Praca z domu – blaski i cienie

Przeżyłam ostatnio szok – chciałoby się powiedzieć: kulturowy, ale nie do końca. Po prostu po mniej więcej 2 latach pracy z własnej kanapy we własnym salonie trafiłam nagle do biura pełnego ludzi. I to w najgorętszym możliwym okresie intensywnej pracy nad kampanią crowdfundingową. I jak to zwykle bywa, dopiero w zderzeniu z zupełnie nowymi (nowymi-starymi?) warunkami w pełni dotarło do mnie, jakie mam szczęście i jakiego zarazem pecha, że na co dzień wykonuję swoją pracę z domu.

W kapciach i przy budyniu – zalety pracy w domu

Kiedy nagle okazuje się, że żeby w ogóle dotrzeć do pracy, musisz wstać dwie godziny wcześniej, by mieć czas na makijaż, śniadanie i godzinne stanie w korku, naprawdę zaczynasz doceniać swoje spokojne poranki. Przegryzanie dużego śniadania w przerwach pomiędzy jednym a drugim mailem. Ciepłe kapcie na nogach, ulubiony, porozciągany sweter i te jesienne dni, kiedy od rana leje, a ty wiesz, że droga z ciepłego łóżka do twojego stanowiska pracy zajmie minutę, będzie sucha, komfortowa, a na końcu oprócz obowiązków czeka na ciebie też puchaty kocyk i gorące kakao.

Pod względem wygody i oszczędności czasu trudno o lepsze warunki. Masz ochotę pracować w piżamach – proszę bardzo. Jeszcze mi się nie zdarzyło, ale lubię wiedzieć, że mam taką możliwość. Nie chce ci się czesać – nie musisz, bo i tak nikt cię nie widzi. Masz ochotę sobie poleżeć, przeglądając maile, albo zrobić pranie między jednym pilnym zadaniem a drugim – żaden problem. Nikogo nie obchodzi, co masz na sobie, co i kiedy jesz, jak często wstajesz, żeby rozprostować kości. Do pełni szczęścia brakuje już tylko tego, żeby zamiast pracować, można było oglądać seriale.

Poza tym, mniej rzeczy cię rozprasza – no chyba, że przez cały dzień myślisz o jedzeniu i wędrujesz od biurka do lodówki. Masz też mniej stresu. Rzadziej kontaktujesz się z ludźmi, więc siłą rzeczy oni rzadziej działają ci na nerwy. A nawet jeśli – możesz spokojnie sobie pobluzgać, wyrzucić z siebie frustrację, a potem z klasą odpisać: ok, dzięki. Pełen profesjonalizm.

Zawsze w pracy i zawsze na własną rękę – są i ciemne strony

Ale mimo swoich oczywistych zalet praca w domu ma też poważne wady. Jeśli nie jesteś zdyscyplinowany, zaczynasz zawalać kolejne zlecenia. Ale przede wszystkim – dom STAJE SIĘ pracą. I jeśli nie narzucisz sobie sztywnych zasad, granice pomiędzy pracą i czasem wolnym zaczynają się zacierać, aż w końcu łapiesz się na tym, że nigdy z pracy nie wychodzisz. A to automatycznie znaczy, że nigdy nie masz prawdziwie wolnego czasu – zawsze coś nad tobą wisi, na widoku cały czas leży sterta rzeczy do zrobienia na poniedziałek, a pięć minut przed snem to przecież całkiem dobry moment, żeby odpisać jeszcze na jednego maila.

Drugi podstawowy problem to izolacja. Nie chodzi nawet o to, że masz mniej kontaktu z ludźmi w ogóle – chociaż w skrajnych przypadkach rzeczywiście może dojść do tego, że będziesz sobie wyszukiwać preteksty, żeby w ogóle wyjść z domu… Ale na pewno rzadziej kontaktujesz się ze współpracownikami, nie ma okazji do burzy mózgów albo nauczenia się czegoś nowego ani też do rozładowującego atmosferę wspólnego śmiechu, kiedy projekt idzie tak źle, że nic poza śmiechem już wam nie pomoże. Niby robisz się bardziej samodzielny, bo uzyskanie pomocy czy informacji zwrotnej od współpracownika trwa trochę dłużej niż wychylenie się zza biurka ze słowami: ej, Grzesiek! – i często bardziej opłaca się poszukać rozwiązania samemu niż czekać, aż ktoś wreszcie odpisze albo oddzwoni. Ale równocześnie wielu ciekawych i przydatnych rzeczy się po prostu nie dowiesz i nie nauczysz, bo pozornie leżą poza kręgiem twoich zainteresowań i nawet nie przyjdzie ci do głowy ich szukać. A w biurze przypadkiem mogłyby wypłynąć.

Raj na ziemi… ale nie dla każdego
Nie zawsze jest łatwo i pewnie nie każdemu na dłuższą metę będzie to pasować… ale z drugiej strony, kiedy się już przyzwyczaisz do kanapowego stylu pracy, trudno wrócić do normalnego biurowego rytmu. Chociaż praca z domu czasem daje mi się we znaki, w tym momencie nie potrafię już sobie wyobrazić codziennych dojazdów i sztywnego siedzenia przy biurku… I mam szczerą nadzieję, że nie będę musiała! Praca z domu to dla mnie pierwszy ważny przystanek na drodze do upragnionej wolności – tuż przed pracą na własny rachunek, życiem ze swojej pasji i wreszcie nierobieniem zupełnie niczego. Kolejne kroki jeszcze daleko na horyzoncie, ale zrobienie tego pierwszego to już i tak spory sukces… choćby dlatego, że po transferze na kanapę poziom stresu zmniejszył mi się o jakieś 90%. I kiedy tak o tym myślę, ta jedna korzyść przeważa nad wszystkimi minusami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.