Historia w kostiumie: Faworyta vs Maria, królowa Szkotów

Filmowe premiery ostatnich miesięcy wyjątkowo sprzyjają porównaniom. Po dwóch czarno-białych filmach stających ze sobą w oscarowe szranki i po dwóch filmach o rodzicach narkomanów, niemal równocześnie na ekranach kin goszczą teraz dwa historyczne filmy kostiumowe o angielskich królowych. Jak wypada starcie Faworyty Yorgosa Lanthimosa z Marią, królową Szkotów Josie Rourke i który film wychodzi z tego spotkania zwycięsko?

Na pierwszy rzut oka całkiem sporo te filmy łączy. Oba opowiadają o monarchiniach z rodu Stuartów i czerpią inspirację z historycznych wydarzeń. Są obsadzone świetnymi aktorkami. Rywalizują o statuetki za najlepsze kostiumy. Oba też przedstawiają bardzo kobiecą perspektywę, zostawiając mężczyzn gdzieś na obrzeżach opowiadanych historii. A jednak – przy bliższym poznaniu nie mogłyby się bardziej od siebie różnić.

Kadr z filmu <em>Faworyta</em>, reż. Yorgos Lanthimos, 2018.
Kadr z filmu Faworyta, reż. Yorgos Lanthimos, 2018.

Kręcąc film o postaciach historycznych, można ugryźć temat na kilka różnych sposobów. Można, co pewnie nasuwa się na myśl jako pierwsze, postawić na maksymalną wierność realiom epoki i temu, co z różnych źródeł wiemy o bohaterach. Można też uznać, że świat sprzed kilku wieków nie do końca będzie atrakcyjny czy zrozumiały dla współczesnego widza – i opowiedzieć o problemach postaci historycznych w taki sposób, by łatwiej było się dziś z nimi utożsamiać, zachowując przy tym jednak wierność „duchowi” tamtych czasów. Można też zupełnie świadomie z epoki pożyczyć sobie tylko kostiumy, miejsca i nazwiska, a w warstwie fabularnej i znaczeniowej puścić wodze wyobraźni. Ewentualnie można jeszcze przenieść bohaterów w zupełnie współczesne czasy – ale to raczej domena teatru i kolejnych wystawień Szekspira.

Ważne jednak, by którąkolwiek z tych dróg się obierze, konsekwentnie się jej trzymać – i wiedzieć, dlaczego postępuje się z filmem tak, a nie inaczej. Ważne też, żeby COŚ było w filmie autentyczne – jeśli nie historyczny portret, to choćby uwspółcześniona psychologia postaci. I tutaj wyłania nam się podstawowa różnica między FaworytąMarią, królową Szkotów… Bo podczas gdy jeden z tych filmów doskonale wie, do czego dąży i wciąga nas światem przedstawionym, drugi nieustannie stoi w rozkroku, nie mogąc się zdecydować, na którą stronę upaść…

Kadr z filmu <em>Maria, królowa Szkotów</em>, reż. Josie Rourke, 2018.
Kadr z filmu Maria, królowa Szkotów, reż. Josie Rourke, 2018.

O dwóch takich, co walczyły o władzę

Tym drugim jest Maria, królowa Szkotów. Konflikt między Marią Stuart i Elżbietą I to jedna z tych historii, po które filmowcy sięgają chętnie, próba podjęta przez Josie Rourke nie należy jednak do specjalnie udanych. Maria, królowa Szkotów sprawia trochę wrażenie, jakby chciała być wszystkim naraz… i w konsekwencji nie stała się niczym konkretnym. Z jednej strony miała być chyba politycznym thrillerem. Za scenariusz odpowiada tu twórca House of Cards Beau Willimon – można by się więc spodziewać soczystych politycznych dramatów… tym bardziej, że rywalizacja między ambitną katolicką królową Szkocji i nieugiętą protestancką królową Anglii to materiał na konkretną, trzymającą w napięciu opowieść. Są zdrady, są spiski, są próby przewidzenia i zablokowania ruchów drugiej strony… A tymczasem polityka przemyka tu jakoś w tle, niby coś się dzieje, ale nie bardzo wiadomo, dlaczego. Z drugiej strony to mogła być opowieść o prywatnej relacji dwóch rywalizujących ze sobą królowych – ale niespecjalnie przyglądamy się tym władczyniom jako istotom ludzkim, a o poznaniu ich motywacji czy osobistych pragnień możemy tylko pomarzyć.

