Kadr z filmu Kamerdyner, reż. Filip Bajon, 2018.

Kamerdyner albo koncertowo zmarnowany potencjał

Nowy film Filipa Bajona z powodzeniem można chyba opisać parafrazą słynnego sowiego cytatu z Twin Peaks: Kamerdyner nie jest tym, czym się wydaje. Powiem więcej – Kamerdyner nie jest tym, czym się wydaje, na tak wielu poziomach, że właściwie w ogóle nie wiadomo, czym jest i co się u licha stało w scenariuszu, na planie i w montażu.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że jest to film o losach Mateusza Krolla (Sebastian Fabijański) – osieroconego przez matkę kaszubskiego chłopca, którego (nie bez powodu) na początku XX wieku przygarniają bogaci państwo. Od tego momentu śledzimy ponad 40 lat splatających się ze sobą losów Kaszubów, Niemców i Polaków, zmieniające się granice i obywatelstwa, a także osobiste perypetie Mateusza – na zmianę traktowanego ciepło i upokarzanego przez nową rodzinę oraz wplątującego się w zdecydowanie zbyt bliską relację ze swoją przyrodnią siostrą. To tyle w teorii. Bo w praktyce nic tu nie jest takie oczywiste.

Kadr z filmu Kamerdyner, reż. Filip Bajon, 2018.
Kadr z filmu Kamerdyner, reż. Filip Bajon, 2018.

Ekranizacja… niczego

Kamerdyner, jak zauważa wielu recenzentów, sprawia wrażenie ekranizacji wielkiej narodowej epopei, którą wszyscy znamy na pamięć – dzięki czemu na ekranie nie trzeba ludziom wszystkiego pokazywać, bo oni już z książki wiedzą, że to tam ma być. Pomijam już fakt, że w ogóle nie znoszę robienia ekranizacji w ten sposób, że tylko osoby zaznajomione z książką mają szansę cokolwiek z niej zrozumieć… Ale największy problem tkwi przecież w tym, że liczbę epopei narodowych mamy ograniczoną i dziwnym trafem żadna z nich nie traktuje o Kaszubach. Być może taka epopeja zaistniała w głowach ludzi piszących scenariusz, ale my jako widzowie dostajemy na ekranie wyłącznie opowieść pełną dziur, bohaterów robiących rzeczy „BO TAK”, wątki pozbawione jakiegokolwiek umotywowania i fragmenty dialogów dosłownie jakby wyjęte ze środka przypadkowego rozdziału, którego reszty nikomu nie chciało się nam opowiedzieć.

Miłość, której nie ma

Jeśli uwierzyć plakatowi i nadętym, ekspozycyjnym wypowiedziom niektórych bohaterów (czasem aż w stylu: wasza miłość jest tak wielka, że uratuje świat) – Kamerdyner przynajmniej w części powinien być opowieścią o miłości między Mateuszem i Maritą (Marianna Zydek). Tymczasem jest opowieścią o dwojgu ludzi, którzy kompletnie bez przekonania i chemii zerkają na siebie, pływają nocą łódką po jeziorze, piszą do siebie listy i całują się w ukryciu, bo ktoś zapisał w scenariuszu, że „jest miłość”, i upchał w nim zatrważającą ilość kiczowatych i schematycznych scen typowych dla wątków miłosnych. Tylko problem w tym, że nawet mimo tych teoretycznie romantycznych klisz ani w scenariuszu, ani w relacji między Fabijańskim a Zydek zupełnie nie widać żadnej miłości. Nie widać też ani cienia zaniepokojenia faktem, że zakochani są jakby no… rodzeństwem. Po co ten wątek jest zaakcentowany, jeśli nic się z nim nie robi – nie mam pojęcia.

Kadr z filmu Kamerdyner, reż. Filip Bajon, 2018.
Kadr z filmu Kamerdyner, reż. Filip Bajon, 2018.

Problem prawdopodobnie tkwi w tym, że ci bohaterowie może i są na ekranie, ale tak naprawdę praktycznie nie istnieją. Brat Marity przez pół minuty pokazuje więcej charyzmy, niż ta dwójka razem wzięta przez cały dwuipółgodzinny film. Chciałabym coś powiedzieć o grze Marianny Zydek, ale dziewczyna kompletnie nie ma co grać – od początku do końca filmu o jej postaci wiemy jedynie tyle, że jest ładna, obłędnie wygląda w białym kombinezonie i czasem robi smutne miny. W przypadku Mateusza wiemy ODROBINĘ więcej – parę razy widzimy, jak gra na pianinie, raz widzimy, jak ciągnie za sobą wózek pełen książek, w tym Tołstoja, i raz słyszymy, jak cytuje Rilkego. To chyba ma nam sugerować, że Mateusz jest wrażliwcem i inteligentem… Problem w tym, że cała jego inteligenckość zamyka się w tych właśnie trzech scenach. I tu mam jedno zasadnicze pytanie do osób odpowiedzialnych za casting – czy kiedy myślicie o młodym polskim aktorze, który nada się do roli wrażliwca i inteligenta, to Sebastian Fabijański naprawdę jako pierwszy przychodzi wam do głowy? Wiecie, ja go uwielbiam. I żarliwie protestuję, kiedy niektórzy znajomi mówią, że trochę z niego aktorskie drewno. Ale gdzieś pomiędzy ogólną prezencją, sposobem grania i dykcją trzy razy bym się zastanowiła, czy to na pewno jest ten aktor, do którego należy zadzwonić, jeśli w wątku miłosnym opartym na kliszach chcemy mieć typowego biednego inteligenta.

