#MeToo – czy i jak mówić o molestowaniu?

Mam dzisiaj dla was językową zagadkę. Przyjrzyjcie się tym zdaniom: „kobieta została napadnięta”, „według nieoficjalnych statystyk, około 200 kobiet dziennie zostaje w Polsce zgwałconych”, „nastoletnia dziewczynka została wykorzystana seksualnie”, „codziennie tysiące kobiet padają ofiarą molestowania”. A teraz powiedzcie – gdzie u licha w powyższych zdaniach podziali się sprawcy tych przestępstw?

Język to potężne narzędzie – potrafi kształtować rzeczywistość, zmieniać świat i rządzić naszym myśleniem. Słowa, których używamy do opisywania rzeczywistości, determinują sposób, w jaki na nią patrzymy i w jaki ją rozumiemy. Może więc warto się zastanowić, w jaki sposób widzimy i rozumiemy przemoc seksualną, jeśli w przeważającej większości przypadków mówimy tylko o jej ofiarach, a o sprawcach milczymy, jakby w ogóle ich nie było. Jakby przestępstwa „działy się” same. Jakby jedynym podmiotem i przedmiotem zdarzenia była tu kobieta. A skoro poza nią nikogo w tej sytuacji nie widać… to kto jest wszystkiemu winny?

Bardzo trafnie ujął to w swoim wystąpieniu Jackson Katz, podkreślając, że już samo mówienie o przemocy seksualnej jako o „kobiecym problemie” jest krzywdzące i zakłamuje obraz sytuacji. W końcu za każdym przypadkiem molestowania czy gwałtu stoi jakiś sprawca. Ale o nich i o ich odpowiedzialności jakoś nie jesteśmy nauczeni mówić…

A jest o kim mówić, bo jak pokazuje zataczająca szerokie kręgi akcja społeczna #MeToo, praktycznie każdy z nas zna kogoś, kto padł ofiarą molestowania czy przemocy seksualnej.  A to znaczy, że prawdopodobnie każdy z nas zna też kogoś, kto się tych przestępstw dopuszcza.

Akcja #MeToo jest trochę pokłosiem sprawy Weinsteina i dyskusji o molestowaniu, jaka rozgorzała, gdy kolejne hollywoodzkie aktorki zaczęły publicznie przyznawać, że producent i współzałożyciel wytwórni Miramax napastował je seksualnie. W niedzielę wieczorem aktorka Alyssa Milano napisała na Twitterze, że gdyby każda kobieta, która padła ofiarą molestowania i przemocy seksualnej, napisała w social mediach „ja też” („me too”), może wreszcie zaczęlibyśmy dostrzegać skalę problemu. W ciągu pierwszych 24 godzin na samym tylko Facebooku pojawiło się takich wpisów 12 milionów i ciągle ich przybywa. Miliony kobiet dzielą się swoimi niełatwymi doświadczeniami, opowiadają o obleśnych typach z metra, wujkach Staszkach, których rubaszne żarty pewnego razu zamieniły się w dramat, kolegach ze studiów, których ręce po alkoholu robią się strasznie lepkie, nauczycielach publicznie wygłaszających upokarzające teksty, szefach domagających się seksualnych „przysług” w zamian za awans…

Skala problemu jest porażająca, a przecież trzeba jeszcze pamiętać o tym, że liczba postów z hasztagiem #MeToo to tylko ułamek rzeczywistej liczby przypadków molestowania. Co z kobietami, które nie słyszały o tej akcji? Co z tymi, które nie są aktywne w social mediach? Co z tymi, które z jakichś względów nie chcą lub wręcz nie mogą się otwarcie do tego przyznać – choćby w obawie przed reakcją społeczeństwa?

A jest się czego obawiać, bo akcja #MeToo pokazuje nie tylko skalę problemu, ale także przerażający brak wrażliwości i bezdenną głupotę pozbawionej empatii części społeczeństwa. Przyznając się do tego, że jakiś obcy obleśny dziad w zatłoczonym autobusie ocierał się o mnie i dyszał mi w kark, mogę usłyszeć, że powinnam się cieszyć, bo to znaczy, że jestem atrakcyjna. Albo odwrotnie, przywołując wypowiedziane na antenie słowa pewnego eksperta z telewizji publicznej – kto by chciał TO w ogóle ruchać, chyba z litości. Mogłabym usłyszeć nieśmiertelne pytanie o to, co miałam na sobie (dżinsy do kostek, płaskie buty, t-shirt i stary sweter, nawet mi się makijażu zrobić nie chciało, więc może to jednak było ocieranie się z litości) i czy wystarczająco jasno dałam temu obcemu człowiekowi znać, że jednak nie jestem zainteresowana kontaktem z jego kroczem (odruchowe pociągnięcie z łokcia nie poskutkowało) – jakby domyślnym ustawieniem było „tak, wszyscy macajcie mnie po tyłku”, w końcu to ryzyko wliczone w bycie kobietą. Mogłabym też usłyszeć, że przesadzam, nie mam do siebie dystansu, chłopcy tacy już są i trzeba ich zrozumieć, przecież on hehehehe pewnie tylko żartował, hehehe seks-niespodzianka zawsze mile widziana, a w ogóle to wyolbrzymiam, kłamię i chcę się wylansować na molestowaniu, bo to jest teraz MODNE.

Szczerze mówiąc, wcale się tym milczącym kobietom nie dziwię. „Własnościowe” i uprzedmiotawiające zachowania wobec kobiet są tak głęboko wrośnięte w naszą kulturę i źle rozumianą tradycję, że wielu ludzi nie widzi w nich nic złego, nawet kiedy im to podstawić prosto pod nos. To, co nienormalne i szkodliwe, jest statystyczną normą. Równie bardzo wrośnięte w kulturę jest traktowanie kobiet z góry, tłumaczenie im, co tak naprawdę myślą i co wolno im czuć, o braku elementarnego szacunku dla drugiego człowieka niezależnie od płci i wszelkich innych uwarunkowań – nawet nie wspominając. Taki mamy klimat. I w takim klimacie stawanie pod prąd nie jest łatwe.

Ale jest cholernie potrzebne. Tak jak i #MeToo było potrzebne, choćby dlatego, że każdej jednej z nas pokazało, że nie jesteśmy w tym osamotnione, że nie tylko mnie spotykają takie obrzydliwe rzeczy i że to nie ja jestem temu winna, tylko do naprawy jest cały społeczny system, w którym gwałty są hehehe takie zabawne, a kobiety walczące o swoją godność to zmanipulowane histeryczki. Potrzebujemy mówić o tym głośno, edukować, uwrażliwiać, piętnować sprawców. Potrzebujemy kampanii dających kobietom odwagę, by się bronić i walczyć o swoje. Potrzebujemy kampanii skierowanych do mężczyzn – mozolnie uczących ich, że żart to jest wtedy, kiedy obie strony się śmieją, a seks wtedy, kiedy obie się dobrze bawią.

To wszystko jest potrzebne, bo język to potężne narzędzie – i od tego, czy i jak mówimy o takich sprawach, zależy to, jak wygląda nasza rzeczywistość. A na razie bynajmniej nie wygląda różowo. Mówmy więc – i pilnujmy tego, w jaki sposób inni mówią. Bez tego długo jeszcze nie będzie szansy na realną zmianę.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.