W miarę wiarygodna genetyka ze sztuki "Harry Potter i Przeklęte Dziecko".

Logika teatralnej rasistki

Co łączy ze sobą młodą, czarnoskórą dziewczynę, małego, białego chłopca i faceta w średnim wieku pochodzącego z Grenady na Karaibach? Na pewno nie wygląd. Ale według speców od castingu do brytyjskich teatrów są idealnym zestawem do zagrania blisko spokrewnionej rodziny.

Ten tekst ma potencjał bycia nieco nietolerancyjnym. Co prawda nie zamierzam w nim nikogo obrażać… może poza zdrowym rozsądkiem speców od castingu. Nie zamierzam nikomu odmawiać talentu ani tym bardziej prawa do występowania na scenach najlepszych teatrów. Ale będę się czepiać. Głównie niekonsekwencji. Ale że ta niekonsekwencja będzie się kręcić wokół ras i kolorów… może się okazać, że balansuję na granicy poprawności politycznej.

Poprawność polityczna to ciekawy i do pewnego stopnia pożyteczny wynalazek. Nie da się ukryć, że mało które społeczeństwo samo z siebie wykształca kulturalny i pełen szacunku język debaty publicznej, gdy przychodzi do mówienia o kimkolwiek innym niż średniozamożny, pełnosprawny, heteroseksualny biały mężczyzna, najlepiej jeszcze chrześcijanin. Większość społeczeństw powoli i cierpliwie trzeba uczyć, że wyrażenia takie jak „pedał”, „żydek”, „plebs”, „kaleka”, „ciapaty” i „chyba ma okres” nie za bardzo służą budowaniu porozumienia i lepszej przyszłości.

Victor Frankenstein i jego rodzona kuzynka.
Victor Frankenstein i jego rodzona kuzynka.

Osobiście uważam, że tę naukę należałoby zacząć w przedszkolach, póki jeszcze dzieci nie nasiąkną nieufnością wobec wszystkiego, co choć trochę się od nich różni. Odgórne narzucanie standardów może i ma sens o tyle, że przynajmniej media (w teorii) nie powielają szkodliwych schematów i wyznaczają „lepsze” trendy. W praktyce – poprawność polityczna swoje, a społeczeństwo i tak ciągnie za tymi, którzy mówią jego tradycyjnym językiem. Temat poprawności politycznej wraca zaś głównie wtedy, gdy na skutek czyjejś nadgorliwości w słowotwórstwie czy żądaniu parytetów rodzą się kolejne absurdy.

„Absurd” to w tym przypadku pojęcie bardzo płynne. Dla niektórych absurdem było to, że na deskach teatru w rolę Hermiony Granger wciela się czarnoskóra aktorka. Myślałam, że jestem bardziej przywiązana do oryginalnej obsady filmów, ale okazuje się, że większy problem mam z tym, że Draco Malfoy nie jest tam specjalnie przystojny, niż z faktem, że Hermionie zmieniły się korzenie. Myślę nawet, że to ciekawy pomysł, a kto wie, może i coś społecznie pożytecznego. Jeśli choć jednej małej dziewczynce zaszczepi to myśl, że niezależnie od koloru skóry może być świetną uczennicą albo ministrem (niekoniecznie magii…), to warto było pójść w tę stronę. Dla psychologii nie jest żadną tajemnicą, że osiągnięcia kobiet, zwłaszcza tych czarnoskórych i tych pochodzących z biedniejszych rodzin mocno hamuje wewnętrzne przekonanie, że świat nie spodziewa się po nich zbyt dobrych wyników w nauce, szczególnie w „typowo męskich” dziedzinach. Ale skoro Hermionie się udało, to czemu innym ma się nie udać?

W miarę wiarygodna genetyka ze sztuki "Harry Potter i Przeklęte Dziecko".
Ron, Hermiona, Rose i w miarę wiarygodna genetyka ze sztuki Harry Potter i Przeklęte Dziecko.