Koniec końców mamy tu klasyczny przypadek wątku miłosnego opartego wyłącznie na tym, że do filmu zatrudniono dwójkę ładnych aktorów. A jak jest dwójka ładnych ludzi na ekranie, to musi być wątek miłosny. Otóż nie, nie musi. Kamerdyner nie straciłby absolutnie nic (wręcz sporo by zyskał), gdyby ten wątek miłosny wyciąć. I tak on w zasadzie nie istnieje nigdzie poza głowami scenarzystów!

Kto jest kim – plan pierwszy, drugi, trzeci?

Sądząc po plakatach, opisach, tytule filmu i czasie ekranowym – głównym bohaterem Kamerdynera powinien być Mateusz Kroll. Może by tak było, gdyby scenariusz chociaż trochę tę postać zbudował… Ale nawet i bez dziur w scenariuszu kompletnie nie wiadomo, kto tu jest na pierwszym planie. Jeśli posłuchać niektórych recenzentów, rolę pierwszoplanową zagrał Janusz Gajos – i głównym bohaterem jest tu nazywany Kaszubskim Królem naturalny lider lokalnej społeczności, Bazyli Miotke. Dla odmiany jest to postać wyrazista i świetnie zagrana, więc kto wie… Tyle, że jeśli z kolei poczytać relacje z rozdania nagród w Gdyni, pierwszoplanowym bohaterem okazuje się Hermann von Krauss – ojciec Marity fantastycznie zagrany przez nagrodzonego za tę rolę Adama Woronowicza. Który pojawia się na ekranie na tyle rzadko, że sam Woronowicz był przekonany, że gra drugi plan. Najwyraźniej się mylił.

Kadr z filmu Kamerdyner, reż. Filip Bajon, 2018.
Kadr z filmu Kamerdyner, reż. Filip Bajon, 2018.

Ten chaos i niemożność ustalenia, kto właściwie jest w centrum Kamerdynera, jest w zasadzie idealnym podsumowaniem całego filmu… A w obliczu całego tego bałaganu ja postanowiłam przyjąć, że głównym bohaterem jest ziemia, na której wszystko się rozgrywa. Bo to cały kaszubski wątek zdecydowanie najwyraźniej jest zarysowany, najlepiej przedstawiony (te zdjęcia plenerów!), najbardziej poruszający i po prostu najciekawszy ze wszystkiego, co próbuje nam powiedzieć Kamerdyner – zwłaszcza, że przeciętny mieszkaniec Polski w zasadzie nic nie wie o zaniedbanej w dyskursie społecznym historii tego regionu, ani o 12–14 tysiącach ofiar masowych egzekucji w Piaśnicy.

Kto jest kim – narodowości i języki

Kamerdyner teoretycznie opowiada o sąsiedzkich relacjach między Kaszubami, Niemcami i Polakami… ale jak dowiadujemy się z wywiadów z Januszem Gajosem, pierwotnie w scenariuszu wszyscy mówili po polsku. Jak się zaraz przekonacie, wtedy film kompletnie już nie miałby sensu. Na szczęście twórcy wzięli sobie do serca sugestię Gajosa i tak jego bohater, jak i reszta Kaszubów, ostatecznie mówi w filmie po kaszubsku… problem w tym, że wszyscy inni mówią już czystą polszczyzną. A to wprowadza pewien zamęt, bo tak naprawdę nie jest do końca jasne, kto jest kim, a przede wszystkim, kim właściwie jest rodzina von Kraussów. Nazwisko, koneksje i to, że film inspirowany jest historią dwóch niemieckich rodów, sugerują raczej Niemców. Ale czy w takim razie to, że cała rodzina mówi piękną polszczyzną, jest ukłonem w stronę leniwego widza, który nie lubi czytać napisów (a przecież i tak będzie je czytał przy kwestiach po kaszubsku)? Czy może to rodzina spolonizowana? Ale jeśli spolonizowana, to dlaczego zieje taką pogardą wobec Polski, która w międzyczasie wraca na mapę Europy?

Kadr z filmu <em>Kamerdyner</em>, reż. Filip Bajon, 2018.
Kadr z filmu Kamerdyner, reż. Filip Bajon, 2018.

