Komu bije dzwon – wrażenia z 5 odcinka 8 sezonu Gry o Tron

Porzućcie wszystkie teorie, którzy tu wchodzicie (nadzieję też możecie porzucić) – przedostatni odcinek Gry o Tron wyraźnie daje nam do zrozumienia, że czas spełniania naszych oczekiwań się skończył. Zaczął się natomiast czas robienia wszystkiego, by nas zaskoczyć i by obalić większość teorii, które snuliśmy przez osiem sezonów – czasem nawet za cenę logiki czy wieloletniego rozwoju poszczególnych bohaterów. 5 odcinek 8 sezonu Gry o Tron znów bardzo spolaryzował widzów… A im bliżej finału, tym mniej znajduję w serialu wątków, których gotowa byłabym bronić. [Tekst zawiera spoilery].

Słońce też wschodzi dla tego odcinka…

Zacznijmy jednak może od tych rzeczy, które mi się w Dzwonach (bo taki tytuł nosi odcinek) podobały – jest ich dokładnie 4, więc pójdzie szybko:

⚔️ ten moment, kiedy Sandor Clegane odwodzi Aryę od samobójczej misji. Czy trzymałam kciuki za to, żeby Arya zabiła Cersei? Oczywiście – co najmniej jeden kciuk, bo drugi zarezerwował sobie Jaime. Czy byłam zawiedziona, że nie było to Aryi dane? Trochę tak. Ale sam moment, w którym Clegane przypomina jej, że jest jeszcze młoda i może zrobić ze swoim życiem dużo więcej, niż tylko oddać je dla zemsty, był zaiste mocny. Zwłaszcza, gdy Arya chyba po raz pierwszy w życiu zwróciła się do Sandora po imieniu. Serduszko drgnęło. I chociaż sama poprowadziłabym Aryę jednak inaczej, w zasadzie nie obrażę się, jeśli po doświadczeniu rzezi na cywilach dziewczyna przewartościuje swoje życie i dążenia, porzucając ślepe pragnienie zemsty i zajmując się czymś bardziej konstruktywnym.

⚔️ ten moment, kiedy Tyrion i Jaime rozmawiają po raz ostatni. Po pierwsze to bardzo ładne nawiązanie do analogicznej sceny, kiedy to Jaime wypuszczał Tyriona z niewoli. Ale po drugie to też mocny i wzruszający moment pomiędzy braćmi. Nawet jeśli każdy z nich z osobna mnie w tym sezonie srogo zawodzi, to w duecie wciąż potrafią mnie pozytywnie poruszyć i sprawić, że pociągam nosem.

⚔️ to wrażenie, że Danka sieje większe zniszczenie i horror niż armia nieumarłych. To w pierwszej chwili może się wydawać nielogiczne, ale tak jak pisałam przy okazji trzeciego odcinka, zrobienie final bossa z Cersei (tudzież Danki) i przeniesienie nacisku z wątków ponadnaturalnych na ludzkie potyczki o władzę ma sporo sensu i jest bardzo wymowne. To ludzkość sama jest dla siebie największym zagrożeniem i to my sami robimy sobie najokropniejsze rzeczy. Nie potrzebujemy do tego potworów z bajek – a dużo bardziej niż duchów (tudzież zombie) należy się bać żywych ludzi, którzy nawet największe masakry są w stanie ubrać w wielkie słowa o wyzwalaniu i sprawiedliwości.

⚔️ to ciągłe igranie z myślą, że historia zatacza koło. Wygląda na to, że jeśli coś z sugestii G.R.R. Martina szczególnie zapadło twórcom serialu w pamięć, to przede wszystkim wizja historii, która ciągle się powtarza – bo to wydaje się być motywem przewodnim całego sezonu. Mieliśmy już sporo bezpośrednich odwołań do konkretnych scen z poprzednich lat, a teraz niektóre wątki zataczają koło i kończą się, w zasadzie wracając do punktu wyjścia. Mamy więc Ogara, który znienawidził brata po incydencie z podpalaniem twarzy – i ich ostateczną walkę, która też kończy się w ogniu. Mamy Varysa, który zaczyna swoją drogę i kończy ją w ten sam sposób – dla dobra królestwa knując spisek przeciwko Daenerys Targaryen. Mamy Aryę, która znów przechodzi od mocnego postanowienia, że będzie walczyć, do chaotycznej ucieczki i krycia się w zaułkach Królewskiej Przystani. Jaime znów ląduje najpierw w kajdanach, a potem w ramionach Cersei – z jednej strony haniebnie zaprzepaszczając siedem sezonów rozwoju postaci, z drugiej dowodząc, że natura ludzka jednak często jest niezmienna. Wreszcie – Daenerys dopełnia szaleńczego pragnienia swojego ojca i pali całe miasto.