Dla mnie absurd zaczyna się dopiero tam, gdzie poprawność polityczna i rasowe parytety ewidentnie przeczą logice –  a ja, zamiast skupiać się na czyimś talencie, próbuję rozgryźć nieintuicyjne relacje pomiędzy bohaterami na scenie. Nie mam problemu z czarnoskórą Hermioną… dopóki dziecko jej i rudego Rona wbrew genetyce nie będzie miało skośnych oczu. Chętnie zobaczę kobietę grającą księcia Hamleta. Tudzież księżniczkę Hamlet. Albo Romea i Julię w całości przeniesionych do Harlemu. Wychodzenie poza schemat zawsze pozwalało sztuce mówić rzeczy ciekawe, inspirujące, ważne. Ale marzę o tym, żeby przy tym łamaniu konwenansów całość jeszcze trzymała się kupy. Ot, taka fanaberia.

I w ten sposób wracamy do barwnego trio z początku tekstu. Tak się składa, że to akurat przykład „z życia”, czy może raczej ze sceny teatru. W znakomitym Frankensteinie, o którym niedawno pisałam, pan z Karaibów gra ojca Victora Frankensteina, choć ani Benedict Cumberbatch, ani Jonny Lee Miller nie wyglądają, jakby spędzili choć trochę czasu na Karaibach. Młodszy brat może i do Victora jest podobny, ale do ojca zupełnie już nie. A przecież jest i rodzona kuzynka, której czekoladowa skóra sugeruje dopływ genów z jeszcze jakiejś innej części świata.

Choć znam i lubię książkę Mary Shelley, za pierwszym razem przez sporą część spektaklu zastanawiałam się, czy aby na pewno dobrze rozumiem, kto jest kim w tym skomplikowanym układzie. Za drugim razem było już jakoś łatwiej, ale po drodze „zaliczyłam” jeszcze Hamleta, w którym blada jak śnieg Ofelia była rodzoną siostrą ciemnoskórego mężczyzny. Który zresztą sporo wykrzykiwał na scenie o czarnych demonach – pamiętam, że zastanawiałam się wtedy, czy to bardziej czy mniej poprawne politycznie, niż gdyby to samo padało z ust faceta bladego jak ściana.

Ofelia...
Ofelia…

To powiedziawszy, zaczyna mnie dręczyć niepewność, czy według brytyjskich standardów nie jestem przypadkiem rasistką. Może prawdziwa tolerancja jest wtedy, kiedy ślepnie się na kolory do tego stopnia, że nie widzi się nic dziwnego w trojaczkach, które ewidentnie powinny mieć trzech różnych ojców? Może brak konsekwencji w obsadzaniu ról wewnątrz rodziny ma być wyraźnym znakiem, że tylko talent liczył się przy rozdawaniu angaży? Talent rzecz istotna, ale chyba istnieje jeszcze coś takiego jak dopasowanie do roli… Czy gdyby szekspirowską Julię zamiast podlotka zagrała stateczna matrona po pięćdziesiątce, wierzylibyśmy tak samo w jej naiwne uniesienia?

...i jej rodzony brat.
…i rodzony brat Ofelii.

Czy kolor skóry Laertesa i Ofelii sprawia, że mniej wierzę w ich słowa, uczucia, motywacje? Nie. Ale podczas spektaklu niepotrzebnie marnuję czas, zastanawiając się, z kim miała romans ich matka. Czy rodzina Frankensteinów traci ze względu na swoją różnorodność? Nie. Ale zamiast podziwiać talent Cumberbatcha czy Millera, bez sensu próbuję odgadnąć, kto tam jest adoptowany. A zakładam, że nie o to twórcom chodziło… Gdyby cały ród Frankensteinów miał się nagle stać Chińczykami… pewnie miałabym problem z nazwiskiem. Ale przynajmniej relacje pomiędzy nimi byłyby dla mnie zupełnie jasne.

Może to ma być wyraz uniwersalnego braterstwa ponad podziałami? Coś, do czego jeszcze nie dorosłam, spędziwszy całe życie w stosunkowo jednolitym kolorystycznie społeczeństwie… A może moje wołanie o genetyczny porządek to jakieś echa rasowej segregacji? Czepiam się tej genetyki, ale przecież już nie raz i nie dwa sprytniejsi ode mnie próbowali jej używać do usprawiedliwiania haniebnych i okrutnych czynów… Czyżbym więc była teatralną rasistką?

Sztuka porusza tylko wtedy, kiedy jesteśmy w stanie w nią uwierzyć. Nic nie poradzę na to, że patchworkowe rodziny u Szekspira i Mary Shelley nie są dla mnie wiarygodne… Może nabrałyby więcej sensu, gdyby rodzicom pozmieniać imiona na Brad i Angelina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.