W opowieści, którą reklamuje się słowami „na ziemiach pomorskich łączą się losy Niemców, Polaków i Kaszubów”, słychać jedynie polski i kaszubski. Już pal licho prymat wiarygodności nad wygodą odbiorcy, bo pewnie znajdą się ludzie, którzy mają inaczej poukładane priorytety ode mnie. Ale paradoksalnie to utrudnia odbiór filmu, zamiast go ułatwiać. Potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której nieuważny widz dopiero w dwóch trzecich filmu zdaje sobie sprawę, że rodzina, której losy obserwuje od półtorej godziny, to jednak Niemcy, a nie Polacy. Tak mniej więcej wtedy, kiedy w okolicy zaczynają się pojawiać nazistowskie mundury. A już w przypadku pobocznych bohaterów, których nazwisk nigdy nie usłyszeliśmy, ustalenie ich pochodzenia to czysta zgadywanka. Wszystkim bogom dzięki, że Kamerdyner nie jest naszym kandydatem do Oscara, bo na Zachodzie już kompletnie nikt by się nie połapał, kto jest kim i skąd nagle ci polscy naziści. Może to film o jakiejś polskiej wojnie domowej?

Kadr z filmu Kamerdyner, reż. Filip Bajon, 2018.
Kadr z filmu Kamerdyner, reż. Filip Bajon, 2018.

Z ręką na sercu przyznaję, że nie mam zielonego pojęcia, kto i czy w ogóle ktoś poza jednym przyjezdnym urzędnikiem był w Kamerdynerze etnicznym Polakiem – niektórzy co prawda twierdzą, że coś takiego jak etniczny Polak w ogóle nie istnieje, ale zostawmy takie dywagacje. Jeśli film ma mi opowiedzieć historię Niemców, Polaków i Kaszubów w jednym gotującym się pomorskim kociołku, to chciałabym umieć ich rozróżniać, żeby lepiej zrozumieć napięcia pomiędzy nimi. Owszem, to, że Kaszubi uważają się za Polaków, zostało w filmie wyraźnie podkreślone. Ale czy to już ma być cały polski wątek? Nie wiem. Czy wszyscy poza Kaszubami to w filmie Niemcy? Nie wiem. Czy w okolicy nie było żadnych Polaków, którzy próbowali Kaszubom odmawiać polskości? Może nie było, ale film nic mi o tym nie mówi. Albo jakichś Kaszubów, którzy za Polaków się nie uważają? Czy i którą z tych ról mieli pełnić ludzie, którzy pobili Miotke? Nie mam pojęcia. Czy kiedy na ekranie Kaszubi wchodzą w konflikty, to sami ze sobą, z Polakami, z Niemcami, czy w ogóle jeszcze z kimś innym, kogo film nie raczył nam przedstawić? Robię się nudna, ale znów – nie wiem.

Być może ja po prostu jestem straszną ignorantką. Być może ludziom, którzy znają historię tego regionu, wszystko to wydaje się dużo bardziej jasne. Pewnie ja też powinnam więcej na ten temat wiedzieć. Ale nie oszukujmy się – wychodząc ze szkoły, przeciętny Polak o Kaszubach wie co najwyżej tyle, że jacyś chyba gdzieś istnieją. Nie ma w tym zbyt dużego szacunku do współobywateli, ale tak wygląda rzeczywistość. Kamerdyner miał potencjał to zmienić, rzucić trochę światła na historię regionu, zacząć rozmowę o ludziach, którzy mieszkali tam przed wojną… i może trochę mu się to udało. Ale jednocześnie podany został w taki sposób, że w zasadzie stawia jeszcze więcej pytań i gmatwa niejasne wyobrażenia, które jako społeczeństwo mamy na ten temat. No chyba, że mieszanina zaciekawienia i skonfundowania, jaką zafundował nam Filip Bajon, popchnie przynajmniej część z nas do sięgnięcia po źródła historyczne. To byłby jakiś pozytywny skutek tego filmu.

Film zmarnowanych szans

Pomysł na Kamerdynera na papierze na pewno wyglądał świetnie. Bo momentami i na ekranie widać, że ta historia ma ogromny potencjał. O wizualną stronę filmu twórcy zadbali doskonale, od zdjęć plenerów po elementy scenografii jest się czym zachwycać. To, jak rozegrany jest wątek mordów w Piaśnicy, wbija w fotel. W ogóle końcówka filmu jest o niebo lepsza niż cała reszta – może dlatego, że tam wyraźnie pałeczkę przejmuje opowieść o wielkiej polityce i dramatach grup społecznych, a fatalny wątek miłosny zostaje zredukowany do maleńkiej przeszkadzajki. Szkoda, że tak nie było przez cały film. Szkoda, że przez pierwsze dwie godziny prym wiodą smętne realia polskiego kina – straszny scenariusz, brak logiki, kicz, klisze… I ostatecznie wyszło jak zawsze.

2 komentarze

  • Uff, co za ulga po przeczytaniu recenzji! Bo już myślałam że tylko mi się nie podoba . Żal wielki za zmarnowany pomysł….infantylne pomysły..tempo…lub jego brak..drewniane role.Jedynie rola Gajosna zagrana jest pełno krwiście…Porażka.Na osłodę niezłe zdjęcia i dobre kostiumy. Przykro mi ale to zdecydowanie słaby obraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.