Ten motyw ciągle powtarzającej się historii jest bardzo wymowny – i gdyby to zależało ode mnie, w finale sezonu Westeros zatoczyłoby pełne koło. Arya, która w tym odcinku z jakiegoś względu bardzo przypominała mi Neda Starka, dogadałaby się z Gendrym, wierną kopią Roberta Baratheona, wspólnie rozpętaliby rebelię i obalili Szaloną Królową Daenerys. A potem znów Baratheon zasiadłby na Żelaznym Tronie. To się jednak pewnie nie stanie, bo nie ma już na to czasu – ale hej, pomarzyć można.

Są jednak takie rzeczy, o których już nie marzę – a wśród nich poczucie, że ten sezon może być jeszcze uratowany…

Scenarzyści i teoria chaosu

Największym problemem tego sezonu jest niespójność. Trochę, jakby każdy odcinek był planowany osobno i zapomniano, że wypadałoby je jakoś przekonująco połączyć. Poszczególne elementy w każdym odcinku wyglądają inaczej – zgodnie z tym, co akurat jest potrzebne do pchnięcia fabuły naprzód. Otoczenie i wygląd Królewskiej Przystani wyraźnie się zmieniły od ostatnich sezonów. Ale to akurat szczegół. Jeszcze niedawno Euron Greyjoy był być może ekscentrycznym, ale jednak dość pragmatycznym egoistą – a teraz gdy miasto płonie, zamiast uciekać, pojedynkuje się o kobietę, która za chwilę i tak umrze. Jeszcze niedawno narzekaliśmy, że smoki są w zasadzie bezużyteczne i giną jak muchy… Teraz musimy się zastanawiać, jakim cudem w ciągu jednego odcinka Drogon zamienił się w niewyczerpalny miotacz ognia – i to w dodatku ognia, który nagle jakimś cudem zaczął wysadzać w powietrze kamienne mury. Nawet te, na których nie było składów dzikiego ognia. Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się, jakim cudem flota Eurona jest taka dyskretna, zwrotna i szybkostrzelna… A teraz zastanawiamy się, dlaczego dziesiątki skorpionów nie są w stanie ustrzelić jednego smoka. Proponowałabym, żeby twórcy zdecydowali się jednak na jedną wersję, bo zakres możliwości sprzętu i smoków nieprzewidywalnie skacze i spada z odcinka na odcinek. A wystarczyłoby, żeby Gendry zrobił Drogonowi wypasioną smoczą kolczugę – i od razu niezabijalność Drogona byłaby trochę łatwiejsza do obronienia.

Głupi i głupszy: bracia Lannisterowie

To miłe, że Jaime mnie wyręczył i sam w tym odcinku zacytował słowa o tym, jakoby miałby być najgłupszym z Lannisterów… bo rzeczywiście obecnie prowadzi w rankingu. Po siedmiu sezonach budowania postaci, która powoli wychodzi na prostą i staje się coraz bardziej przyzwoitym człowiekiem, a nawet stopniowo coraz bardziej wyrywa się spod wpływu siostry/kochanki, w ciągu mniej więcej jednego odcinka udało mu się zaprzepaścić cały ten rozwój i wrócić do punktu wyjścia. Prosto w ramiona Cersei i przy okazji w objęcia śmierci. Co być może byłoby trafnym przykładem toksycznego związku, z którego bardzo trudno jest się wyrwać… gdyby w kontekście ostatnich odcinków nie wzięło się to trochę znikąd i gdyby od pewnego czasu tak mocno nie sugerowano, że Jaime jednak się zmienił, uwolnił spod wpływu królowej, odkupił swoje winy i zobaczył przed sobą wizję przyszłości u boku kogoś, z kim nie jest spokrewniony.

