Mit urody – dziejowy spisek czy narzędzie opresji?

Są takie dni, że gdybyście zapytali mnie, dlaczego to mężczyźni rządzą światem, odpowiedziałabym, że to proste: nie muszą się malować, depilować, godzinę układać włosów ani zmiękczać skórek przy paznokciach. Wiecie, większość z nich wstaje rano, myje zęby, zarzuca na siebie jakieś ciuchy i jest mniej więcej gotowa do wyjścia. A kiedy oni od dawna podbijają już świat, my przez co najmniej godzinę tkwimy przed lustrem, szpachlując twarz, wyskubując brwi i nawijając włosy na szczotki, lokówki i inne ustrojstwa.

Wbrew pozorom to wcale nie jest zabawne. Czas, który poświęcamy na rozmaite urodowe zabiegi, można by spożytkować na znacznie bardziej pożyteczne rzeczy. I chociaż część z nas nawet nie lubi tego wszystkiego robić, zdecydowana większość tkwi jednak godzinami przed lustrem na skutek jakiegoś „wewnętrznego” przymusu. Czy raczej – głęboko zinternalizowanych obaw, że jeśli wyjdziemy z domu bez makijażu, znowu usłyszymy coś w stylu: jakoś blado wyglądasz, jesteś chora?

Być może mężczyźni po prostu rodzą się doskonali, a my dla odmiany rodzimy się tak szpetne, że całe życie trzeba to kamuflować. Być może jesteśmy słabe i ulegamy presji mediów, kolorowych gazetek i przepuszczonych przez photoshopa bilbordów. A być może – jak udowadnia Naomi Wolf w swojej bestsellerowej książce z lat dziewięćdziesiątych – jesteśmy ofiarami czegoś znacznie potężniejszego niż kompleksy i reklamy kremów na zmarszczki… Czegoś, co rządzi całym naszym życiem, wysysa z nas energię i powstrzymuje przed podbiciem świata – być może jesteśmy ofiarami Mitu Urody.

Chociaż wielkimi krokami zbliża się 30 rocznica wydania Mitu urody, książka Naomi Wolf nie przestała być aktualna. Świat niby bardzo się w tym czasie zmienił… ale tak naprawdę zmieniło się bardzo niewiele i Mit urody wciąż pozostaje jedną z tych książek, które (i w tym przypadku to wcale nie jest slogan) powinna przeczytać każda kobieta.

Kulturowa obsesja na punkcie jednego słusznie obowiązującego ideału kobiecej urody może się na pierwszy rzut oka wydawać czymś błahym, wymysłem feministek, którym nie chce się depilować łydek, i wydumaną histerią kobiet, które niczego lepszego nie mają do roboty. Bo wiecie, to są tradycyjne odpowiedzi na większość podnoszonych przez kobiety problemów. Ale Naomi Wolf rozdział po rozdziale konsekwentnie i dobitnie dowodzi jak wszechobecnym i paraliżującym problemem są chore i cały czas rosnące standardy kobiecego piękna – i na jak wielu różnych polach nas dotykają.

To, co Wolf nazywa mitem urody jest trochę jak sekta – pokazuje nam krystalicznie czysty ideał, do którego mamy dążyć, by zasłużyć sobie na akceptację, podziw i miłość… a jednocześnie cały czas trzyma nas za kark żelazną ręką poczucia winy, że nie udaje nam się tego nierealnego ideału dosięgnąć. Poczucie winy to potężna broń, jak argumentuje Wolf, od wieków stosowana w wojnie przeciwko kobietom.

Mit urody dotyka nas w pracy – gdzie nieustannie balansujemy pomiędzy byciem profesjonalną i braną na poważnie a dbaniem o atrakcyjny wygląd, który nagle stał się zaskakująco ważnym kryterium sumiennego wykonywania większości istniejących zawodów. Dotyka nas w bliskich związkach – w których nie potrafimy się poczuć bezpiecznie, bo z jednej strony chcemy być kochane takie, jakie jesteśmy… ale kiedy słyszymy takie słowa z ust partnera, one są jak obelga i zarzut, że nie potrafimy dorosnąć do narzuconych standardów. To, co w jego głowie jest komplementem, my odbieramy jako „kocham cię, mimo że jesteś taka brzydka”. I to wcale nie jest zabawne.