Na pierwszym planie mamy dwie bardzo zdolne aktorki, Saoirse Ronan i Margot Robbie, w rolach (jeśli wierzyć historii) bardzo wyrazistych i ambitnych kobiet. Można by się więc spodziewać aktorskiego popisu i postaci, które porwą nas swoją charyzmą… tylko że u żadnej z bohaterek nie widać krztyny charakteru. Ronan i Robbie nie bardzo mają co grać, bo ich bohaterki już w scenariuszu zostały sprowadzone do klisz i stereotypów. Elżbietę I charakteryzuje głównie to, że próbuje wejść w rolę mężczyzny, bo inaczej nie da się rządzić. Marii Stuart nie charakteryzuje właściwie nic, być może poza świętością i głębokim brakiem zdziwienia dla czegokolwiek, co robią ludzie wokół niej – w tym dla homoseksualnych skłonności męża i transwestytyzmu nadwornego muzyka. Jak na gorliwą XVI-wieczną katoliczkę, Maria wygłasza zaiste bardzo tolerancyjne manifesty.

Możemy więc uznać, że reżyserce niespecjalnie zależy na poprawności historycznej – to byłoby do zaakceptowania, gdyby ogólne przesłanie filmu zachowało jakąś spójność. Tymczasem największym problemem Marii, królowej Szkotów (poza słabym scenariuszem), jest chyba to, że ten film bardzo chce być współczesny i feministyczny… ale bardzo mu to nie wychodzi. Co jest o tyle dziwne, że Elżbieta I jako samodzielna i silna władczyni, która nigdy nie wyszła za mąż, spokojnie nadawałaby się do przemalowania na ikonę feminizmu. Film tymczasem z jednej strony wkłada bohaterkom w usta niewiarygodne z punktu widzenia epoki równościowe manifesty, z drugiej sugeruje, że drogą do władzy i siły jest wyłącznie stanie się mężczyzną, z trzeciej zaś albo zupełnie ignoruje męskich bohaterów, albo portretuje ich jako wyłącznie głupich, z gruntu złych i stanowiących źródło wszystkich problemów świata – to tyle, jeśli chodzi o równość. Bohaterki wprost mówią nam z ekranu, że mężczyźni są okrutni i zdradliwi – brakuje tylko oświadczenia, że jedynym ratunkiem dla świata jest powtórka z Seksmisji. Jednocześnie popowy i przestarzały, toporny, głupio wręcz radykalny, antymęski – taki jest feminizm Marii Stuart i Elżbiety I w filmie Josie Rourke. Taki, czyli w zasadzie nie wiadomo jaki.

Kadr z filmu <em>Maria, królowa Szkotów</em>, reż. Josie Rourke, 2018.
Kadr z filmu Maria, królowa Szkotów, reż. Josie Rourke, 2018.

Czy więc chociaż kostium i realia epoki starają się tu być wierne historii, żeby czymś ten film obronić i sprawić, że będzie się go dobrze oglądać? Stroje zaiste wyglądają imponująco, choć większość z nich ponoć zrobiona jest z jeansu – to akurat ciekawe uwspółcześnienie, ale nie samymi kostiumami żyje widz kinowy. XVI-wieczna Anglia i Szkocja są tu zaskakująco wręcz zróżnicowane pod względem rasowym, i to na wszystkich szczeblach drabiny społecznej. Josie Rourke postawiła więc chyba na inspirowany historią film, w którym prawie nic nie będzie historyczne. A w połączeniu z tym, że kompletnie nic nie jest tam też motywacyjnie wiarygodne i film bardzo niewiele ma do powiedzenia, tak o tamtych czasach, jak i o współczesności, nie broni się więc nawet jako metafora – rezultat jest dosyć kiepski.