Jaime nie jest jednak w rankingu głupich Lannisterów osamotniony – wytrwale goni go Tyrion. Jeszcze do niedawna to była jedna z najmądrzejszych postaci w serialu… a tymczasem co najmniej od siódmego sezonu popełnia błąd za błędem i podejmuje coraz dziwniejsze decyzje. Po wszystkich okropnościach, jakie stały się jego udziałem, Tyrion chyba bardzo chce wierzyć w to, że na świecie jest jeszcze jakieś dobro… Tyle, że szuka go w zaiste dziwnych miejscach. Czym poza jedną rozmową kilka sezonów temu jest motywowana jego uparta wiara w to, że Cersei nie jest potworem? Ta sama Cersei, która od dobrych kilku sezonów robi prawie wszystko, żeby pozbawić go życia? Prawie wszystko – poza rzecz jasna rozstrzelaniem go z murów w poprzednim odcinku, bo ona też nie grzeszy ostatnio sprytem. Czemu Tyrion tak uparcie i dość ślepo broni Danki, która z każdym odcinkiem coraz bardziej traci trzeźwy osąd rzeczywistości? Bać się zdradzić królową, która wykazuje ewidentną skłonność do przemocy, to jedno. Ale przekonywać wszystkich wokół i siebie samego, że tyranka jeszcze nawróci się na miłosierdzie? I podkablować przyjaciela? Stary, dobry Tyrion byłby bardziej ostrożny w sądach i działaniach.

Mieć i nie mieć: śmierć Cersei

Skoro już jesteśmy przy Lannisterach, poświęćmy chwilę Cersei – która w tym sezonie ma wyjątkowo mało czasu ekranowego i głównie stoi, popatrując sobie z góry na miasto z nieprzeniknioną miną. Cersei była tą postacią, którą kochaliśmy nienawidzić. Niemal od początku serialu czekaliśmy, aż w końcu ktoś ją zamorduje i mieliśmy nadzieję, że to będzie morderstwo niepozbawione brutalności… A tymczasem załatwiły ją kamienie. Nie ukrywam, przyjemnie było patrzeć na jej popłoch w obliczu przegranej, a Lena Headey wycisnęła ze swoich kilku momentów na ekranie wszystko, co tylko się dało… Ale śmierć Cersei zdecydowanie była zbyt łaskawa i zbyt osłodzona ramionami ukochanego/brata. Odebrała nam satysfakcję ze śmierci jednej z najwredniejszych postaci w serialu, a przy okazji zepsuła jednego z najbardziej lubianych bohaterów. I jeszcze na dodatek okazała się wybitnie pokrętną interpretacją przepowiedni o dłoni młodszego brata, która spocznie na szyi Cersei. Dłoń co prawda spoczęła… Ale ewidentnie nie w sposób, którego oczekiwaliśmy.

Jon Snow na bocznym torze

Jon Snow, jak na prawowitego dziedzica tronu i tego biednego chłopaka, który za chwilę będzie musiał się bić o władzę z własną dziewczyną/ciotką, zaskakująco niewiele ma w tym sezonie do roboty. Trochę polatał na smoku, trochę się pobił, trochę pomarudził, że nie chce korony… A w tym odcinku znów ma zaskakująco niewiele do zrobienia. Z przerażeniem popatruje na niehonorowe poczynania Daenerys w powietrzu i Szarego Robaka na ziemi, i obowiązkowo zalicza rycerską scenę ratowania niewiasty – najwyraźniej dla podkreślenia, że w przeciwieństwie do ciotki, ma ludziom Westeros do zaoferowania coś więcej niż tylko ogień i krew. Jon jest miłym gościem. Co już wiemy. Od kilku sezonów. Jeżeli starcie Targaryenów ma wygrać w finale jednak Jon, to mam nadzieję, że będzie przy tym nieco bardziej aktywny – bo póki co zachowuje się jak statysta na planie. Są szanse, że zostanie zmuszony do działania – jeżeli nie przez Dankę, której już się chyba nie da zatrzymać inaczej niż siłą, to może przez tajemnicze (i oby wpływowe) osoby, którym Varys przed śmiercią zdążył podać najświeższą ploteczkę Westeros.