Kulturowa obsesja na punkcie kobiecego wyglądu i związana z nią presja sprawia, że się głodzimy, wstrzykujemy sobie chemię w policzki, wydajemy lwią część pensji na kosmetyki, ubrania i diety. Kobiece piękno jest przemysłem i propagandą, która musi utrzymywać nas w poczuciu, że jesteśmy niewystarczająco dobre, bo inaczej nie sprzedałaby nam kolejnych rewolucyjnych produktów, które mają nas udoskonalić. Jest źródłem rywalizacji, niechęci i nieufności wobec innych kobiet. Jest czymś, co według niektórych ma prowokować i zarazem sankcjonować przemoc seksualną, a potem jeszcze cynicznie obwiniać (co się dziwisz, że cię klepnął po takim ładnym tyłeczku?) albo dyskredytować (przecież ciebie nikt by nawet kijem nie chciał dotknąć) jej ofiary. Jest potężnym źródłem kompleksów i problemów z własną seksualnością – dzisiaj główną obawą dziewcząt podejmujących współżycie jest to, czy chłopak przypadkiem nie wyśmieje tego, jak wyglądają. Wbrew pozorom tu wcale nie ma się z czego śmiać. I wreszcie, jak chce Naomi Wolf, jest świadomie stosowanym narzędziem opresji, które ma powstrzymać kobiety przed wykorzystaniem ich potencjału, marnotrawić ich energię w „bezpieczny” dla obowiązującego porządku sposób, żeby przypadkiem nie sięgnęły po możliwości i szacunek, który im się należy.

Postawmy sprawę jasno – wiele z nas znajdzie w tej książce coś, z czym się nie zgadza. Mnie na przykład drażni narracja, która zdaje się upatrywać źródeł opresyjnego ideału piękna w jakimś wielkim dziejowym spisku. Brakuje tam już tylko sceny, w której zbiera się jakaś superważna rada złożona z marketingowców, masonów i kosmitów, żeby debatować o tym, jakimi przebiegłymi środkami jeszcze bardziej dołożyć kobietom i powstrzymać je przed sięgnięciem po władzę. Nie możemy oczywiście wykluczyć, że tak było… ale tak jak we wszystkich innych sprawach wydaje mi się jednak, że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana i trochę bardziej przypadkowa niż najlepsze nawet teorie z udziałem masonów. W którymś momencie coś poszło bardzo nie tak, ale naprawdę wątpię, żeby jakiś czarny charakter świadomie to wszystko zaplanował.

Ale chociaż ta tendencja do szukania jakiegoś arcywroga, który pociąga za sznurki i zamienia nas w laleczki, których nikt nie traktuje poważnie, jest trochę irytująca i trąci sporymi uproszczeniami, to nie da się ukryć, że analizy kondycji kobiet w poszczególnych sferach życia są zarówno trafne, jak i chwilami przerażające. Jeżący włos na głowie rozdział o przemocy seksualnej zasługuje na osobne opracowanie, bo pomiędzy rockowymi teledyskami a obrzydliwą sceną, w której agent 007 siłą bierze sobie opierającą się Pussy Galore, wychowaliśmy sobie pokolenia mężczyzn, którzy nawet nie wiedzą, że właśnie kogoś gwałcą, od urodzenia karmieni obrazami upiększającymi i erotyzującymi przemoc.

Od dyskryminacji w pracy, przez odsuwanie na boczny tor starzejących się kobiet i coraz młodsze dziewczynki obsesyjnie kontrolujące swój wygląd, aż po zdrowotne, społeczne i psychiczne konsekwencje urodowego terroru – Naomi Wolf bezkompromisowo analizuje sytuację współczesnych kobiet i w żadnym miejscu nie płyną z tego optymistyczne wnioski.

