Kadr z filmu Niewidzialne, reż. Paweł Sala, 2017.
Kadr z filmu Niewidzialne, reż. Paweł Sala, 2017.

Niewidzialne – nadzieja umarła już dawno

Macie czasem tak, że wychodzicie z kina i nie bardzo wiecie, co powiedzieć? Prawdopodobnie tak, bo między innymi to jest miarą mocnych filmów… Ale czy czasem wychodzicie z kina i macie poważne problemy z ustaleniem, czy film wam się w ogóle podobał? Takie dziwne zawieszenie dopadło mnie po premierowym seansie pierwszego od ponad siedmiu lat filmu Pawła Sali, reżysera Matki Teresy od kotów.

Niewidzialne, bo taki tytuł nosi ten film, to adaptacja sztuki teatralnej również napisanej przez Pawła Salę. Obserwujemy tutaj trzy szwaczki pracujące w ponurej piwnicy starej kamienicy gdzieś w centrum Warszawy. Niby niewiele się tu dzieje, patrzymy, jak upływają im kolejne dni źle (jeśli w ogóle) opłacanej pracy – a jednak całkiem sporo dowiadujemy się o ich życiu i przeczuwamy, że gdzieś pod tym wszystkim czai się dramat, jeszcze bardziej przytłaczający niż ich pozbawiona nadziei egzystencja.

Paweł Sala przedstawia nam bohaterki, które na co dzień rzeczywiście są dla społeczeństwa niewidzialne, nie mówi się o nich, nie dostrzega ich problemów, prześlizguje się po nich wzrokiem, tak jakby wcale ich nie było. To kobiety żyjące w biedzie i niemające raczej perspektyw na wyrwanie się z niej. Kobiety, którym w największej ulewie trudno jest wydać 3 złote na bilet autobusowy, bo za tę kwotę można kupić bułki i nakarmić dziecko, i których odświętną rozrywką jest wyprawa do galerii handlowej, by choć z daleka popatrzeć na pięknych ludzi i ich torby z zakupami. Kobiety wyzyskiwane przez pracodawcę, który nie dość, że nie zapewnia godnych warunków w miejscu pracy, to jeszcze nie płaci – a jednak one wciąż tam są i wykonują swoje obowiązki, bo mają tę brutalną świadomość, że w swoim wieku czy przy swoim braku wykształcenia i doświadczenia żadnej innej pracy nie znajdą. Kobiety tkwiące w związkach z podejrzanymi typami albo od dawna samotne, niepamiętające już, jak to jest być chcianą. Pozbawione perspektyw, pozbawione nadziei, zapomniane, bezsilne, zostawione same sobie. Niewidzialne na tylu płaszczyznach, że aż dziw, że same siebie wciąż jeszcze widzą w lustrze. Widzą. I robią wszystko, wołają, prowokują, walczą między sobą, żebyś ty też choć przez chwilę je zauważył.

Kadr z filmu Niewidzialne, reż. Paweł Sala, 2017.
Kadr z filmu Niewidzialne,
reż. Paweł Sala, 2017.

Ale nie tylko główne bohaterki są tu niewidzialne. W osobie pracującego razem z nimi młodego Krojczego dostajemy spojrzenie na początkujących artystów, którzy pragmatycznemu społeczeństwu nie są w zasadzie do niczego potrzebni. Mamy też nieme dziecko reprezentujące całą grupę osób niepełnosprawnych, chorych, dotkniętych zaburzeniami, na co dzień nieobecnych w przestrzeni publicznej, z konieczności pozamykanych w klatkach swoich domów (próbowaliście się kiedyś poruszać po polskich miastach na wózku?) – tych wszystkich ludzi, o których niewygodnie jest nam pamiętać. Gdyby nas zapytać, ochoczo zaprosimy ich do społeczeństwa, ale kiedy już się pojawią, nagle znikają z radaru, ich specyficzne potrzeby i problemy przestają nas interesować. Zostawiamy ich samym sobie – i ich bezradnym rodzinom nierzadko egzystującym na granicy nędzy.

