Kadr z serialu Stranger Things, Matt i Ross Duffer, 2017.
Kadr z serialu Stranger Things, Matt i Ross Duffer, 2017.

Millie Bobby Brown i przekleństwo dziecięcych gwiazd

Mamy teraz taką porę roku, że trudno jest nie myśleć o losach dziecięcych gwiazd filmu i telewizji. Dopiero co śledziliśmy drugi sezon Stranger Things pełen zdolnych nastolatków, które z dnia na dzień stały się sławne, a już jest grudzień i w telewizji królują świąteczne filmy obowiązkowo z udziałem uroczych dzieciaczków o niebieskich oczach – z Kevinem samym w domu na czele. Wszyscy wiemy, co stało się z Macaulayem Culkinem, kiedy wyrósł z roli rezolutnego Kevina… Trochę więc martwi mnie przyszłość młodocianej obsady Stranger Things… a zwłaszcza jednej z nastoletnich aktorek.

Nagła popularność i zainteresowanie mediów potrafi wywrócić życie do góry nogami. Z dnia na dzień znajdujesz się na szczycie, zewsząd spływają pochwały i to musi być oszałamiające uczucie. Ale w końcu sława ma też swoje ciemne strony… Każdy twój krok rejestrują obiektywy, każdy twój życiowy wybór jest szeroko komentowany, a kiedy na dodatek tak intymne momenty jak pierwszy w życiu pocałunek śledzą miliony widzów na całym świecie – trudno, żeby kogoś nie wytrąciło to z równowagi.

Przekleństwo Culkina. Kadr z filmu <em>Kevin sam w domu</em>, reż. Chris Columbus, 1990.
Przekleństwo Culkina. Kadr z filmu Kevin sam w domu, reż. Chris Columbus, 1990.

Taka zmiana nawet dorosłemu potrafi namieszać w głowie – a co dopiero dziecku, które dopiero dojrzewa, szuka samego siebie, uczy się konstruować swoją samoocenę i tak bardzo jest podatne na wpływ otoczenia. Jednego dnia jesteś na szczycie i wszyscy podziwiają twój talent, drugiego – nie zostawiają na tobie suchej nitki za jakąś wpadkę na czerwonym dywanie. A jeszcze innego dnia staje się rzecz najgorsza – w ogóle nikt o tobie nie mówi i nie pamięta. Raz jesteś na szczycie, raz spadasz na samo dno, by znów wdrapywać się na showbiznesowy Olimp. Taka huśtawka nastrojów, karuzela odrzucenia i akceptacji bynajmniej nie służy budowaniu spójnej, zdrowej osobowości i samooceny opartej na tym, co mamy w sobie, a nie na tym, co piszą plotkarskie portale.

Zdobyć sławę w tak młodym wieku i nie stracić głowy – to prawdziwa sztuka. Jeśli już komuś się to udaje, to dzieciakom, które albo odziedziczyły wyjątkowo rozsądne usposobienie i silne poczucie obowiązku, albo mają ochronny parasol w postaci mądrych i konsekwentnych rodziców, którzy trzymają dziecięce ego w ryzach i kierują nadmiar młodzieńczej energii w jakieś konstruktywne strony. A już najlepiej, żeby te dwa czynniki połączyły się razem. Wtedy, jak Emma Watson albo Natalie Portman, można nie tylko w miarę bezpiecznie żeglować po meandrach showbiznesu, ale może nawet w międzyczasie zacząć robić akademicką albo społecznikowską karierę.

Na szczęście są i tacy, którym sława nie robi krzywdy. Natalie Portman w filmie <em> Leon Zawodowiec</em>, reż Luc Besson, 1994.
Na szczęście są i tacy, którym sława nie robi krzywdy. Natalie Portman w filmie Leon Zawodowiec, reż Luc Besson, 1994.

Ale nie wszyscy mają tyle szczęścia, wrodzonego rozsądku albo tak mądrych rodziców, którzy pokierują nie tylko karierą, ale i osobistym rozwojem swojej pociechy. Bardzo często więc młodociana sława przytłacza, zamiast uskrzydlać i łamie kariery albo przynajmniej przeplata ekranowe sukcesy pasmami osobistych porażek. Wszyscy chyba wciąż jeszcze mamy w pamięci Macaulaya Culkina, który przez lata przypominał wrak człowieka i dopiero teraz, dobiegając czterdziestki, jako tako wychodzi na prostą. A taki na przykład Daniel Radcliffe niejednokrotnie pojawiał się na planie Harry’ego Pottera pijany i balansował na granicy alkoholizmu, ledwie ukończywszy 18 lat. Drew Barrymore, wyniesiona do sławy przez E.T., już jako 12-latka lądowała na odwyku. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo lista młodocianych aktorów przytłoczonych przez popularność ciągnie się i ciągnie – i raczej nie zapowiada się, by sama z siebie miała przestać się wydłużać.