Ale nie traćcie nadziei – bo kiedy Maria, królowa Szkotów rozczarowuje kolejnych widzów, Faworyta Yorgosa Lanthimosa nadchodzi z odsieczą. I w przeciwieństwie do Marii, zupełnie nie ma problemów ze swoją tożsamością i ambicjami.

trzy panie w pałacu, nie licząc króliczków

Yorgos Lanthimos to nie jest reżyser, którego kiedykolwiek spodziewałabym się w czołówce oscarowej stawki. To jeden z tych twórców, którzy mają swój własny, niepowtarzalny i dosyć dziwaczny styl. Absurdalne pomysły, masa symboliki, aktorzy grający z kamiennymi twarzami niemal jak roboty, filmy, które odbiera się przede wszystkim intelektualnie – takich twórców spotykamy raczej na offowych festiwalach, a nie wśród hollywoodzkich hitów i kandydatów do najlepszego oscarowego filmu. Tymczasem Faworyta ma 10 nominacji do Oscara – w tym tę najważniejszą.

Jak to się stało? Prawdopodobnie dzięki temu, że Faworytę spokojnie da się podzielić na co najmniej dwa poziomy oglądania – ale nawet jeśli zdjąć z niej wszystkie symboliczne warstwy i znaczenia, ten podstawowy, rozrywkowy poziom filmu sam w sobie jest zamkniętym dziełem, które może się podobać, które wciąga świetnie rozpisaną akcją i fenomenalnymi postaciami. Dopiero na takim samodzielnym obrazie Lanthimos nadbudowuje tu całkiem pokaźną warstwę symboli – co przyjemnie odróżnia ten film np. od Romy, gdzie w zasadzie mówią do widza wyłącznie symbole. Tutaj zaś to, czy potraktujemy upadki bohaterek w błoto jak slapstickowy humor czy jako metaforę ich aktualnej pozycji na dworze, jest tylko różnicą jakościową w interpretacji, a nie decydującym czynnikiem, od którego zależy, czy w ogóle zaangażujemy się w film.

Kadr z filmu <em>Faworyta</em>, reż. Yorgos Lanthimos, 2018.
Kadr z filmu Faworyta, reż. Yorgos Lanthimos, 2018.

Faworyta bierze na tapet historię królowej Anny Stuart (praprawnuczki nieszczęsnej Marii, królowej Szkotów) i jej dwóch nieustannie rywalizujących ze sobą o wpływy dam dworu. Są intrygi, zdrady, kłamstwa, gierki o władzę i pałac pełen pikantnych sekretów. W głównych rolach mamy tu trzy utalentowane aktorki – Olivię Colman w roli królowej oraz Emmę Stone i Rachel Weisz w rolach jej najbliższych „przyjaciółek” i powiernic. Reżyser stawia tutaj na przetykaną dramatami komedię charakterów – a to w połączeniu z bardzo solidnym scenariuszem pozwala aktorkom rozwinąć skrzydła i zbudować wyraziste, pełnokrwiste postaci, które świetnie ze sobą współgrają, nawet gdy zmienia się dynamika ich relacji i każda z bohaterek przechodzi na przestrzeni filmu przemianę. O tym, jak mocnym aktorstwem stoi Faworyta, najlepiej świadczą nominacje za najlepszą rolę dla każdej z pań w tym królewskim trójkącie.

