Kadr z filmu Florida Project, reż. Sean Baker, 2017.
Kadr z filmu Florida Project, reż. Sean Baker, 2017.

Oscary 2018 – co warto obejrzeć?

Nie jest dobrze. Wraz z nadrabianiem kolejnych filmów nominowanych w tym roku do Oscara, coraz bardziej mam wrażenie, że w 2017 roku może i działy się w kulturze ciekawe rzeczy… ale bardzo niewiele z nich działo się na kinowym ekranie. Zwłaszcza w „głównych” i zwykle wzbudzających najwięcej emocji kategoriach i wśród największych faworytów kolejne filmy okazują się być… niezbyt odkrywcze. Jasne, Kształt wody ogląda się bardzo przyjemnie, ale godzinę później niewiele już z niego pamiętam. Lady BirdGet out sprawiają wrażenie po prostu kolejnych z rzędu filmów w swoich gatunkach… Ale to jeszcze nie znaczy, że wśród kilkudziesięciu nominowanych filmów nie kryje się kilka perełek.

Jeśli więc zastanawiacie się, co wśród tegorocznych oscarowych kandydatów rzeczywiście warte jest obejrzenia, oto kilka sugestii spoza głównej kategorii:

Kadr z filmu <em>Florida Project</em>, reż. Sean Baker, 2017.
Kadr z filmu Florida Project, reż. Sean Baker, 2017.

Florida Project, reż. Sean Baker, 2017

Film Seana Bakera znalazł się wśród nominowanych za sprawą Willema Dafoe i jego drugoplanowej roli, ale kryje się w nim znacznie więcej. Na pierwszy rzut oka to bajecznie kolorowy i pełen humoru zapis wakacyjnych psot grupki dzieciaków, ale im dalej w las, tym robi się poważniej i tym bardziej problemy niedojrzałych dorosłych rzucają się cieniem na dziecięce eskapady. Florida project jest trochę jak pocztówka ze słonecznych wakacji, które niespodziewanie zamieniają się w (dla wielu być może egzotyczną) wycieczkę do świata pogubionych ludzi, patologicznych zachowań i życia, które płynie na zasadzie „jakoś to będzie”.

Kadr z filmu <em>Twój Vincent</em>, reż. Dorota Kobiela i Hugh Welchman, 2017.
Kadr z filmu Twój Vincent, reż. Dorota Kobiela i Hugh Welchman, 2017.

Twój Vincent, reż. Dorota KobieLa i Hugh Welchman, 2017

Ten film naprawdę warto obejrzeć – i to nie tylko z pobudek patriotycznych. Nominowany w kategorii długometrażowych filmów animowanych Twój Vincent to techniczna perełka. Każda z 65 tysięcy klatek tej biograficznej i nieco może detektywistycznej w wymowie opowieści to obraz olejny namalowany przy pomocy tej samej techniki, którą stosował w swoich dziełach Vincent van Gogh. Imponujący jest już sam ogrom pracy włożonej w ten film przez 125 malarzy, o reszcie polsko-brytyjskiej ekipy nie wspominając. Ale Twój Vincent to także naprawdę dobrze napisana i poruszająca opowieść o docenionym dopiero po śmierci geniuszu, za życia dotkliwie samotnym i nierozumianym.

Kadr z filmu <em>Niemiłość</em>, reż. Andriej Zwiagincew, 2017.
Kadr z filmu Niemiłość, reż. Andriej Zwiagincew, 2017.

Niemiłość, reż. Andriej Zwiagincew, 2017

Jeśli główna kategoria trochę rozczarowuje, to zdecydowanie wynagrodzą wam to filmy nieanglojęzyczne. Choćby Niemiłość – film, w którym znajdziecie w zasadzie wszystko: kameralną opowieść o gorzkim rozstaniu, dramat niechcianego dziecka, krytykę nowoczesnego człowieka i jego nieumiejętności budowania prawdziwych więzi, a także wyraźny polityczny komentarz o współczesnej Rosji. A wszystko to podane przy pomocy niespiesznych, surowych obrazów – pustka i chłód pobrzmiewa w każdej minucie tego filmu.

Kadr z filmu <em>Dusza i ciało</em>, reż. Ildikó Enyedi, 2017.
Kadr z filmu Dusza i ciało, reż. Ildikó Enyedi, 2017.

Dusza i ciało, reż. Ildikó Enyedi, 2017

Zostańmy już w kręgu filmów nieanglojęzycznych, bo węgierski obraz Dusza i ciało to coś wprost zadziwiającego. Najlepsze słowo, jakie przychodzi mi na myśl, kiedy próbuję go opisać, to: subtelny – i to z całą świadomością tego, że spora część akcji dzieje się w rzeźni i twórcy nie poskąpili widzowi wyjątkowo krwawej lekcji tego, skąd się biorą steki. Nie bójcie się więc zamykać oczu w zetknięciu z krowią śmiercią, ale spróbujcie je otworzyć na życie i dwójkę bohaterów, których łączy coś bardzo delikatnego i metafizycznego – wspólny sen i wspólne, niełatwe przełamywanie wygodnych nawyków i dotkliwej samotności.

W śledzeniu oscarowych nominacji paradoksalnie najlepsze jest właśnie odkrywanie perełek, które kryją się właśnie gdzieś daleko pod warstwą głośnych hitów i odmienianych przez wszystkie przypadki nazwisk. W tamtym roku moim najbardziej satysfakcjonującym oscarowym odkryciem był Captain Fantastic ze skromną jedną nominacją dla Mortensena. Kto wie, może w tym roku coś równie niepozornego skradnie i wasze serca?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.