Po co komu medytacja?

Czasem zastanawiam się, po co ja właściwie czytam książki o medytacji. O mindfulnessie. O uważności. Czy marzę o jakimś wielkim, transcendentalnym oświeceniu? Nie. Czy kiedykolwiek udało mi się dłużej niż pół dnia wytrwać w postanowieniu, by może jednak spróbować pomedytować? Nie. Czy te książki same w sobie albo ich autorzy są dla mnie jakoś szczególnie atrakcyjni? Rzadko. Język większości takich publikacji doprowadza mnie do szału. Słysząc o tych wszystkich współczujących medytacjach, ścieżkach Wielkiej Drogi i czakrach, automatycznie wrzucam to wszystko do jednego worka z bajką o Troskliwych Misiach i różowymi jednorożcami.

Trudno o większego sceptyka ode mnie. A jednak z jakichś powodów regularnie po takie książki sięgam. Może interesują mnie z punktu widzenia naukowego, jako egzotyczna, ale coraz częściej badana dziedzina gdzieś na obrzeżach psychologii. A może cały czas szukam kogoś, kto będzie w stanie mówić o tym wszystkim, nie wywołując skojarzeń z jednorożcami. To akurat nie jest łatwe, bo większość książek, jakie wpadają mi w ręce, mówi o medytacji i uważności nie tyle nawet jak do odbiorcy, który z góry wierzy w transcendentalne oświecenie, co raczej do kogoś trochę jakby pozbawionego krytycyzmu. Język, którym zazwyczaj opakowuje się mindfulness, sam w sobie nie jest łatwy do przełknięcia dla racjonalistów. A jeśli jeszcze na dodatek ten czy inny autor stosuje daleko idące uproszczenia i skróty myślowe… skojarzenia z jednorożcem gwarantowane.

Dlatego miłym zaskoczeniem był dla mnie moment, kiedy Samo Sedno podsunęło mi książkę o medytacji napisaną wreszcie przez prawdziwego sceptyka. Pozbawioną napuszonych i enigmatycznych pojęć, konkretną, skonstruowaną trochę na zasadzie dziennikarskiego śledztwa. Bo też jej autor jest dziennikarzem i w pewnym sensie rzeczywiście prowadził śledztwo. W poszukiwaniu rozwiązania dla swoich problemów na własnej skórze testował i lustrował krytycznym okiem teorie, ścieżki i szkoły medytacji, szukając wśród nich czegoś wymiernego, co nie stałoby w opozycji do jego racjonalnych przekonań i kariery w medialnej korporacji.

Szczęśliwszy o 10%

Mowa tu o książce Dana Harrisa Szczęśliwszy o 10% – i już sam chwytliwy tytuł zapowiada, że autor wie, jak zjednać sobie odbiorcę. Zaczyna się, może nie jak u Hitchcocka, ale też mocno – od kryzysowego momentu, kiedy to Dan Harris prowadząc program na żywo, podczas czytania wiadomości na oczach milionów widzów nagle dostał ataku paniki. Atak paniki nie jest specjalnie medialnym doświadczeniem… i niewiele przychodzi mi do głowy bardziej niefortunnych sytuacji niż doświadczenie go przed kamerą podczas występu na żywo w dużej stacji telewizyjnej. Może gorzej byłoby podczas bycia koronowaną na królową Wielkiej Brytanii. Wtedy też jesteś przed kamerą i patrzy na ciebie jeszcze więcej ludzi i to rozsianych po całym świecie.

Szczęśliwszy o 10% to zapis nie tylko poszukiwania skutecznej drogi walki ze stresem, negatywnym myśleniem i innymi konsekwencjami intensywnego trybu życia, ambicji i ostrego współzawodnictwa. To nie tylko poszukiwanie wiarygodnych nauczycieli i skutecznej ścieżki medytacji. Przede wszystkim to sprawnie napisany reportaż o człowieku, który na własne życzenie znalazł się w kryzysowym momencie swojej kariery dziennikarskiej i stopniowo, krok po kroku starał się z niego wybrnąć.