Jak wygląda zderzenie stylu Lathimosa z filmem historycznym? Bardzo specyficznie i – tu słowo klucz – nieco dziwacznie. Trzeba jednak przyznać, że reżyser szuka kompromisu między wiernością epoce a swoim stylem i tym, co chce nam powiedzieć. Bez wahania uwspółcześnia język, do pewnego stopnia zachowania bohaterów i pewne elementy obyczajów panujących na dworze. Szczodrze wplata sceny pełne absurdu i wybijające z rytmu zabiegi operatorskie. Ale zwłaszcza wizualnie w kwestii budowania świata przedstawionego stawia raczej na wierność epoce – kręci w autentycznym zabytkowym pałacu, nie używa sztucznego oświetlenia, a sceny po zmroku realizuje wyłącznie przy świetle świec i pochodni, co niesamowicie buduje klimat i oddaje rzeczywistość, w jakiej poruszają się bohaterowie. W podejściu do budowania postaci przede wszystkim stawia na psychologiczną wiarygodność i dzięki solidnej aktorskiej robocie Colman, Stone i Weisz udaje się to osiągnąć. Tam, gdzie uwspółcześnia, robi to na tyle, na ile jest mu to potrzebne – nie musi wkładać w usta swoim bohaterom nienaturalnych manifestów, a i tak udaje mu się całkiem sporo powiedzieć o współczesnej polityce. Znajduje kruchą równowagę między kostiumem epoki i współczesnością, a jeśli momentami ją burzy, to w sposób absolutnie kontrolowany i celowy. I nawet pomimo tych okazjonalnych wybić z rytmu pałac widziany oczami Lanthimosa i zamieszkujący go bohaterowie wciągają nas bez reszty. Cokolwiek robią na ekranie, jest nam łatwo w to uwierzyć – i przede wszystkim z łatwością jesteśmy w stanie śledzić ich motywacje.

Kadr z filmu <em>Faworyta</em>, reż. Yorgos Lanthimos, 2018.
Kadr z filmu Faworyta, reż. Yorgos Lanthimos, 2018.

Nikt tu wprost nie mówi o feminizmie, ale w zestawieniu z Marią, królową Szkotów warto wspomnieć, że Faworyta jest świetnym przykładem, jak pisać i prowadzić kobiecie postaci. Ani królowej Anny, ani żadnej z jej faworyt nie definiuje się tutaj w odniesieniu do mężczyzn. Nie są nakreślone w kontraście do nich, nie ustawiają się do nich w kontrze, chociaż wchodzą z nimi w interakcje i konflikty. Nie dywagują o tym, że mężczyźni są źli, słabi czy dziecinni – bo mają swoje własne rzeczy do zrobienia, swoje ambicje, intrygi i swój własny los do zabezpieczenia. Ale jednocześnie nikt nie odbiera im tu kobiecości, nie próbuje z nich robić facetów w spódnicy i gorsecie, ani nie zaprzecza ograniczonym prawom kobiet w tamtych czasach. Wręcz przeciwnie – mamy okazję śledzić, jak sprytem i determinacją bohaterki są w stanie wycisnąć z zastanej rzeczywistości wszystko, co tylko się da.

Lanthimos dał nam wciągającą opowieść, która jest równocześnie o trzech bardzo konkretnych kobietach i o całym państwie, z jego strukturami władzy i nadchodzącymi przemianami społecznymi. Nakręcił film solidnie stylizowany na osadzony w epoce, a jednocześnie sprawdzający się jako wiecznie aktualna metafora władzy. Josie Rourke z kolei chyba miała ambicję pod płaszczykiem historycznej opowieści nakręcić mocny, współczesny kobiecy manifest. Trochę szkoda, że ten manifest nie tylko okazał się przestarzały, ale i zabrakło w nim kobiet, które poza sławnymi imionami miałyby jeszcze jakiś charakter…

W tym starciu zdecydowanie wygrywa więc Faworyta – a chyba nie obraziłabym się, gdyby wygrała też cały oscarowy wieczór.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.