Szaleństwa panny Daenerys

Daenerys udowodniła wreszcie, że jest nieodrodną córką swego ojca, Szalonego Króla. Z jednej strony trudno mówić tu o zaskoczeniu, bo większość widzów już od pewnego czasu się tego spodziewała, a serial od dobrych kilku sezonów pokazywał, że dziewczyna ma skłonności do tyranii, nie ucieka od brutalności i niekiedy podejmuje bardzo kontrowersyjne decyzje. Dopóki czuła się w miarę bezpiecznie i miała przy sobie sprawdzonych, zaufanych doradców, robiła sporo dobrego dla szarych ludzi, a część jej mrocznych impulsów udawało się zahamować czy stwarzać pozory, że Daenerys uczy się nieco bardziej dyplomatycznego podejścia… Ale odkąd tylko postawiła stopę po tej stronie morza, scenariusz wyraźnie sugerował, że w pewnym momencie Danka może stracić nad sobą kontrolę i mocno przeholować.

Zdecydowanie nie spodziewaliśmy się jednak, że to nie będzie utrata kontroli i działanie w afekcie czy bezpośrednim wyniku bolesnej straty… tylko w momencie, gdy teoretycznie osiągnęła swój życiowy cel i wygrała z Cersei bitwę o Żelazny Tron. Już sam fakt, że Danka postanowiła spalić całą Królewską Przystań razem z milionem cywilów w środku, byłby wystarczającym objawem brutalności i szaleństwa. Ale ewidentnie twórcom to nie wystarczyło. Dostaliśmy nie tylko porywczą i brutalną królową, która nie potrafi tłumić swoich impulsów, ale istną psychopatkę, która rozpętuje piekło w momencie, w którym powinna się cieszyć, bo miasto właśnie się jej poddało. Danka jak prawdziwy psychopata zwala też winę za swoje czyny na innych – o śmierć Varysa zostali w zasadzie obwinieni wszyscy: Sansa, pośrednio Jon i Tyrion, który mógł przecież nic nie mówić i nie wodzić przyjaciela na pokuszenie. Kto zostanie obwiniony o „sprowokowanie” Danki do spalenia Królewskiej Przystani? Może mieszkańcy, którzy nie powitali jej z kwiatami? Może samo miasto, które śmiało istnieć?

W kulisach powstawania odcinka twórcy twierdzą, że spojrzenie w stronę Czerwonej Twierdzy uświadomiło Daenerys, jak wiele krzywd wycierpieli w tym miejscu Targaryenowie i jak od dziesiątków lat się tu ich nie szanuje – i że to wywołało nagłe pragnienie zemsty. Najwyraźniej na każdym, kto się nawinie. Gratulacje, narracja godna niezbyt rozgarniętego terrorysty. Trochę się to kłóci z dotychczasowym dość wiarygodnym „usprawiedliwianiem” szaleństwa Daenerys i sugerowaniem, że jeśli straci nad sobą panowanie, to z „uzasadnionych” powodów – a twórcy wyraźnie po kolei pokazywali nam straty, jakich doświadczyła, podkreślali, jaka czuje się wyobcowana, opuszczona, zdradzona, przyparta do muru. Trochę miało się wrażenie, że nawet jeśli nie popieramy jej decyzji, to przynajmniej rozumiemy, skąd one się biorą. Prawdopodobnie tak samo zareagowalibyśmy, gdyby w poprzednim odcinku spaliła Królewską Przystań bezpośrednio po śmierci Missandei – bo podzielaliśmy jej wściekłość. A tymczasem Daenerys w kompletnie absurdalnej sytuacji przekroczyła granice, z którymi czuliśmy się komfortowo. Wyrwała się poza sferę, którą jesteśmy w stanie usprawiedliwić czy choćby zrozumieć. To już nie jest sprowokowana dziewczyna, którą w krytycznej chwili poniosły emocje. To jest terrorystka, która pali żywcem milion obywateli właśnie oddających się jej w opiekę.

