Kadr z filmu "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej", reż. M. Sadowska, 2017.

Film na miarę (naszych) czasów

„Jestem rewolucją seksualną i nadchodzę” – mówi doktor Michalina Wisłocka głosem Magdaleny Boczarskiej w najnowszym filmie Marii Sadowskiej. Zwróćcie uwagę na to nagromadzenie damskich nazwisk, bo dostaliśmy właśnie świetny, bardzo kobiecy film – i to w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Lekarz ginekolog i seksuolożka Wisłocka oraz jej niezwykła, sprzedana w milionach egzemplarzy Sztuka kochania zaiste wywołały w latach 70. prawdziwą rewolucję. Od tego czasu całe pokolenia Polaków z wypiekami na twarzach i często w tajemnicy przed rodzicami podczytywały fragmenty kolejnych wydań. To od Wisłockiej młodzież dowiadywała się „co i jak”. To dzięki niej niezliczone kobiety odkrywały, że seks nie musi być tylko nieprzyjemnym małżeńskim obowiązkiem. To od niej mężczyźni dostali swoistą „instrukcję obsługi” swoich partnerek. I myślę, że nie ma przesady w stwierdzeniu, że to dzięki niej wreszcie zaczęto się w Polsce na poważnie zajmować tematem seksualności.

Kadr z filmu "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej", reż. M. Sadowska, 2017.
Kadr z filmu Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, reż. M. Sadowska, 2017.

Ale jedna Wisłocka, jakkolwiek wiele dobrego by nie osiągnęła, sama całego społeczeństwa nie zbawi. Udało jej się puścić w ruch machinę rosnącej świadomości, ale po spektakularnym początku ta machina w pewnym momencie zatrzymała się i od dawna już stoi w miejscu. Nawet internet niespecjalnie jej pomaga, bo czasem nadmiar nierzetelnych informacji może być równie szkodliwy, jak ich kompletny brak.

We wstępie do nowego wydania Sztuki kochania profesor Zbigniew Izdebski nie owija w bawełnę: 42% kobiet i 29% mężczyzn udaje orgazm, w dobie powszechnie dostępnej antykoncepcji tylko 30% Polek się zabezpiecza, a dla 22% Polaków stosunek przerywany jest nie tylko akceptowalną, ale wręcz podstawową metodą antykoncepcji (!).  Te statystyki to tylko wierzchołek góry lodowej. Brak rzetelnej i zinstytucjonalizowanej edukacji seksualnej tworzy masę problemów, które potem ten czy inny rząd albo bagatelizuje, albo – jeszcze lepiej – próbuje rozwiązać przy pomocy odgórnych zakazów… Nie wiem, czy Wisłocka załamałaby ręce, ale na pewno zakasałaby rękawy i wzięła się do pracy.

Kadr z filmu "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej", reż. M. Sadowska, 2017.
Kadr z filmu Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, reż. M. Sadowska, 2017.

Dobrze się więc składa, że z okazji 40. rocznicy pierwszego wydania do księgarni znów trafiła – tym razem ślicznie wydana – Sztuka kochania. Idźcie, kupujcie, pożyczajcie i czytajcie, bo to wciąż aktualne i wciąż bardzo potrzebne. Dobrze też, że przy okazji postanowiono przybliżyć szerokiemu odbiorcy postać samej Wisłockiej i kulisy powstawania jej rewolucyjnej książki.

W tym miejscu na scenę wkraczają: Magdalena Boczarska, Maria Sadowska i scenarzysta Krzysztof Rak oraz ich inspirowany życiem matki polskiej seksuologii film Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej. Inspirujący, mądry, zabawny, potrzebny, pełen nadziei – takie słowa cisnęły mi się na usta po przedpremierowym seansie. Dziś dodałabym jeszcze, że jest to film zarówno bardzo kobiecy, jak i bardzo babski. Kobiecy, bo kiedy trzeba, jest delikatny i pełen zrozumienia. I babski zupełnie jak przysłowiowa baba z jajami – odważny, mocny, przebojowy, pełen determinacji i siły.

Jest to film wizualnie piękny i dopieszczony. Wspaniałe zdjęcia, stylowe, kolorowe kostiumy z epoki, przepiękne plenery z moich rodzinnych stron – jest na co popatrzeć i czym się zachwycić. Także jeśli chodzi o seks. Bo choć jest go w tym filmie dużo i nikt się z nim specjalnie nie cacka ani nie kryje, to nawet najodważniejszym scenom nie da się odmówić wysmakowania ani tego, że były potrzebne. Trudno mi sobie zresztą wyobrazić film o popularyzatorce edukacji seksualnej, w którym seks ukrywano by po kątach…

Kadr z filmu "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej", reż. M. Sadowska, 2017.
Kadr z filmu Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, reż. M. Sadowska, 2017.

Największym atutem Sztuki kochania jest sama Wisłocka. Spora w tym zasługa zarówno samej bardzo wyrazistej bohaterki (choć i tak ponoć w scenariuszu łagodniejszej niż w rzeczywistości), jak i Magdaleny Boczarskiej, której w świetnie poprowadzonej roli udało się połączyć siłę, upór, pasję i ekscentryzm z niezwykłą wrażliwością i troską. To jej Wisłocka jest motorem napędowym całego filmu. Reszta bohaterów, nawet tych bardzo istotnych z punktu widzenia fabuły i życia Wisłockiej, jest dla niej tylko tłem. Boczarska właściwie kradnie cały film, choć w rolach drugoplanowych, a nawet epizodycznych nie brakuje znakomitych występów – żeby wspomnieć chociaż Artura Barcisia w roli niepozornego cenzora, któremu przyszło się zmierzyć ze Sztuką kochania.

