wina rozpisania historii na scenariusz. Ja swego czasu czułam klimat, nawet czytając same spoilery do Przeklętego dziecka… ale rzeczywiście w oryginalnym tekście trochę mi magii zabrakło. Może więc chodzi raczej o to, że Przeklęte dziecko po prostu nie jest zbyt dobrze napisane. Nawet jako scenariusz.

Siłą tej formy powinny być dialogi. Błyskotliwe i zabawne dialogi były też zawsze znakiem rozpoznawczym J.K.Rowling. Wystarczy więc kilka stron, by się zorientować, że JKR niczego tutaj nie napisała, co najwyżej rzuciła scenarzystom kilka pomysłów i jakiś ogólny zarys sytuacji. Dialogi leżą. Przynudzają. Łopatologicznie opowiadają o emocjach. I prawie nikt nie brzmi w nich tak, jak powinien.

Coś dziwnego stało się z większością naszych ulubionych bohaterów. Hermiona zrobiła się jakaś mało błyskotliwa i nieostrożna. Ron przeobraził się w nieco przygłupiego wuja Staszka, którego dowcipy nikogo nie śmieszą. Ginny zamieniła się w swoją własną matkę, tylko ktoś przy okazji zapomniał, że jej matka potrafiła pokazać pazurki. A Harry… Harry zawsze był trochę irytujący. Ale teraz przechodzi samego siebie.

Jedyną postacią, która ma tu w miarę wiarygodne psychologiczne tło, jest Draco. Może dlatego, że to właśnie Draco został mocno przepracowany w rozmaitych fan fikach… bo Przeklęte dziecko jest jak jedno wielkie fan fiction. I to, jeśli mam być szczera, niezbyt odkrywcze – dawno temu czytałam lepsze fan fiki pisane przez nastolatki.

Czyżby mały ukłon w stronę fan fików? ;)
Czyżby mały ukłon w stronę fan fików? 😉

Zakładam, że w głowie Rowling pomysł na tę opowieść wyglądał obiecująco. Bo to w dużej mierze historia o relacjach, o stawaniu się rodzicem, o życiu w cieniu sławnego ojca. Harry’emu zdecydowanie lepiej wychodzi ratowanie świata niż budowanie więzi z własnym synem – i jest to podstawa do całkiem ciekawych rozważań o bliskich relacjach w rodzinie. Zwłaszcza, że schemat dziecka walczącego o aprobatę ojca powtarza się tu aż trzy razy. Ale niestety w co najmniej dwóch przypadkach niewiele z tego wynika.

Pomysł na przygody młodego pokolenia czarodziejów też był całkiem ciekawy… Choć ja osobiście z pewną rezerwą podchodzę do podróży w czasie. Rzadko kiedy wychodzi z nich coś dobrego – i nie mówię tu o skutkach fabularnych tylko o tym, co większość ludzi nazywa „trzymaniem się kupy”. W telegraficznym skrócie: Albus Severus Potter wpada na genialny pomysł naprawienia błędów swojego słynnego ojca i postanawia cofnąć się w czasie (w dodatku więcej niż raz), co rzecz jasna niefortunnie zmieni bieg rzeczywistości. I jakoś będzie trzeba ten bałagan posprzątać. A że w międzyczasie obudzą się siły Zła, bałagan zrobi się jeszcze większy.

Grzebanie w czasie to jeszcze nie najcięższy grzech Przeklętego dziecka. Jego największymi wadami są dziury w fabule i notoryczne chodzenie na łatwiznę. Tam, gdzie Rowling napisałaby fascynujące dwa rozdziały o tym, jak trio próbuje znaleźć rozwiązanie jakiegoś problemu, a potem wcielić je w życie, Przeklęte dziecko pomija wszystkie kwestie praktyczne. W jednej scenie jest pomysł, w następnej problem już dawno rozwiązany. Rozumiem, że sztukę trzeba zamknąć w takich ramach czasowych, żeby widz nie zasnął ze zmęczenia… ale nie tędy droga.

harry

Przeklęte dziecko ma mnóstwo wad. Ale nie będę was okłamywać – przez cały wieczór z radością szczerzyłam się do książki. I to nawet nie dlatego, że podczas lektury pochłonęłam pół paczki ciasteczek. Jestem i będę jedną z tych osób, którym samo słowo „Hogwart” albo trzy pierwsze nutki ze ścieżki dźwiękowej przełączają coś w mózgu. Zalewa mnie fala nostalgii. Mam wrażenie, że znów jestem wśród swoich. Nawet jeśli ci swoi mają teraz po czterdzieści lat i kompletnie zmieniły im się charaktery.

Jakkolwiek rozczarowująca nie byłaby ta lektura, jednocześnie przyniosła mi sporo radości. I dopisała na moją listę kulturalnych marzeń nową, ciekawą pozycję. Marzy mi się polecieć do Londynu za tych, powiedzmy, 15 lat, kiedy oryginalna ekipa filmowa będzie w wieku odpowiednim do grania rodziców nastoletnich chłopców. Marzy mi się, zobaczyć na jednej scenie Daniela, Emmę, Ruperta, Toma i Bonnie w Przeklętym dziecku. Tak, to mogłoby być ładne. Może oni tchnęliby trochę życia w te nijakie, czterdziestoletnie wersje naszych ukochanych bohaterów.

1 Komentarz

  • Miałam takie same odczucia! Książkę wręcz pochlonelam ale cały czas myślałam „co to ma być?” Cała książka wydaje się fan fikiem które czytałam w wieku 14 lat i niektóre były o niebo lepsze niż to…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.