Nad tym wszystkim, jak karykaturalna wisienka na torcie unosi się jeszcze duch tajemniczej Marii Miracle, pani z telewizji, która ku uciesze gawiedzi podróżuje po świecie i próbuje „pomagać” ludziom, kreśląc przed nimi wizje radosnej przyszłości… ale dziwnym trafem po jej wyjeździe rzeczywistość jest tak samo szara, jak była przedtem.

Jeśli coś mi się w tym filmie podobało, to przede wszystkim to, że w ogóle podejmuje ten temat, kieruje kamerę na ludzi w pewnym sensie ze społeczeństwa wykluczonych, których uparcie omijamy wzrokiem, nie lubimy o nich myśleć, wmawiamy sobie, że sami są sobie winni i że „gdyby tylko chcieli”, wszystkie ich problemy skończyłyby się jak za dotknięciem magicznej różdżki. Poprawiamy sobie samopoczucie, udając, że to pojedyncze przypadki i że ubóstwo, nie tylko to finansowe, wcale nie dotyczy pokaźnej części społeczeństwa – a według raportów GUS-u jeszcze dwa lata temu w ubóstwie żyło 14% ludności w Polsce.

Kadr z filmu Niewidzialne, reż. Paweł Sala, 2017.
Kadr z filmu Niewidzialne,
reż. Paweł Sala, 2017.

Ale jednocześnie nie do końca mogę się przekonać co do sposobu, w jaki Paweł Sala ten wycinek rzeczywistości portretuje. Nie chodzi o to, że film jest bardzo teatralny, czy skonstruowany tak, by można było go odbierać na kilku różnych płaszczyznach: socjologicznej, ekonomicznej (jako krytykę kapitalizmu) i symbolicznej – bo formalnie, nawet jeśli czasem nieco irytujący, jest ciekawy i przemyślany. Nawet jeśli Szwaczka grana przez Sandrę Korzeniak przez większość filmu swoim przerysowaniem i teatralnością nas drażni, w pewnym momencie zaczynamy rozumieć, dlaczego taka jest i dlaczego to było filmowi potrzebne.

Ale przez cały seans miałam nieprzyjemne wrażenie, że film balansuje na granicy portretowania i wyśmiewania swoich bohaterów. Zgadzam się z reżyserem, że wszystkie mocne akcenty i pozbawiona choćby iskierki nadziei depresja wyzierająca z filmu muszą być w jakiś sposób przełamane nutą humoru. Ale humor to nie to samo, co balansowanie na granicy karykatury. A w żaden sposób nienapiętnowane i nieskontrowane prostackie żarty z gwałtów zawsze i wszędzie są nie na miejscu i wypadają żenująco, niezależnie od tego, czy wypowiada je narąbany wujek Staszek, czy kobieta, która (jak każe się nam wierzyć) robi to z dojmującej samotności.

Niewidzialne to niewątpliwie film mocny i na pewno warty uwagi – ale chyba też wymaga od widza specyficznej wrażliwości i zrozumienia, że czasem niektóre rzeczy leżą poza naszą kontrolą. Bardzo łatwo jest tutaj widzowi z perspektywy wygodnego kinowego fotela wyrokować, co bohaterowie powinni zrobić w dramatycznych sytuacjach, jakie ich dotykają… i bardzo łatwo jest zapomnieć, że naszą wyobraźnię ogranicza uprzywilejowana pozycja – i dopóki nie znajdziesz się w takiej sytuacji, nie masz prawa ani podstaw do tego, by oceniać, w jaki sposób ktoś próbuje radzić sobie ze swoim dramatem.

Jak zresztą przyznaje sam reżyser, Niewidzialne to film, który ma spore szanse się nie podobać – i to jednocześnie bardzo różnym widzom, mniej i bardziej obytym, mniej i bardziej wrażliwym, mniej i bardziej zaznajomionym z poruszaną tematyką. Sama wciąż nie wiem, czy i na ile mi się podobało… Ale chyba warto, żeby takie filmy powstawały – bo jako społeczeństwo musimy prędzej czy później skonfrontować się z tym, co na co dzień niewidzialne.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.