Kadr z filmu "Pasażerowie", reż. Morten Tyldum, 2016.

Ładne, ale głupie – 4 filmy miłe tylko dla oka

Z filmami bywa jak z ludźmi – czasem lepiej, żeby nie próbowały nic mówić. Tak się składa, że w ostatnich latach przemysł filmowy ochoczo karmi nas obrazami, na które miło popatrzeć, tak są estetycznie dopieszczone i opakowane w ładną, sentymentalną otoczkę… ale o których jednocześnie lepiej za dużo nie myśleć, bo nie wytrzymują konfrontacji z logiką. Niektóre z tych filmów to wręcz typowi pseudointelektualiści – udają, że zabierają głos w ważnych sprawach, a do powiedzenia mają głównie same niedorzeczne farmazony.

Przed wami 4 bardzo ładne filmy, które niewiele poza swą urodą mają do zaoferowania:

Dziewczyna z portretu, reż. Tom Hooper, 2015

Nie da się zaprzeczyć, że Dziewczyna z portretu jest filmem pięknym. Ma dopracowaną scenografię i kostiumy z epoki, niektóre plenerowe zdjęcia nadawałyby się na temat obrazów w jakiejś klimatycznej galerii, w obsadzie znajdzie się sporo ładnych ludzi z Alicią Vikander i dziwacznym, acz niepozbawionym uroku Eddiem Redmaynem na czele. W zamyśle miał to być też piękny i nieco rzewny film o miłości – wiecie, tak wielkiej, że kiedy twój mąż postanawia zostać kobietą, ty go dzielnie wspierasz. Może i dla niektórych taki to właśnie był film. Ale pod tym płaszczykiem ładnych kostiumów Dziewczyna z portretu próbuje nam wcisnąć kilka wyraźnych głupot.

Kadr z filmu Dziewczyna z portretu, reż. Tom Hooper, 2015.

Przede wszystkim, udając film biograficzny, nie do końca oddaje sprawiedliwość swoim bohaterom i ich specyficznej relacji – która wg źródeł bardziej niż romantyczną historię poświęcenia przypominała raczej otwarty związek biseksualnej Gerdy i Einara, który staje się jedną z pierwszych na świecie transgenderowych kobiet. Ale najgorsza w tym wszystkim jest postać Lili – stanowczo zbyt przekombinowana przez Eddiego Redmayna, ale także dość niefortunnie zaplanowana już na etapie scenariusza. Nie roszczę sobie prawa do zrozumienia, jak to jest odkryć, że jest się uwięzionym w ciele niewłaściwej płci, ale twórcy Dziewczyny z portretu rozumieją to chyba jeszcze mniej ode mnie. Scena, w której Einar zakłada sukienkę i nagle doznaje olśnienia, że chyba jednak jest kobietą, wygląda jak napisana przez jednego z tych dziwnych ludzi, którym wydaje się, że pokazanie geja w filmie sprawi, że dzieciaki masowo zaczną ulegać „modzie” na homoseksualizm, wybuchnie mityczna epidemia gejostwa i gatunek ludzki wymrze w ciągu dwóch pokoleń. Już widzę te nagłówki na Pudelku – „Założył sukienkę i dopadł go gender!”. Jeśli już robimy film o takich sprawach jak zmiana płci, należałoby podejść do tematu z trochę większą dawką wrażliwości i zrozumienia… bo upychanie w nim kuriozalnie uproszczonych scen i aktorsko przeszarżowanych postaci to po prostu głupota i niedźwiedzia przysługa dla bezpośrednio zainteresowanych tematem.

Crimson Peak, reż. Guillermo del Toro, 2015

Tu znów zdecydowany przerost formy nad treścią… Wizualnie to prawdziwa perełka – gotycka posiadłość, mroczne zdjęcia we mgle i w półmroku, ładni ludzie w pięknych kostiumach, o wyjątkowo, że tak pozwolę sobie na eufemizm, miłych dla oka scenach erotycznych z udziałem Toma Hiddlestona nie wspominając. Gdyby jeszcze w tej ładnej scenerii działo się coś mniej więcej sensownego… nie prosiłam o wiele, wszak film otwiera zdanie o tym, że duchy istnieją – ale nawet w takiej konwencji da się (i należałoby) zachować jakąś wewnętrzną logikę czy wynikowość opowiadanej historii. A tymczasem film nie może się zdecydować, czy chce być mrocznym romansem, horrorem, baśnią o duchach, czy po prostu zapominanym 5 minut po wyjściu z kina filmem z masą dziur w scenariuszu. Bohaterowie może i robią czasem coś więcej niż tylko snują się z miejsca w miejsce, ale są tak naiwni i tak uparcie ignorują to, co się wokół nich dzieje, że nawet najmniej domyślni spośród widzów rozgryzą całą niezbyt subtelną intrygę przed nimi. Ot, ładna rzecz do pooglądania, ale w sumie nie wiadomo po co.

