Czy pisarz ma prawo do prywatności?

by Mila

J.R.R. Tolkien pod koniec swojego życia starannie porządkował i uzupełniał przypisami dokumenty, notatki i bogatą korespondencję, którą przez lata wymieniał ze swoimi przyjaciółmi, wydawcami i czytelnikami. Dzięki temu jego syn, Christopher Tolkien po śmierci ojca mógł opracować i wydać Silmarillion, Niedokończone opowieści, Historię ŚródziemiaDzieci Hurina. Również dzięki temu fani Tolkiena mają dziś wgląd w imponujących rozmiarów kolekcję fascynujących listów pisarza.

Witkacy, dla odmiany, zaklinał swoją żonę, by po jego śmierci nie dopuściła do publikacji prywatnej korespondencji. Gombrowicz też nie był zbyt pozytywnie nastawiony do wydania jego prywatnych zapisków… A mimo to dziś zarówno Kronos, jak i zbiór listów Witkacego dumnie prezentują się na księgarnianych półkach. Czyżby więc z chwilą śmierci autora jego zdanie zupełnie przestawało się liczyć?

Nie da się ukryć, że w niektórych przypadkach światowa literatura wiele zyskuje na łamaniu woli i osobistych praw autora. Gdyby przyjacielowi Kafki przyszło do głowy uszanować zdanie pisarza, nigdy nie przeczytalibyśmy Procesu… Literackie arcydzieło prawdopodobnie by spłonęło. Przyjaciel jednak wiedział lepiej, co z utworem należy zrobić. Tak jak lepiej od papieża wiedział kardynał Dziwisz, pozwalając na publikację zapisków, które Jan Paweł II nakazał zniszczyć. W końcu ludzkości nie można było pozbawić dostępu do tak wartościowych treści i inspirujących myśli. Argumentacja może i logiczna, ale gdzie w tym autor? Wygląda na to, że żyjemy w czasach, w których na liście specjalistów od własnego dzieła i własnych myśli autor wcale nie zajmuje wysokiej pozycji.

Jeśli życie po śmierci choć odrobinę przypomina znaną nam rzeczywistość, to niebo i piekło muszą być miejscem porywających dyskusji na temat praw autorskich. I na temat lojalności bliskich, którym powierza się opiekę nad intymnymi zapiskami.

szymborska

Jestem na przykład bardzo ciekawa, co powiedziałaby Wisława Szymborska, widząc na księgarnianych półkach obszerny zbiór swojej prywatnej korespondencji wymienianej przez lata z Kornelem Filipowiczem. Obraz poetki, jaki wyłania się choćby z książki Michała Rusinka, przywodzi na myśl raczej kogoś skrytego i ceniącego sobie prywatność… a tu nagle jej listy miłosne podbijają zestawienia bestsellerów.

Dla czytelnika to prawdziwa gratka. I to nawet nie w odniesieniu do prymitywnych ciekawskich instynktów i podglądactwa… Listy Szymborskiej i Filipowicza to przede wszystkim językowa wirtuozeria. Ironia, prywatne żarciki, czułość nakreślona przy pomocy prozaicznych słów i drobnych, codziennych spraw. Kiedy dwoje mistrzów słowa pisze do siebie listy podszyte miłością, niejednokrotnie wychodzą z tego małe dzieła sztuki.

Zbiór listów pod jakże pasującym do Szymborskiej tytułem Najlepiej w życiu ma twój kot to lektura zaiste przyjemna. Inspirująca. Przesiąknięta romantycznymi gestami w najlepszym wydaniu – żadnego banalnego sentymentalizmu, za to dużo błyskotliwej zabawy słowem. Niejeden czytelnik poczuje ukłucie zazdrości, śledząc rozwój tego niezwykłego związku dwojga literatów, którzy ewidentnie nadawali na tych samych intelektualnych falach. Czytając tę książkę trudno się nie uśmiechać. Ale jednocześnie cały czas towarzyszy mi poczucie, że stoję w progu i ukradkiem zaglądam komuś do domu, niepewna, jak ten ktoś zareaguje, kiedy mnie zauważy.

Niby nie ma tu wielkich miłosnych wyznań czy sekretnych fantazji, a na całych 400 stronach słowo mogące uchodzić za erotyczne pojawia się dokładnie jeden raz. Ale i tak trudno oprzeć się wrażeniu, że trochę jednak wchodzimy z butami w intymność dwojga ludzi i to chyba tę intymność najbardziej wrażliwą, bo emocjonalną. Nie wiem, jak czułaby się Szymborska ze świadomością, że każdy może dziś sięgnąć po te czułe słówka… zwłaszcza że z nakreślonego przez Rusinka obrazu pisarki mogłoby się wydawać, że po śmierci Filipowicza nie bardzo lubiła o tym związku mówić.

najlepiej

Jak argumentuje Michał Rusinek w niedawnym odcinku Pegaza, Szymborska i Filipowicz z góry zdawali sobie sprawę, że ktoś trzeci może zaglądać do ich korespondencji. Takie w końcu były czasy i nikogo wtedy nie dziwiła cenzura. Ale czy pogodzenie się z cenzurą to to samo, co zgoda na wpuszczenie do swojego prywatnego świata tysięcy czytelników? Czy staranne przechowywanie korespondencji albo intymnych zapisków jest równoznaczne ze zgodą na ich upowszechnienie? Czy pisarz traci prawo do prywatności za każdym razem, kiedy własną ręką nakreśli kilka słów na skrawku papieru? Czy upchnięte gdzieś w szafie karteczki z listą sprawunków też powinny być upublicznione? W końcu skoro autor z jakichś powodów je zachował, to chyba musiał się liczyć z ich publikacją…

Czy z dumą zanosząc do redakcji swój pierwszy tekst, pisarz powinien mieć świadomość, że oto raz na zawsze traci prawo głosu w kwestii wszystkich swoich zapisków? Że nie pomogą przysięgi żony, wprost wyrażona wola czy nawet testament, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna, że ludzie chcieliby poznać najskrytsze sekrety ulubionego pisarza? Oczywiście, że by chcieli. Tak samo, jak chcieliby obejrzeć sekstaśmę Jennifer Lawrence albo Toma Hardy’ego. Ale to nie znaczy, że im się to uda. Ani tym bardziej, że ktoś trzeci powinien ją upubliczniać.

Co prawda jestem gotowa się założyć, że sekstaśma Jennifer Lawrence miałaby nieporównywalnie mniejszą wartość estetyczną i poznawczą niż takie na przykład listy Witkacego. Ale czy fakt, że ktoś pisze dobrze i porywająco, z góry skazuje go na złożenie wszystkich zapisków w ofierze społeczeństwu? Czy geniusz nie może być czasem po prostu człowiekiem?

Nie ma łatwych odpowiedzi na takie pytania, a już na pewno ja ich nie znajduję. Zwłaszcza, że jestem hipokrytką. Niby martwi mnie, co by o tym wszystkim myślał autor… ale jednocześnie sama przyczyniam się do tej inwazji w cudzą prywatność i z wypiekami na twarzy gromadzę kolejne tomy listów, zapisków, dzienników… Chciałabym ufać w to, że wydawca wie, co robi. Że przed puszczeniem cudzej korespondencji w świat zastanowił się trzy razy i odbył w myślach krótką rozmowę z wyimaginowanym duchem autora. Bo jeśli niepokój, zażenowanie czy poczucie winy pojawiają się wyłącznie po stronie czytelnika… to chyba coś jest nie w porządku.

Przeczytaj także: