Pisarz-celebryta, celebryta-pisarz

Podczytuję sobie ostatnio Szczepana i przypomniała mi się niedawna sytuacja, gdy na wieść o mej do niego sympatii pewien człowiek zareagował trochę jednak z wyższością słowami: ale to taki celebryta.

Nieco byłam wtedy skonsternowana, bo zestawienie słów „pisarz” i „celebryta” od dawna kojarzy mi się głównie z Krzysiem Ibiszem, jedną czy drugą aktorką, paroma piłkarzami i kilkoma osobami znanymi głównie z tego, że są znane. Niemającymi za to oporów, by marnować papier i bezcenne życie drzew na swoje wątpliwych lotów przemyślenia.

Na szczęście szybko uprzytomniłam sobie, że w zasadzie da się te dwa słowa zestawić na różne sposoby. Jest, tfu!, celebryta-pisarz, najpierw znany, a potem piszący, to może być i pisarz-celebryta z kolejnością zaiste odwrotną. Co w kontekście Szczepana nie jest już takie wcale nieuzasadnione.

Na jakimś poziomie cieszy mnie trend, by pisarzom robić takie fotki... Fot. Zuza Kajewska
Na jakimś poziomie cieszy mnie trend, by pisarzom robić takie fotki… Fot. Zuza Kajewska

O tych pierwszych, tfu!, celebrytach-pisarzach dawno, dawno temu zdarzyło mi się już tekst popełnić. Rzeczony tekst był poziomem dopasowany do tematu, bo na kolanie pisany, dziwnym jednak trafem ta kolanowa robota wpadła w oko komuś z Onetu (bo to wtedy był jeszcze blog na Onecie, prehistoria!) i została polecona w kategorii kultura. Onet w ogóle miał dziwną manierę promowania tylko tych postów, w których mniej lub bardziej ględziłam od rzeczy – za swój „największy medialny sukces” w zasadzie powinnam chyba uważać artykuł na głównej stronie Onetu, w którym to radośnie popisuję się faktem, że Cortazar mnie nie jara i nie rozumiem manii Cortazara do niepotrzebnego komplikowania procesu czytania. Nie to, żebym od tego czasu jakoś szczególnie zmądrzała i nabrała ogłady… z bałaganem Cortazara dalej się nie lubimy.

Wracając jednak do, tfu!, celebrytów-pisarzy… dzięki zainteresowaniu Onetu zajrzało do mnie wtedy sporo ludzi usiłujących mnie przekonać, że nie mam prawa czepiać się samego celebryty w kwestii ani treści, ani stylu, bo przecież wszyscy i tak wiemy, że pewnie nie on tę książkę naprawdę napisał. Czy ty dziewczyno kiedyś słyszałaś o ghostwriterach?? Ano słyszałam. Śmiem nawet twierdzić, że co nieco wiem o robocie ghostwritera – ale dalej uważam, że za książkę odpowiada ten, kto jest na jej okładce.

Oberwało mi się wtedy między innymi za słowa „Xavi pisze…”. Patrząc na nazwiska na okładkach, uważam, że niesłusznie.

Nie wymagam od Krzysia Ibisza, piłkarza czy innego aktora, żeby był też mistrzem pióra, bo ileż w życiu można mieć wybitnych talentów… Ale jeśli taki piłkarz, aktor czy celebryta decyduje się sam jeden podpisać na okładce, zamiast podzielić się nią z (pewnie zresztą niezbyt suto opłaconym) człowiekiem, który wykonał za niego całą robotę, to poza zgarnianiem całego splendoru i prawie całej kasy powinien też być gotów przyjąć słowa krytyki. Jeżeli on chce udawać, że sam tę książkę napisał, to ja mam prawo udawać, że mu wierzę, i pod jego adresem kierować złośliwe przytyki. Zwłaszcza, że ghostwritera i tak nikt nie zna z nazwiska, a w próżnię przecież złośliwości rzucać nie będę. Nie po to drzewa umierają, żeby bezkarnie drukować na nich beznadziejne teksty.

Na szczęście pisarz-celebryta od, tfu!, celebryty-pisarza różni się jak niebo od ziemi – nawet najsławniejszy pisarz i tak jest mniej sławny niż najlichszy celebryta. I rzecz jasna, ten pierwszy przede wszystkim jako tako potrafi pisać. Mówię „jako tako”, bo pisarzem-celebrytą można być i złym, i dobrym… Ale podkategorii zaczyna nam się tu powoli robić zbyt wiele, pomińmy więc może złych pisarzy (bo tylko to powinno się z nimi robić) i skupmy się na tych dobrych – wszak tekst zaczął się od Szczepana, to i na Szczepanie wypada skończyć.

Gdyby tylko drzewa wiedziały, jakie czeka je los...
Gdyby tylko drzewa wiedziały, jakie czeka je los…

Co więc, jeśli ktoś najpierw wyrobił sobie świetny styl, popełnił jedną, drugą, trzecią dobrą powieść – i wtedy spłynęła na niego sława? Czy fakt, że jego dzieło porusza dziesiątki tysięcy ludzi zamiast wąskiego grona znajomych, cudem jakimś działa na niekorzyść dzieła? Czy to nie poruszanie serc i umysłów miało być wyznacznikiem sztuki? A może jest jakiś ilościowy limit, do którego poruszenie jeszcze jest sztuką, a za którym zamienia się w pospolitą karmę dla mas?

Czy nabyta sława powinna być dla pisarza obelgą? A może korzystanie ze sławy nią jest? Czy fakt, że twarz pisarza zaczyna się pojawiać na okładkach gazet i na Pudelku, w jakikolwiek sposób upośledza jego teksty? A może upośledzają je pieniądze? I fakt, że – o zgrozo! – w pewnym momencie można zainkasować co nieco z jakiejś reklamy, w cholerę rzucić pracę na etacie i oddawać się już tylko temu, w czym się jest naprawdę dobrym? Któż by tak nie chciał? Wszyscy byśmy chcieli i może stąd nasza zawiść. Dziwne tylko, że na „prawdziwych” celebrytów wylewamy tej zawiści trochę jakby mniej. Jakby ich czerpanie profitów ze sławy było czymś bardziej naturalnym. A pisarz nosa nie powinien wystawiać zza swoich książek, tylko gdzieś na starym strychu przy rozwalonej lampce po nocach stukać w zdezelowaną maszynę. A o świcie do kopalni, wziąć się do jakiejś prawdziwej roboty.

Czy rozpoznawalnością można uzasadnić lekceważenie dla dorobku pisarza? Pewnie można. Jeśli dla kogoś największym wyznacznikiem artyzmu jest przymieranie głodem aż do śmierci w zupełnym zapomnieniu. A książka, którą znają więcej niż 4 osoby (wliczając w to autora, tłumacza i wydawcę), jest już zbyt mainstreamowa. Zawsze mi się wydawało, że to ja mam nieco hipsterską duszę, ale jeśli się nad tym zastanowić, większość moich ulubionych pisarzy to celebryci w swej kategorii. I nawet nie mogę powiedzieć, że lubiłam ich, zanim to było modne… bo część z nich zanim dorosłam do ich tekstów, była już na to zdecydowanie zbyt martwa albo zdecydowanie zbyt uznana. Auć, czy to aby nie oznacza, że ślepo lezę za tłumem?

Lezę za tłumem. Czytam nagradzane książki.
Lezę za tłumem. Czytam nagradzane książki.

Żyjemy w globalnej wiosce, w której rzeczy ciekawe rozprzestrzeniają się szybciej niż czarna ospa. Nie wszystkie, bo czasem może zabraknąć szczęścia. Albo dobrego marketingowca, który zrobi czary-mary i pozwoli cię światu zauważyć. Oczywiście nie wszystko, co ciekawe, jest też automatycznie dobre i wartościowe… globalna wioska ma i swoje ciemne strony. Ale jeśli to właśnie dobra książka wynosi kogoś do sławy – to czy nie powinniśmy się cieszyć, że w przestrzeni publicznej i w świadomości przeciętnego odbiorcy zaczynają się pojawiać ludzie, którzy rzeczywiście mają coś do powiedzenia? I ich dzieła, które mają szansę kogoś zmusić do refleksji, w kimś dźgnąć mięsień empatii?

Chciałabym powiedzieć, że każdy dobry pisarz ma szansę zostać celebrytą… Ale aż tak naiwna nawet ja nie jestem. Nie da się jednak ukryć, że żyjemy w świecie, który w mgnieniu oka z każdego może zrobić gwiazdę, jeśli tylko będzie miał taki kaprys i jeśli tylko dostrzeże w nas coś wyrazistego. Owszem, kaprysy tego świata bywają niesprawiedliwe – w przeciwnym wypadku dawno byłabym królową blogosfery. Ale jeśli już na kogoś ten kaprys ma paść, jeśli już ktoś ma być do sławy i ze snobistycznych bibliotek pod strzechy wyniesiony, to czy nie lepiej, żeby był to jednak ktoś w miarę dobry w swoim fachu?

Celebrytów pozbawionych innych talentów niż pozowanie na ściankach mamy już dostatek. Może czas dla odmiany do sławy wynieść dobrych pisarzy, rzetelnych naukowców, solidnych inżynierów, ludzi, którzy coś potrafią, którzy uosabiają wysiłek intelektualny i którymi warto się inspirować? W gruncie rzeczy więc cieszę się z tych słów, które padły: to taki celebryta. Bo takich i tylko takich celebrytów światu potrzeba.

PS Szczepana najserdeczniej przepraszam, że akurat on posłużył za przykład dla szerszego zjawiska. Krzysia i Xaviego zresztą też – nie mam pojęcia, kto w rzeczywistości ich książki napisał. Co nie zmienia faktu, że wybitne nie były.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.