Dlatego też jestem szczerze zaniepokojona przyszłością dzieciaków ze Stranger Things – a zwłaszcza Millie Bobby Brown, która wyrosła na największą gwiazdę tego serialu. Wraz z nagłym skokiem popularności serialu nie tylko z dnia na dzień stała się gwiazdą, ale też szybko okrzyknięto ją objawieniem i małym aktorskim geniuszem. Wyobraźcie sobie, jak wielkie wrażenie na 13-latce musi robić to, że mimo Winony Ryder i Seana Astina w obsadzie, wszyscy i tak mówią tylko o niej! Zostać ogłoszoną ósmym cudem świata i nie dać się złamać wodzie sodowej uderzającej do głowy – to musi wymagać sporej wewnętrznej siły.

Danielowi trochę tej siły zabrakło. Kadr z filmu <em>Harry Potter i Kamień Filozoficzny</em>, reż. Chris Columbus, 2001.
Danielowi trochę tej siły zabrakło. Kadr z filmu Harry Potter i Kamień Filozoficzny, reż. Chris Columbus, 2001.

Niestety wydaje się, że akurat tego rodzaju siły może Millie trochę brakować… Choć grana przez nią bohaterka jest raczej spokojną, nieco zahukaną dziewczyną, poza planem serialu aktorka zdaje się być jej kompletnym przeciwieństwem. Wystarczy obejrzeć kilka jej występów w mediach albo dostępną na Netflixie serię wywiadów z twórcami serialu – Beyond Stranger Things – by szybko wyszło na jaw, że dziewczyna trochę już gwiazdorzy… Kto wie, może zawsze miała coś takiego w sobie, trudno jej wszak odmówić naturalnego magnetyzmu. Jeśli posadzić ją przy jednym stole z kolegami z obsady, charyzmatycznym reżyserem i genialnymi scenarzystami, wszystkie oczy i tak będą skierowane na nią. I to nie tylko oczy widzów i jej rówieśników – nawet dorośli faceci wpatrują się w nią jak w obrazek, zasłuchani, zahipnotyzowani jej stylem bycia, energią, ekspresyjnością i naturalnym absorbowaniem uwagi otoczenia.

Millie Bobby Brown zdaje się mieć wszystko – ogromny talent, którego ewidentnie jest świadoma, naturalną swobodę obcowania z kamerą, wdzięk i rozkwitającą urodę, a także ten specyficzny rodzaj młodzieńczej kokieterii, która musi bardzo radować zwolenników teorii, jakoby to Lolita uwiodła swojego ojczyma, a nie odwrotnie. Bardzo daleka jestem od jakiegokolwiek przyzwolenia na seksualizację wizerunku tak młodych aktorek, ale akurat w Millie jest coś takiego, co pozwala podejrzewać, że za kilka lat będzie łamać serca i często gościć w prasowych przeglądach najgorętszych romansów Hollywood.

Zdjęcia nie oddają jej uroku! Millie Bobby Brown w serialu <em>Stranger Things</em>, Matt i Ross Duffer, 2017.
Zdjęcia nie oddają jej uroku! Millie Bobby Brown w serialu Stranger Things, Matt i Ross Duffer, 2017.

Najważniejsze jest więc pytanie, czy w tej wybuchowej mieszance znalazło się też coś, co utrzyma dziewczynę i jej galopujące poczucie własnej wartości w ryzach. Byłoby szkoda, gdyby wyrosła na jedną z tych olśniewających, ale jednocześnie znienawidzonych gwiazd, które każdy chciałby mieć w swoim filmie, ale których nikt nie chce mieć na planie, pracować z nimi i znosić ich gwiazdorskich humorów. Wiecie, coś jak Faye Dunaway XXI wieku. Może więc zawczasu trzeba dać Millie snickersa – póki dopiero zaczyna trochę gwiazdorzyć i jeszcze zupełnie nie straciła orientu.

Mam jednak nadzieję, że moje zmartwienia są bezpodstawne i ciemna strona dziecięcej popularności ominie młodszą część ekipy Stranger Things – bo to grupka naprawdę zdolnych, sympatycznych dzieciaków, które mogą daleko zajść, jeśli tylko same sobie nie będą największym wrogiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.