Fot. Taco Hemingway/Facebook

O, siema, panie Bohema!

Ten wpis może wam się wydać nieco zaskakujący… W końcu ja przecież nie piszę o muzyce. Nie znam się na niej. Nie czytuję recenzji w magazynach muzycznych, nie śledzę nowości ani list przebojów, poza tym, że czasem w piątek lista Trójki przygrywa mi dla towarzystwa, kiedy sprzątam.

Na mojej playliście nie znajdziecie gatunków – raczej pojedyncze utwory i ludzi, którym udało się zrobić mi coś pod względem emocjonalnym. Przeważnie tekstem, bo na tym się akurat znam. Czasem jakimś specyficznym układem dźwięków. Muzyka liczy się dla mnie jako jeden z wielu środków opowiadania historii. Cała reszta to już niuanse, których nie chwytam i które mnie nie pociągają.

Dzisiaj więc tak naprawdę też nie będę pisać o muzyce. Napiszę za to o pewnym opowiadaczu, który kiedyś zachwycił mnie sposobem snucia historii, a potem… cóż, pewnie zabrzmi to melodramatycznie, ale trochę jednak złamał mi serce.

O Taco Hemingwayu pierwszy raz usłyszałam, jakżeby inaczej, w Warszawie. W pierwszej chwili pomyślałam, że trzeba mieć tupet, żeby używać akurat nazwiska Hemingwaya jako pseudonimu… Ale po przesłuchaniu Trójkąta Warszawskiego byłam gotowa to odwołać. I przeprosić. Bo Taco okazał się zaiste wspaniałym opowiadaczem i mistrzem słowa. W kilku celnych zdaniach potrafił zamknąć wielowymiarowe historie – a sposób ich opowiadania mimo pozornej prostoty zadziwiał elokwencją i krył w sobie całą masę nawiązań do niekiedy zaskakujących obszarów kultury, całą masę barwnych metafor i aluzji. A łatwość i wdzięk, z jakimi Taco poruszał się po języku polskim i szeroko rozumianej kulturze – fenomenalne.

Jego kolejne płyty chodziły za mną miesiącami, wiele z kawałków po n-tym z kolei przesłuchaniu porusza albo bawi jeszcze bardziej, niż za pierwszym razem. Wydawało mi się, że w ciemno wezmę wszystko, co Taco będzie chciał zaoferować… aż do dzisiaj. Właśnie przesłuchałam Szprycer i dłuższą już chwilę siedzę skonsternowana.

Nie będę marudzić na warstwę muzyczną, choć akurat Szprycer trochę się rozjeżdża z moim poczuciem estetyki – ale to kwestia osobistej estetyki właśnie, a samo to, że ktoś szuka zupełnie nowych dróg, nie jest niczym złym, nawet jeśli w pierwszej chwili wprawia fanów w spore zakłopotanie. Nie będę marudzić na to, że Taco postanowił trochę na tej płycie pośpiewać – jeśli ma ochotę, niech nawet stepuje. Chociaż nie zamierzam też ukrywać, że dla mnie akurat o wiele bardziej przekonująco brzmi, kiedy rapuje. Ale jest coś, nad czym muszę załamać ręce… bo nagle elokwentny opowiadacz mocnych historii nagrał płytę… w zasadzie o niczym.

Słuchałam, słuchałam i z każdym kolejnym kawałkiem coraz bardziej cisnęło mi się na usta pytanie, gdzie są błyskotliwe teksty, cięte riposty i trafne diagnozy ludzkich emocji. Gdzie jest jakiś pomysł na tę płytę – głębszy niż to, by wywoływała skojarzenia z hawajskimi koszulami. Gdzie są emocje, gdzie jest sens, gdzie jest ten inteligentny facet, który w jednym zdaniu potrafił tyle powiedzieć… Szprycer nie mówi w zasadzie nic. Może poza tym, że sława i sukces bywają męczące.

Całkiem prawdopodobne, że nie da się być błyskotliwym przez 100% swojego czasu na ziemi. Całkiem prawdopodobne, że czasem chęć wyrzucenia z siebie pewnych rzeczy bierze górę nad błyskotliwością. Chociaż moim zdaniem klasę prawdziwego artysty poznaje się właśnie po tym, że nawet ze swoimi małostkowymi uczuciami potrafi się rozprawić w sposób inteligentny, zabawny czy chociaż efektowny. I trochę trudno mi się pogodzić z tym, że nowej płycie Taco jakoś tego zabrakło.

Nie wiem, co się stało. Może czegoś nie rozumiem… Może szukam zaspokojenia literackich ciągot w czymś, co miało tylko bujać. Ale hej, Taco nie jeden raz już udowodnił, że potrafi jednocześnie i bujać, i uruchamiać w słuchaczach szare komórki. A teraz… czuję się trochę tak, jakby ktoś podsunął mi pod nos Zmierzch albo kolejny tom Greya osobiście podpisany przez Ernesta Hemingwaya – kompletnie nie mam pojęcia, co z tym dziwnym fantem zrobić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.