Kadr z filmu "Harry Potter i Kamień Filozoficzny", reż. Chris Columbus, 2001.

Kij między nogami czyli sport według Mili

Wszyscy ostatnio mówią o olimpiadzie, o sporcie… więc ja też coś powiem. O jedynym chyba sporcie, który w dzieciństwie sprawiał mi jakąkolwiek przyjemność – o quidditchu.

Obiło mi się ostatnio o uszy, że Polska ubiega się o przywilej organizacji mistrzostw świata w quidditchu. Nie jest to ani żart, ani fragment nowego tekstu J.K. Rowling. Jakkolwiek to brzmi, ludzie na całym świecie grają w quidditcha – a Polska, jak wiele innych krajów, ma nawet własną ligę. Póki co, grają w niej co prawda dopiero trzy zespoły (Warsaw Marmaids, Kraków Dragons i Quidditch Hussars), ale rozgrywki budzą spore emocje… przynajmniej wśród zainteresowanych.

Zapytacie pewnie – ale jak to: grają w quidditcha? Żyjemy w końcu w świecie, w którym magia nie za bardzo chce działać poza Hogwartem, a miotły niestety wyjątkowo uparcie nie chcą się podrywać do lotu… Czyżby ktoś stworzył quidditchową grę na wzór Fify? (Pewnie tak, ale nie o tym mówię…) Czy to wszystko odbywa się wirtualnie? A może chodzi o planszówkę?

Nic bardziej mylnego. Kraków Dragons i inne podobne drużyny wybiegają na prawdziwe boiska, rzucają prawdziwymi piłkami… i tylko „latanie” jest tutaj kwestią dosyć umowną.

Wyobraźcie to sobie – boisko pełne ludzi usiłujących biegać… trzymając kij od miotły między nogami. To bardzo ważne – w końcu w quidditcha gra się na miotłach. Zawodnicy bezwzględnie muszą więc przestrzegać tej jednej reguły i przez cały czas „utrzymywać się na miotle”. Czyli w praktyce: nie wypuścić kija spomiędzy ud. Tak wyposażeni zawodnicy rzucają prawdziwymi piłkami do prawdziwych obręczy, zdobywają prawdziwe punkty… i jakimś cudem najwyraźniej udaje im się zapomnieć, że prawdziwy quidditch rozgrywa się dobrych kilkanaście metrów nad ziemią.

Jak wszyscy wiemy, mecz kończy się w momencie, kiedy gracz zwany Szukającym złapie Znicza – małą, złotą, skrzydlatą kuleczkę, która pomyka gdzieś między zawodnikami. Zapytacie pewnie – jak w takiej mugolskiej wersji quidditcha wygląda Znicz? Czy to jakiś mały dron fruwający pomiędzy graczami? Spieszę z odpowiedzią, bo niestety muszę was wyprowadzić z błędu… Znicz wygląda jak… facet zaiwaniający po boisku w jaskrawożółtych ciuszkach. Bo to JEST facet zaiwaniający po boisku w jaskrawożółtych ciuszkach. Co więcej, żeby nie było zbyt łatwo, nie wystarczy złapać gościa… Trzeba chwycić niewielką piłeczkę czy inny drobny przedmiot przyczepiony do niego na sznurku. Konkretnie: przyczepiony do jego spodni.

Wszystko to brzmi odrobinę groteskowo… nawet dla mnie. Klimat opowieści o Harrym Potterze oczarował mnie od pierwszych stron przeczytanych całe wieki temu – i od tego czasu nie odpuszcza. Śmiem twierdzić, że finał mistrzostw świata w czwartym tomie budził we mnie większe emocje niż Euro w Polsce. I choć na ogół jestem fanką wszelakich geekowych gadżetów, inicjatyw i dziwactw określanych przez resztę świata jako dziecinne – nigdy chyba nie wpadłabym na to, że można grać w quidditacha, biegając po ziemi z miotłą między nogami. I goniąc gościa ubranego na żółto.

Ale jak niewierny Tomasz, zobaczyłam i nie miałam innego wyjścia, jak tylko uwierzyć. Wy też nie macie wyjścia. Patrzcie, podziwiajcie i uwierzcie w niemożliwe:

 

Totalnie muszę  zobaczyć taki mecz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.