O książce widmo, czyli Mgły Avalonu

Wcale nie żartuję, używając sformułowania „książka widmo”. Mimo że powieści Marion Zimmer Bradley należą do absolutnej klasyki światowej fantastyki, a dla każdego wielbiciela arturiańskiej fantasy są pozycją obowiązkową, zdobyć je w naszym kraju to prawdziwa sztuka. Albo i wyczyn na miarę cudu.

Przez lata Marion Zimmer Bradley nie było w żadnej księgarni. Znalezienie jej w bibliotekach graniczyło z cudem. W antykwariatach i na portalach internetowych z dostępnością było trochę lepiej, ale ceny wprost zwalały z nóg. W chwili obecnej Mgły Avalonu można dostać właściwie tylko w Matrasie i to zazwyczaj po uprzednim zamówieniu książki przez internet. UPDATE, proszę państwa, Mgły Avalonu dostępne w Selkarze! W porównaniu z poprzednimi latami sytuacja i tak jest nad wyraz dobra. Ale mimo tego, wciąż jest beznadziejnie. Kolejnych tomów w księgarniach nie uświadczysz. Nigdzie.

Nie wiem, czy jakiekolwiek wydawnictwo ma w planach wznowienie wydania Leśnego domu, Pani Avalonu czy Kapłanki Avalonu. Albo przetłumaczenia The Ancestors of Avalon, czego nie zrobiono do dziś. Sugerowałabym, żeby ktoś miał to w planach. Bo zapotrzebowanie wśród ludu jest. I nie mówię tu bynajmniej tylko za siebie.

Wydanie, które dawno temu wpadło mi w ręce, było prześliczne – lekko pożółkły papier, ciężka, prosta okładka w ciemnym kolorze i z wytłoczonymi złotymi literami… Miałam wrażenie, że trzymam w rękach księgę z zaklęciami. Magia biła już od samej oprawy, a co dopiero treść… Zakochałam się w „Mgłach Avalonu”. Od pierwszych stron.

Nie była to łatwa miłość. Przyznaję, że chwilami miałam ochotę rzucić książką o ścianę. Sposób, w jaki autorka kreowała i traktowała swoich bohaterów, niejednokrotnie doprowadzał mnie do pasji. Marion Zimmer Bradley w latach pięćdziesiątych związana była ze środowiskami feministycznymi i lesbijskimi. Chciałabym powiedzieć, że efekty tych powiązań dało się wyczuć w sposobie, w jaki pisała, że pomiędzy wierszami czaił się jakiś agresywny feminizm… Ale tak naprawdę odnosiłam czasami wrażenie, że autorka pastwi się nad wszystkimi bohaterami po kolei, bez względu na ich płeć czy orientację. Ze wszystkich istot, o których pisała, najlepiej traktowała chyba konie.

Coś w tym pastwieniu się było jednak urzekającego – tutaj nagła komplikacja fabuły, tam nieprzewidziany cios w plecy, jeszcze gdzie indziej o szczyptę nieszczęścia i cierpienia za dużo. Może to jest właśnie klucz do robienia dobrej fantasy, jeśli nie dobrej literatury w ogóle – pastwić się nad swoimi bohaterami…

Ale wracając do feminizmu… Mgły Avalonu są książką… kobiecą. Napisaną przez kobietę o kobietach i dla kobiet, co miewają jej do zarzucenia mężczyźni marudzący, że za dużo w niej uczuć i gadania o bzdetach. Ale może właśnie w tym tkwi siła tej historii – w jej kobiecości. Rzadko kiedy mamy okazję patrzeć na legendy arturiańskie oczami kobiet, a było ich tam przecież mnóstwo: Morgana, Ginewra, Vivianna, Igerna, Raven, Elaine, Nimue, kapłanki Wielkiej Bogini… Nic bez nich nie byłoby takie samo, a już na pewno tacy sami nie byliby mężczyźni.

Marion Zimmer Bradley dokonała rzeczy niezwykłej – nakreśliła zupełnie nowe spojrzenie na historię, którą wszyscy znamy niemal na pamięć. Wypędziła z legendy o królu Arturze wszystkie kruche, mdlejące białogłowy i zastąpiła je silnymi, mądrymi kobietami, kobietami świadomymi swojej wartości, kobietami, które mają realny wpływ na otaczającą je rzeczywistość. Może i wypłynęły przy tym feministyczne poglądy autorki. Ale o ileż ciekawsze ma się po tej lekturze spojrzenie na arturiańską Brytanię… Aż przykro patrzeć, jak Avalon i jego kapłanki znikają we mgle, wypierane przez chrześcijański, męski świat.

A jeszcze bardziej przykro jest patrzeć na pustki w polskich księgarniach przy nazwisku Marion Zimmer Bradley.

6 komentarzy

  • Zainteresowałaś mnie. W ogóle nie słyszałam o tej autorce. A chyba cokolwiek powinnam.
    Tak btw. zastanawiam się, czy nie zacząć czytać książek po angielsku. Może troszkę by mi to pomogło. Obawiam się tylko tej nużącej zabawy ze słownikiem ; )
    Ciekawa stronka, Mistrzu : )

    • Mogę się założyć, że po jakimś czasie rzuciłabyś słownikiem, uznając, że słówka nie są tak ważne, jak fabuła 😉 dlatego błogosławię fakt, że znaczenie sporej części słówek da się mniej więcej wywnioskować z kontekstu 🙂

      A co do książek, o których powinnaś słyszeć – bodajże w „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” Sapkowski podaje swoją listę obowiązkowych powieści z zakresu fantastyki. Jest w czym wybierać 😀

  • moi drodzy te ksiazki to nie do konca fantazy, tylko legendy celtyckie sprzed chrzescijanskie, autorka je zebrala i oposala wlasnymi slowami te legedy. ludy celtyckie w to wierzyly kiedys, w chnach czy tez innych krajach wierzenia byly podobne, o smokach i elementalach tj wrozki czy kaplanki Avalon, pani jeziota czy bogini

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.