Mit urody jest lekturą, która powinna trafić w ręce każdej kobiety – choćby dlatego, że miażdżąca większość z nas przejrzy się w niej jak w lustrze. Zobaczy swoje obawy, absurdy swojego własnego życia i znajome poczucie winy, że nie jest dość dobra w byciu kobietą, bo wciąż jest za gruba albo za słabo maskuje kolejne zmarszczki. Musimy się z tymi absurdami skonfrontować, bo inaczej w życiu nie nauczymy się być przede wszystkim sobą, a nie gliną, z której nieludzkim wysiłkiem może da się wyrzeźbić piękność. Inaczej nigdy nie przestaniemy się wykłócać, która z nas jest lepszą kobietą – ta, która zjadła kawałek tortu i „będzie gruba, ale szczęśliwa”, czy ta, która tortu sobie odmawia, pilnując chorych standardów chudości i upatrując w nich źródła miłości i akceptacji.

Obiegowe żarciki sugerują, że kobiety są szalone, robią masę nielogicznych rzeczy, zachowują się jak obłąkane i mają obsesję na punkcie swojego wyglądu. I czasem trudno temu nie przyznać racji… tylko problem w tym, że żadna z nas nie wybiera tego szaleństwa dobrowolnie. Od najmłodszych lat jesteśmy wtłaczane w szkodliwe schematy, które wrastają w nas tak głęboko, że trudno je podważać i jeszcze trudniej się z nich wyrwać. A jeśli nawet jakimś cudem nam się to uda, jedyną nagrodą jest własna satysfakcja i jeszcze większa samotność – bo społeczeństwo nie rozpatruje tego buntu w kategoriach sukcesu. Rodzimy się w urodowej wersji Paragrafu 22 – jak więc miałybyśmy nie wyglądać na szalone?

W tym kontekście każda z nas potrzebuje tej lektury, żeby trochę bardziej świadomie spojrzeć na samą siebie i swoje podejście do własnego wyglądu. Ale zanim uciekniecie stąd z myślą, że próbuję was przekonać do wyzbycia się „kobiecości” – Wolf wcale nie gloryfikuje naiwnego (i też poniekąd opresyjnego) podejścia „wszystkie musimy przestać się malować!”. Rozwiązanie tego problemu nie może być proste, bo on sam sięga tak głęboko i dotyka nas na tak wielu poziomach, że to po prostu byłoby nierealne. Zburzenie mitu urody nie polega na prowokacyjnym staniu się „brzydką”, jak chcieliby krytycy feminizmu.  W pierwszej kolejności chodzi o świadomość tego, co i dlaczego robimy – bo dopiero to pozawala nam dokonać w pełni wolnego wyboru i w zgodzie z sobą kształtować własny wizerunek. A to jest wolność i prawdziwy luksus, których naprawdę jesteśmy warte.

1 Komentarz

  • Bardzo podoba mi się to, jak napisałaś o książce i podsumowałaś to, co Wolf przedstawia. 🙂 Generalnie „Mit urody” to była jedna z najważniejszych książek, jakie przeczytałam w zeszłym roku, ale tak jak Ty miałam poczucie jakiegoś spisku i trochę mnie to raziło. Myślę też, że nie tylko kobiety powinny przeczytać tę książkę, ale również mężczyźni (oraz oczywiście osoby nie będące ani kobietami, ani mężczyznami ;)). W końcu im też powinno się otworzyć oczy na problemy kobiet, zwłaszcza że mit urody za jakiś czas może dotyczyć również ich, o ile już w jakiś sposób, choć trochę inny, nie dotyczy.
    I tak jak pisałam na Facebooku kiedyś z prywatnego konta, czekam jeszcze na recenzję „Reakcji”, bo tej książki nie czytałam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.