Akcja rozgrywa się na kilku płaszczyznach jednocześnie – i jeśli cokolwiek poprawiłabym w tym filmie, to chyba tylko przejścia pomiędzy kolejnymi etapami życia Wisłockiej, czasem trochę nieuporządkowane. Z jednej strony śledzimy wyboistą drogę publikacji książki. Sprzeciw ze strony władzy, rezerwę Kościoła, niechęć kolegów Wisłockiej po fachu, których pozycji jej publikacja mogłaby zaszkodzić, przejścia z cenzurą, kolejne kłody rzucane pod nogi… i niesamowitą determinację kobiety, która wie, że to, o co walczy, jest słuszne i potrzebne.

Kadr z filmu "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej", reż. M. Sadowska, 2017.
Kadr z filmu Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, reż. M. Sadowska, 2017.

Z drugiej strony podążamy za tym wszystkim, co ukształtowało Wisłocką i jej upór w uświadamianiu kobiet. Podglądamy jej małżeństwo, a potem życie w trójkącie zawartym nie tyle ze względu na wyzwolenie bohaterki, co raczej przekonanie, że sama nie jest w stanie sprostać seksualnym oczekiwaniom męża. Wreszcie śledzimy jej relację z mężczyzną, przy którym odkryła samą siebie. Wisłocka zwykła mawiać, że „ślepy o kolorach nie napisze”, ale w jej przypadku to widzenie kolorów wcale nie było dane od zawsze. Bohaterka Boczarskiej z łatwością była w stanie zrozumieć swoje pacjentki i ich problemy, bo i dla niej długo seks był czymś dalekim od przyjemności.

W tle tego wszystkiego wyraźnie rozbrzmiewa jeszcze kwestia dyskryminacji kobiet. Lekceważenie, z jakim traktuje się naukowca z doktoratem, tylko dlatego, że chodzi w spódnicy. Ignorowanie głosu, potrzeb czy zdrowia kobiet – nawet w takich miejscach jak uczelnie medyczne, które teoretycznie powinny nieść oświaty kaganek. Przemoc domowa, manipulacja poczuciem winy w związku z „małżeńskim obowiązkiem”. I ta męska wyższość, pogarda w mówieniu do kobiet i o kobietach. Wisłocka świetnie zdawała sobie sprawę, jak wiele społecznych chorób będzie trzeba jeszcze wyleczyć.

Kadr z filmu "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej", reż. M. Sadowska, 2017.
Kadr z filmu Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, reż. M. Sadowska, 2017.

Dobrze by było, żebyśmy my też zdawali sobie z tego sprawę. Zbyt długo jako społeczeństwo udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Że feministki swego czasu zrobiły dużo dobrego, ale teraz to już tylko zajmują się „szukaniem dziury w całym”. Kobiety mają prawa wyborcze? Mają. Mogą pracować? Mogą. Mogą studiować? Mogą. Premierem nawet mogą zostać. No to o co im jeszcze chodzi? A tymczasem wciąż toczą nas dokładnie te same choroby. To samo lekceważenie, ta sama pogarda, czasem tylko skrywana pod jowialnym albo kpiącym uśmiechem.

Na wschód od nas pierwsze udokumentowane pobicie żony ma być tylko wykroczeniem administracyjnym. Na zachód od nas w pokoju pełnym wyłącznie mężczyzn zapadają decyzje o finansowaniu międzynarodowych organizacji zajmujących się sprawami kobiet. Na naszym podwórku tnie się fundusze na pomoc ofiarom przemocy domowej. Pewnie gwałcikowe się nie kalkuluje. A kiedy mówisz głośno, że ci się to nie podoba, od razu słychać, że wymyślasz problemy albo strzelasz focha. Taką mamy narrację. Wszyscy w tym tkwimy. I wszyscy, nie wyrażając sprzeciwu, przykładamy do tego rękę.

Może to do pewnego stopnia przypadek, że film o Wisłockiej ukazuje się właśnie w takim klimacie, kiedy kobiety na całym świecie budzą się z letargu i stają do walki o szacunek i o to, by traktowano je poważnie. Może to przypadek, ale całkiem się dobrze składa. Bo Sztuka kochania potrafi naładować widza pozytywną energią, dać mu wiarę w to, że zarówno w osobistych dramatach, jak i w skostniałym systemie społecznym da się zrobić coś dobrego, da się coś wspólnymi, babskimi siłami osiągnąć. I ta wiara, ta moc niech będzie z wami jeszcze długo po seansie.

6 komentarzy

  • Bardzo dobra recenzja. Taka rzetelna i szczera, a jednocześnie bardzo merytoryczna. Za Boczarską niestety nie przepadam, chociaż talentu nie odmówię. W „Różyczce” była fenomenalna. Z ogromną przyjemnością obejrzę film, i jak jeszcze wczoraj się wahałam, tak dziś za Twoją namową pójdę bez zastanowienia.

  • Świetna recenzja którą miło się czyta. Ten film to jeden z moich tegorocznych filmowych priorytetów, więc już od dłuższego czasu wiem, że się na niego wybiorę, jednak teraz z jeszcze większą chęcią- bardzo ciekawi mnie poznanie historii powstania tak rewolucyjnej książki

  • Doszła do wniosku, że zanim udam się ba film, to w pierwszej kolejności przeczytam zarówno biografię Wisłockiej oraz samą „Sztukę kochania”, żeby mieć szerszy obraz całej historii. Natomiast moi rodzice byli na filmie w kinie i bardzo im się podobał.

  • Pójdę na pewno. Recenzja świetna! Zgadzam się też z tym, że cały czas mamy o co walczyć, a droga przed nami dłuuuga. Najgorsze jest to, jak tę walkę sabotują same kobiety, stosując kretyńskie argumenty 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.