Jeśli spodziewacie się rzewnej historii o nawróceniu na buddyzm, Szczęśliwszy o 10% was zaskoczy. Choć na kartach tej książki spotykamy wielu osobliwych przywódców grup religijnych, nie jest to żaden traktat o tym, dlaczego wszyscy powinniśmy się od razu do którejś z nich przyłączyć. Harris nie szuka duchowego oświecenia, tylko rozwiązania problemów, które mamy właściwie wszyscy: nadmiernego stresu, negatywnych emocji, impulsywnych reakcji i tego wrednego głosu w głowie, który ciągle nas krytykuje albo nakręca nasze obawy. Ta wyprawa po wewnętrzny spokój zaprowadzi go zarówno na pogawędkę z Dalajlamą, jak i do laboratoriów, jednostek wojskowych czy wielkich korporacji, gdzie medytacja i uważność stosowane są w kompletnie świeckiej formie, trochę jak specyficzny, umysłowy fitness.

Szczęśliwszy o 10%

Czy jeśli mindfulness cię do siebie przekona, z książki Harrisa nauczysz się medytować? W dodatkach na końcu znajdziemy wprawdzie garść praktycznych wskazówek, kiedy, jak i w jakiej pozycji oddawać się medytacji. Ale nie jest to podręcznik, który prowadziłby cię za rękę i podpowiadał kolejne kroki. To raczej książka, która ma cię zaciekawić, pokazać różne możliwe ścieżki, zachęcić do własnych poszukiwań. To książka, która w pewnym sensie obala mity o medytacji i próbuje nadać konkretne znaczenia enigmatycznym pojęciom tak chętnie używanym przez ludzi w szerokich, powłóczystych i kolorowych ubraniach. Autor nie stroni od humoru, krytyki, zwątpienia – i dzięki temu staje się bardziej wiarygodny. Jego rozsądne podejście do całej sprawy jest w stanie przemówić nawet do kompletnego sceptyka. Do mnie przemawia.

Czy to książka, która ma szansę radykalnie zmienić moje życie? Pewnie nie. Obawiam się, że jestem zbyt leniwa, żeby regularnie medytować. Ale też nie taki jest cel tej książki. Harris sam był sceptykiem i doskonale zdaje sobie sprawę, jak mgliście i życzeniowo brzmią zapewnienia o tym, że cokolwiek z dnia na dzień odmieni całe twoje życie. Wystarczy spojrzeć na tytuł – Szczęśliwszy o 10% – jeśli masz się spodziewać poprawy jakości swojego życia, to zamiast oczekiwać cudów, lepiej postawić na może niewielkie, ale za to wymierne efekty. A w gruncie rzeczy, przecież dokładnie o to nam wszystkim chodzi, prawda? Wcale nie chcemy, żeby nasze życie wywróciło się o 180 stopni… tylko żeby to, co znamy i do czego jesteśmy przyzwyczajeni, stało się trochę lepsze i trochę bardziej satysfakcjonujące.

Jeśli wierzyć Harrisowi, dokładnie to może przynieść medytacja – stopniową, wymierną zmianę na lepsze. Łatwiejsze radzenie sobie ze stresem i przygnębieniem, poprawę relacji z ludźmi, poczucie bezpieczeństwa w życiu… Jemu udało się to wszystko osiągnąć. A czy wam się uda?

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu

2 komentarze

  • Książka może być niezła, ale medytacja to chyba nie dla mnie 😉 Chociaż kiedyś się nad tym zastanawiałam i słyszałam wiele dobrego. Podobno można się wyciszyć i właśnie pokonać stres.

  • Z medytacją chyba do czynienia jeszcze nie miałam i taki enigmatyczny język w sumie też mnie męczy. Jestem bardzo ciejawa tej książki, jak napisałaś, że autoremnjest sceptyk, to czuję, że mogłaby mi się spodobać. Dopisuję do swojej listy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.