Crimson Peak reż. Guillermo del Toro, 2015

Na pokuszenie, reż. Sofia Coppola, 2017

Tutaj znów jest na co popatrzeć – piękna Nicole Kidman i inne dość urodziwe dziewczęta w zdobnych sukniach z czasów wojny secesyjnej, typowa dla amerykańskiego południa rezydencja skąpana w blasku świec, imponujące zdjęcia… i w zasadzie na tym koniec. Fabułę filmu da się streścić w jednym zdaniu: grupka wyposzczonych kobiet traci głowę na widok faceta. Oczywiście sam tego typu motyw nie musi być od razu głupi – jeśli dobrze go ugryźć, może być ciekawą opowieścią o samotności, pożądaniu, rywalizacji. Problem w tym, że dopieszczając wizualną stronę filmu do perfekcji, ktoś tu chyba zapomniał o tym, że warto by też dopieścić bohaterów, ich charaktery i motywacje. Skutek jest taki, że przez cały seans patrzymy na grupkę ładnych ludzi w ładnych strojach, którzy robią coraz to głupsze rzeczy z coraz to mniej uzasadnionych powodów. Nawet kiedy bohaterowie próbują ratować film, wprost deklarując takie czy inne uczucia, nie zmienia to faktu, że wszystko to brzmi fałszywie, bez sensu i nie niesie ze sobą żadnego ładunku emocjonalnego.

Kadr z filmu Na pokuszenie, reż. Sofia Coppola, 2017.
Kadr z filmu Na pokuszenie, reż. Sofia Coppola, 2017.

Pasażerowie, reż. Morten Tyldum, 2016

To jeden z tych filmów, które reklamuje nam się jako jeden gatunek (coś z pogranicza thrillera science fiction), w kinie dostajemy drugi gatunek (romans dla nastolatek), a tak naprawdę film powinien być czymś jeszcze zupełnie innym (psychologicznym dramatem z syndromem sztokholmskim w tle). Pasażerowie to film bardzo ładny – Chris Pratt i Jennifer Lawrence stanowią uroczą parę i przyjemnie patrzy się na chemię między nimi. Sceneria też jest dość malownicza – futurystyczne wnętrza, a za oknami niezmierzona przestrzeń pełna gwiazd, wszak nasi bohaterowie podróżują statkiem kosmicznym zaludnić nową planetę.

Kadr z filmu Pasażerowie, reż. Morten Tyldum, 2016.

Ale na tym kończy się to, co w Pasażerach ładne. Od tego momentu film zaczyna grzeszyć nie tylko głupotą, ale i szkodliwością społeczną, bo próbuje sprzedać widzowi jako wielką i ach jakże romantyczną miłość coś, co w zasadzie jest przemocą, manipulacją i przestępstwem. Bohater grany przez Pratta odwala fantastycznonaukowy ekwiwalent porwania nastolatki i przetrzymywania jej latami w śmierdzącej szopie. Ale wiecie, Pratt nie wygląda jak stary, gruby i pryszczaty zbok bez krztyny umiejętności społecznych, więc twórcy usiłują nam wmówić, że wszystko jest spoko, że dziewczynie wcale nie dzieje się żadna krzywda, nikt jej właśnie nie skazał na spędzenie reszty życia w szopie (wielkiej, eleganckiej i mknącej przez przestrzeń kosmiczną, ale jednak szopie), za jedyne towarzystwo dając jej oprawcę, który wydał ten wyrok. To mógł być całkiem niezły psychologiczny dramat, ale ubieranie go na siłę w otoczkę romantycznej miłości z happy endem to już nie tylko marnotrawstwo potencjału, ale i zwyczajna, szkodliwa głupota.

Niewiele tak mnie drażni w kinie, jak głupota – zwłaszcza, jeśli ubierze się ją w wyjątkowo efektowną formę. Głupi i marnie zrobiony film łatwo jest zignorować i zepchnąć w mrok historii. Ale kiedy głupota współistnieje z bardzo ładnym opakowaniem, kiedy krytycy rozwodzą się nad pięknymi zdjęciami, talentem aktorskim i scenografią godną oscarowej gali… kiedy TYLKO taki drobny, nieistotny szczegół jak fabuła kuleje, aż przykro patrzeć na zmarnowany potencjał. Kino może i jest przede wszystkim rozrywką, ale kto powiedział, że musi być rozrywką bez sensu?

1 Komentarz

  • Najpierw pomyślałem sobie, że chyba w takim razie nie obejrzę „Dziewczyny z portretu”, ale potem stwierdziłem, że jako transpłciowy facet chyba jednak dla dobra innych widzów to zrobię, aby móc ten film merytorycznie skrytykować i napisać o wszystkim, co w nim jest nie tak. Tylko najpierw muszę w końcu przeczytać książkę ;). A „Crimson Peak” akurat chciałem obejrzeć w ferie po sesji, więc dzięki za ostrzeżenie, nie będę się po tym filmie spodziewał zbyt wiele, choć obejrzę tak czy inaczej – jego wizualność naprawdę kusi (taaak, Tom też :D) i zainteresował mnie klimat tej opowieści podczas oglądania zwiastuna. Nawet jak ma być kiepskie, to i tak zobaczę, choć bardziej jako niewymagające guilty pleasure ;D. Natomiast „Na pokuszenie” odpuszczam, w sumie i tak raczej nie miałem filmu w planach, a teraz tym bardziej będę się trzymał z daleka; o książce też słyszałem, że jest słaba, więc i ją pewnie ominę. „Pasażerów” tym bardziej sobie odpuszczę, bo nie będę oglądał szkodliwych głupot, ale bardzo mi szkoda, że tak ten film zmarnowali – miałem nadzieję, że będzie to naprawdę dobre kino science-fiction z tajemnicą :/.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.