Henry Cavill jako Geralt z Rivii – za, a nawet przeciw

Jak być może część z was zauważyła, nie jestem fanką obsadzenia Henry’ego Cavilla w roli Geralta w zapowiadanym na 2020 rok wiedźmińskim serialu od Netflixa. Nie jestem co prawda aż takim hejterem, żeby nie dostrzegać, że ta decyzja ma pewne plusy… ale Cavill zdecydowanie nie byłby moim pierwszym (ani nawet dziesiątym) wyborem do roli Białego Wilka. Spróbujmy jednak spojrzeć na to obiektywnie i przeanalizować plusy i minusy decyzji podjętej przez showrunnerkę serialu Lauren S. Hissrich.

Za…

Po pierwsze: Henry Cavill to naprawdę duże hollywoodzkie nazwisko. A to oznacza, że za nim przyjdą rzesze jego fanów. I ludzi zaciekawionych tym, co też porabia teraz Superman. Większe zainteresowanie, większa oglądalność, większe zyski, większy budżet na kolejne sezony, większe możliwości – wiecie, jak to działa. No i bezcenny bonus – jeszcze większa rozpoznawalność Wiedźmina na świecie. Jeśli dobrze pójdzie, wkrótce Wiesiek nie będzie już powszechnie znanym bohaterem wyłącznie polskiej popkultury. Ciekawe, czy Sapkowski już liczy oreny z potencjalnej sprzedaży książek…

Po drugie: jest wysoki. Nie jestem pewna, czy książki cokolwiek o tym mówią, ale w mojej głowie Geralt góruje nad większością pozostałych bohaterów – więc 185 cm wzrostu Cavilla to niezaprzeczalna zaleta. To była zresztą jedyna rzecz, której brakowało mojemu wymarzonemu (spośród tych realnych) kandydatów na wiedźmina… Jeśli chcecie się przekonać, kto i dlaczego nim był, klikajcie tutaj.

Po trzecie i najważniejsze: Cavill jest fanem Wieśka. Czytał, grał, jara się serią. A jeśli wierzyć Lauren S. Hissrich, Henry rzekomo doskonale rozumie psychologię bohatera i jego wrażliwość schowaną pod kupą mięśni i groźną miną. Jako fan serii, Cavill był w stanie zobaczyć w scenariuszu dużo więcej, niż było w nim napisane. A Hissrich zobaczyła w nim „serce Geralta”. To jest niezaprzeczalnie dobra wiadomość. Bez ludzi, którzy naprawdę rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi, i jarają się tym projektem, nic dobrego by z tego serialu nie wyszło. Pytanie tylko, czy zajawka Henry’ego wystarczy… bo wiecie, ja też się jaram i też mam „serce Geralta”, ale to nijak nie znaczy, że nadawałabym się do tej roli… (to jest ten moment, kiedy wyobrażacie sobie moją twarz wklejoną w kadr z gry).

…a nawet przeciw

Po pierwsze: Henry nie bardzo pasuje do tej roli. Jest za ładny. Za miły. Zbyt sympatyczny. I ma zbyt chłopięcy dołeczek w brodzie. Jasne, biały zarost i charakteryzacja pewnie nieco go oszpecą. Ale to dalej nie jest ciekawa (brzydka, ale pociągająca) twarz, to dalej nie jest człowiek, którego potrafię sobie wyobrazić z groźną miną… ani tym bardziej ktoś, kto miałby choć odrobinę słowiańskie rysy. A nie oszukujmy się – wszyscy chcieliśmy, żeby Geralt był tak słowiański, jak to tylko możliwe.

Po drugie: nie mogę powiedzieć, żebym była fanką talentu aktorskiego Cavilla. Co prawda zamierzam dać mu mały kredyt zaufania i uważnie, pod wiedźmińskim kątem prześledzić całą jego filmografię… Ale do tej pory żadna z jego ról jakoś nie zapadła mi w pamięć. Nawet z jego przygody z Supermanem pamiętam głównie absurdalne teksty o Marthach.

Po trzecie: kompletnie nie robi na mnie wrażenia. Ok, wiem, że moje osobiste upodobania względem męskiej urody nie mają większego znaczenia dla castingu takich produkcji… ale zostańcie ze mną, bo do czegoś zmierzam. Chyba. Henry Cavill, mimo że obiektywnie jest mężczyzną ślicznym, nie za bardzo ma jakąkolwiek charyzmę. Zero pazura. Geralt, niezależnie od tego, czy jest napisany, wyciągnięty z gry komputerowej, czy gra go Żebrowski, czy podkłada mu głos Rozenek, czy jest bohaterem kreskówki o wiedźminie-samuraju – coś mi robi. Zwraca uwagę. Ciekawi. Pociąga. Cavill jakoś nigdy nic mi nie robi. Powiedziałabym nawet, że ginie i staje się niewidzialny w zestawieniu z każdym partnerującym mu aktorem. A w zestawieniu z Hammerem w Kryptonimie U.N.C.L.E. albo z Jonathanem Rhys Meyersem w Dynastii Tudorów wtapiał się w tło wręcz wybitnie. Trochę niefart, jeśli główny bohater będzie mdły i będzie wtapiał się w tło w konfrontacji z każdą inną osobą na ekranie… no chyba, że miałby się chować w konfrontacji z Jaskrem-Hiddlestonem – to jestem w stanie przeboleć.

Po czwarte: Lauren S. Hissrich przesłuchiwała wszystkich pozostałych kandydatów już PO TYM, jak wymarzyła sobie Cavilla w białych włosach. On był jej pierwszym spotkaniem i skoro już wtedy uznała, że byłby idealny, to pozostali kandydaci mogliby być jeszcze bardziej idealni, ale to już prawdopodobnie nie miało żadnego znaczenia… Trust me, doskonale wiem, jak to jest uprzeć się na jedną jedyną wizję wiedźmina i nie dopuszczać do siebie żadnej innej. Nie to, żebym podejrzewała Hissrich o jakieś niecne rozdawanie ról wyłącznie jej ulubieńcom… ale ludzka psychika chadza bardzo pokrętnymi ścieżkami.

A tak poza tym…

To już nie jest argument ani za, ani przeciw – ale bardzo mnie zastanawia, jaki ten serial ostatecznie ma mieć budżet… Jeszcze do niedawna mówiło się, że to raczej nie będą spektakularne kwoty. A aktorom z pierwszej ligi płaci się jednak dość ciężkie pieniądze. Czy więc Cavill jest aż tak zajarany produkcją, że zgodził się grać za pół darmo? Albo dopłacać do biznesu? A może pożarł 90% budżetu, a gumowe potwory będzie trzeba wypożyczać od TVP? Im więcej wiemy, tym więcej pytań…

Najważniejsza decyzja jednak już zapadła i chyba nie ma już co z nią dyskutować… Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Lauren S. Hissrich wie, co robi (kto oglądał Defenders z jej scenariuszem, ma prawo mieć wątpliwości), a Henry Cavill nagle odkryje w sobie pokłady talentu, magnetyzmu i zdolności do robienia groźnych min… Ale może ja wymagam od życia za dużo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.