Być może to było twórcom potrzebne, by łatwiej patrzyło się na jej śmierć w przyszłym odcinku, bo chyba nic innego już jej nie pozostało, jak umrzeć z ręki Jona. Albo Aryi. Ale z drugiej strony strasznie dziwnie się patrzy na to, jak do niedawna ulubienica publiczności przechodzi na mroczną stronę. I robi to w taki sposób, dla którego nie znajdujemy już usprawiedliwień innych niż klisze o szaleństwie i pstryczku, który nagle przeskoczył jej w głowie. Nie jestem pewna, czy mi się to podoba.

Kolos na glinianych nogach

A czy podoba mi się ten sezon? Technicznie i realizacyjnie to telewizja naprawdę najwyższej próby. Niesamowicie klimatyczna muzyka zasługuje na wszelkie nagrody. Fabularnie pierwsze trzy odcinki mimo paru ewidentnych wpadek byłam w stanie jeszcze pokochać całym serduszkiem i bronić drogi obranej przez twórców… Ale im dalej w las, tym bardziej wszystko staje się toporne, pospiesznie rozegrane i kiepsko umotywowane na ekranie – nawet jeśli wizualnie wygląda powalająco. Im dalej w las, tym więcej gimnastyki umysłowej wymaga usprawiedliwienie kierunku, w którym idzie fabuła. I tym więcej irytujących, czepialskich pytań ciśnie mi się na usta:

⚔️ co na Siedmiu Bogów stało się ze sprytem Varysa i dlaczego tak łatwo dał się przejrzeć i przyłapać na zdradzie?

⚔️ gdzie u licha jest Yara (nie w sensie geograficznym, tylko fabularnym) i dlaczego to nie ona pojedynkuje się z Euronem?

⚔️ czemu Jaime to taki idiota i jak można tak zaprzepaścić siedem sezonów rozwoju postaci? I po co rozwijano jego romans z Brienne? Żeby ją skrzywdzić w imię fanserwisu?

⚔️ czy twórcy próbują bić własne rekordy tego, jak szybko można roznieść w pył armię słynącą z wielkiej skuteczności? Bo Złota Kompania padła szybciej, niż zgasły płonące miecze Dothraków.

Z każdym odcinkiem jestem coraz bardziej rozczarowana i coraz mniej wierzę w to, że ten sezon spełni nadzieje, które rozbudził na początku. A jeśli wierzyć przeciekom krążącym w sieci, na finałowym odcinku prawdopodobnie nie zostawię suchej nitki… Ale przede mną jeszcze tydzień gasnącej nadziei i łudzenia się, że może nie znienawidzę tego zakończenia tak bardzo, jak kiedyś znienawidziłam finał Zagubionych… Przekonamy się za tydzień.

5 komentarzy

  • Nie mogę się doczekać! Nie emisji odcinka, tylko Twojej recenzji. Ja na razie nie jestem w stanie oglądać, choć uwielbiam stworzony przez Martina świat, ale oglądanie tych scen na ekranie to dla mnie trochę zbyt brutalne… Odpadlam przy zjedzeniu noworodka przez psy. Ale zakończenia jestem ciekawa.

  • Szczerze mówiąc, to chciałałabym już obejrzeć ostatni odcinek i mieć to z głowy :(. Nie widzę możliwości sensownego, dobrego zakończenia. Może i o to chodziło, na pewno pytanie kto wygra pozostaje nierozstrzygnięte do samego końca, ale niesmak pozostaje. Do tego co wymieniłaś dorzuciłabym walkę braci Clegane i nieśmiertelność Aryi. Natomiast podoba mi się wątek powrotu Jamiego do Cersei i ich śmierć. Mam tylko nadzieję, że nie wygrzebią ich cudem żywych spod kamieni albo Sandora. Góra może powstać i nawet zasiąść na żelaznym tronie (o ile ten mebelek nie został zniszczony). Już mi wisi.

    • Przyszło mi do głowy sensowne zakończenie – Daenerys przerażona własnym zachowaniem zrzecze się tronu na rzecz Snowa i pójdzie do klasztoru ;))) Zapomniałam poprzednio się podpisać, sorry. Monaszi

    • Mam taką „teorię”, że scenarzyści robią to wszystko celowo, żeby nam ułatwić rozstanie z serialem i żebyśmy za bardzo nie tęsknili 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.