Udźwignąć odpowiedzialność

Victor Hugo wciąż jeszcze przede mną – razem z Tołstojem i paroma innymi gentelmanami czeka na lepsze czasy, a mianowicie na moment, w którym raz na zawsze wygrzebię się ze stosu przeróżnych podręczników i książek niewiele w moim rozumieniu mających wspólnego z literaturą. Niemniej jednak, w obecnej sytuacji niemożliwe byłoby uparte trwanie przy zasadzie: najpierw książka, potem jakiekolwiek adaptacje. Bo jak tu nie ulec, kiedy z plakatów oślepiają chwałą takie nazwiska? Jak tu nie ulec, kiedy zwiastun przyprawia o dreszcze? I tak naprawdę – po co się wzbraniać, odmawiać sobie przyjemności? Nie oszukujmy się, z dużym prawdopodobieństwem świat się zdąży skończyć, zanim Nędznicy wreszcie wpadną mi w ręce…

Czytaj dalej

Quentin ignoranckim okiem

Nie zamierzam udawać specjalistki od Quentina Tarantino. Żeby być od czegoś specjalistą, należałoby mieć gruntowną wiedzę w danej dziedzinie. Z pewnością nie wystarczy obejrzenie kilku filmów czy nawet fakt, że potrafiłoby się rozpoznać reżysera po natknięciu się na przypadkowy fragment w telewizji. Bycie specjalistą polega bowiem nie tylko na posiadaniu wiedzy o tym, JAKIE coś jest i perfekcyjnym nawet rozpoznawaniu tego w każdych warunkach, ale przede wszystkim na zdolności wytłumaczenia, DLACZEGO coś jest właśnie takie, a nie inne. Czytaj dalej

Parę kropel oszustwa

Polscy dystrybutorzy po raz kolejny popisali się godną podziwu znajomością genezy pojęcia „komedia”. Tudzież, jak kto woli, godnym pożałowania brakiem wiary w inteligencję polskiego odbiorcy nie będącego najwidoczniej w stanie przełknąć filmu, na którym nie ryczałby ze śmiechu. Whisky dla aniołów, lansowany przy pomocy tego trailera jako prześmieszna komedia, jest bowiem komedią właściwie głównie w takim rozumieniu, iż dobrze się kończy. Pomijając już zasadność takiej a nie innej promocji filmu, za ten zwiastun ktoś powinien wylecieć z pracy – kto to widział, żeby trailer był szczegółowym streszczeniem, zdradzającym właściwie wszystko i jeszcze w dodatku wprowadzającym w błąd, obiecując coś, czego by się nawet twórcy we własnym filmie nie dopatrzyli.

Czytaj dalej

Wstyd

We’re not bad people. We just come from a bad place.

Różne rzeczy mówi się o Wstydzie Steve’a McQueena. Z jednej strony padają głosy wyrażające bezgraniczny zachwyt, z drugiej – gwizdy i oburzenie. Nie brakuje też takich opinii, że to film w zasadzie płytki, niewiele wnoszący treści i na siłę usiłujący wstrząsnąć widzem. Tak naprawdę jedyne, co mną przy okazji Wstydu rzeczywiście wstrząsa, to fakt, że któryś już raz profesjonalna poniekąd krytyka daje popis mistrzowskiego wręcz ignorowania świata wewnętrznych doświadczeń bohaterów. Nie na jedną i nie na dwie natknęłam się w ostatnim czasie recenzje, powierzchowne aż do bólu, wprawnie co prawda wytykające kontrowersyjne treści, ale poza tym i poza opowiadaniem fabuły niewiele więcej pozwalające dostrzec. Nie chciałabym tu udawać mądrzejszej od wszystkich wokół, ale zupełny brak wrażliwości na człowieka we współczesnej krytyce zaczyna mnie powoli przerażać…

Czytaj dalej

Tam… i za dwa lata z powrotem

Jeśli idzie o ekranizacje Tolkiena, wygląda na to, że jestem bezkrytyczna. Przynajmniej dopóki ktoś mu nie robi za dużej krzywdy swoją własną wizją Śródziemia. Prawdopodobnie nie byłabym pokojowo nastawiona do dziwactw, które mogły powstać, gdyby do skutku doszły projekty Beatlesów czy Johna Boormana, jednak do romansu Petera Jacksona z prozą Tolkiena nie mam żadnych zastrzeżeń. Ba, raduje on moje serce, jak mało co.

Czytaj dalej