Kadr z filmu Song to song, reż. Terrence Malick, 2017.
Kadr z filmu Song to song, reż. Terrence Malick, 2017.

Jestem błotem, czyli zażenowanie po Song to song

Kiedyś wydawało mi się, że Źródło Aronofsky’ego jest dosyć pretensjonalnym filmem… A potem obejrzałam Song to song. Drodzy panowie, jeśli wydaje wam się, że nowy film Terrence’a Malicka to idealny wybór na randkę, bo pokaże, jacy to jesteście wyrafinowani i jak szukacie w kinie eksperymentów, i w ogóle nic, tylko podziwiać wasz intelekt… możecie się trochę na tym przejechać. Akurat ten film demonstruje trochę inne rzeczy.

Drogie panie, jeśli wam z kolei wydaje się, że Song to song będzie pretekstem do pokazania mężczyźnie, jakie to jesteście wrażliwe i jakie pod tlenionymi włosami macie głębokie i niepowtarzalne refleksje o życiu… cóż, jeśli macie 15 lat, powinno się udać. W każdym innym wypadku upieranie się, że rozkminy bohaterów mają coś wspólnego z głębią, jest dość niebezpieczne i może zasugerować facetowi, w którym miejscu słynnej skali hot-crazy się znajdujecie. Podpowiedź: prawdopodobnie niezbyt korzystnym.

Kadr z filmu Song to song, reż. Terrence Malick, 2017.
Kadr z filmu Song to song, reż. Terrence Malick, 2017.

Część rozczarowanych widzów zarzuca temu filmowi zdecydowany przerost formy nad treścią. I sporo w tym prawdy, chociaż ja akurat nie będę się czepiać formy. To, czy się komuś podoba forma, to akurat kwestia osobistych preferencji. Jedni lubią krew u Tarantino, inni kolorowe widoczki u Andersona, jeszcze inni filmy kręcone z ręki. I dobrze.

Tutaj dostajemy film składający się z pojedynczych i dość przypadkowych scen, które przy ogromnym wysiłku być może i składają się w jakąś całość. Ale trzeba się postarać. Bohaterowie patrzą na siebie, stoją w dziwnych pozach, smyrają się po pępkach i od czasu do czasu zabrzdąkają coś na gitarze. To tyle, jeśli chodzi o fabułę. Prawie ze sobą nie rozmawiają, a zasadnicza „treść” filmu pochodzi zza kadru – i „objawia” się w postaci dwu-, może trzyzdaniowych monologów o tym, co nasi bohaterowie myślą o sobie samych („jestem błotem”), o miłości („przyjdź i uratuj mnie przede mną samą”) i w ogóle o życiu. W pewnym momencie dostajemy jeszcze bonus w postaci chóru zza kadru odmawiającego Zdrowaś Mario po polsku – i nikogo nie wydaje się to dziwić. Ta forma mogłaby nawet być ciekawa… gdyby zamknięto w niej treść, która ma choć odrobinę sensu.

Kadr z filmu Song to song, reż. Terrence Malick, 2017.
Kadr z filmu Song to song, reż. Terrence Malick, 2017.

Jak może domyślacie się na podstawie przywołanych przykładów, refleksje naszych bohaterów niestety nie mają większego sensu. Być może miały być  głębokie i uduchowione, ale chyba coś nie wyszło. Niezależnie od tego, czy wypowiada je Gosling, Fassbender, Portman, Rooney Mara, Cate Blanchett czy którykolwiek z występujących gościnnie muzyków… wszystkie brzmią jak żywcem wyjęte z pamiętnika nadwrażliwej 14-latki, która tnie się za każdym razem, kiedy kolega z ławki krzywo na nią spojrzy. Zdołowane i tnące się nastolatki to jest ważny społecznie problem, ale nie zapominajmy, że cały czas patrzymy tu na dorosłych ludzi, którzy niewiele w życiu robią poza rozmyślaniem o tym, czy są, czy może jednak nie są szczęśliwi.

Czuję się dziwnie z tym, co teraz napiszę, bo przed chwilą sama piętnowałam bagatelizowanie depresji i radzenie chorym ludziom, żeby wzięli się do jakiejś pożytecznej roboty… Ale problem w tym, że większość bohaterów Malicka raczej nie ma depresji. Wygląda natomiast na to, że mają stanowczo za dużo wolnego czasu i dla równowagi – brak im jakiegokolwiek pomysłu na to, co zrobić ze sobą i ze swoim życiem. Tymczasem więc po prostu kontemplują nieszczególnie bogatą zawartość swoich umysłów – i wydaje im się, że już samo to czyni z nich jednostki wyjątkowe. Wszyscy sprawiają wrażenie, jakby zatrzymali się w rozwoju na tym etapie, kiedy jeszcze zupełnie niczego nie widać na odległość większą niż czubek własnego nosa. Jedni nazywają to pasożytnictwem. Inni klinicznym przypadkiem narcyzmu. Jeszcze inni bandą zblazowanych pseudoartystów. I wszyscy mają trochę racji.

Kadr z filmu Song to song, reż. Terrence Malick, 2017.
Jest w tym filmie parę ładnych zdjęć – ale na tym koniec zalet. Kadr z filmu Song to song, reż. Terrence Malick, 2017.

Owszem, uprawianie sztuki wymaga od człowieka wrażliwości nieco większej niż przeciętna. Ale bohaterowie Song to song ze sztuką zdają się mieć wspólnego tylko tyle, że wegetują gdzieś na obrzeżach branży muzycznej. Ich wrażliwość też jest li tylko wrażliwością na samego siebie. I to nie taką, która pozwala się rozwijać czy kreatywnie wyrażać swoje wnętrze… tylko raczej taką, która czerpie perwersyjną przyjemność z nurzania się we własnych brudach i rozdmuchiwania do rozmiarów tragedii każdej głupiej życiowej decyzji. Litości, dziewczyno, nie ty jedna wylądowałaś w łóżku z kompletnym palantem – zdarza się, ale to jeszcze nie powód, żeby torturować resztę świata wyznaniami o tym, jakim jesteś błotem… Zresztą, co to w ogóle za dobór słownictwa? Poezji to niestety nie przypomina… Nawet turpizmu.

Jeśli to miała być opowieść o cierpieniu… nazwijcie mnie egoistką, ale jestem gotowa się założyć, że na widowni cierpiałam bardziej, niż postaci na ekranie. Ten film jest potwarzą dla ludzi, którzy naprawdę mają jakieś emocjonalne problemy. Dawno filmowi bohaterowie mnie tak nie irytowali i dawno nie widziałam na widowni takiej ulgi, kiedy wreszcie pojawiły się napisy końcowe. Zresztą, na twarzach naprawdę dobrych przecież aktorów też nie zawsze dało się zamaskować zażenowanie tym, co przyszło im zagrać.

Jeśli to miała być opowieść o pustce… cóż, może w takim razie Malick jest genialny, bo Song to song to od początku do końca jest definicja i sztandarowy przykład pustki. Po mistrzowsku pusty. I może niech to posłuży za podsumowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.