Figurki Funko Pop i iluzja dorosłości

by Mila

Chirurg, dyrektor dużej firmy, profesjonalny zapaśnik, gitarzysta Metalliki – co łączy tych wszystkich ludzi? Nie tylko to, że każdy z nich odniósł w życiu taki czy inny sukces. Łączy ich także to, że wszyscy kolekcjonują funko popy. Nie mówię, że zbieranie funko popów to przepis na sukces i sławę… Ale jeśli kiedykolwiek czuliście, że przez wasze hobby inni uważają was za nieco infantylnych – ten tekst jest dla was. I dla was jest też fantastyczny, podnoszący na duchu film dokumentalny Making fun: The story of Funko, który znajdziecie na Netflixie – zdecydowanie polecam!

Kiedy ludzie po raz pierwszy wchodzą do mojego mieszkania, wielu z nich przychodzi do głowy słowo „dorosłe”. Ale to pierwsze wrażenie szybko ulega korekcie, kiedy zaczynają się przyglądać szczegółom. Tu jakiś plakat z Woodym Allenem. Tam jakiś kubek z Przyjaciół. Solniczka i pieprzniczka w kształcie droidów z Gwiezdnych Wojen. Na ścianie w sypialni drzewo Gondoru i napis z Jedynego Pierścienia. I wreszcie one – systematycznie rosnąca i dumnie wyeksponowana kolekcja małych ludzików z wielkimi głowami. Niektórzy patrzą na nie i w tym momencie kończą się wszystkie komplementy związane z wystrojem mieszkania. Inni rozpoznają jakąś postać z popkultury i atmosfera robi się luźniejsza. Jeszcze inni pytają, co to za laleczki i u licha po co mi one. A ja trochę z automatu wpadam w tryb tłumaczenia się z tego, że mam hobby. Bo komuś wydaje się ono cokolwiek infantylne. Dobrze, że nie zaglądają do mojej szafy i nie widzą sterty popkulturowych koszulek.

Nie oszukujmy się, większość moich hobby jest „infantylnych”. Namiętnie oglądam filmy o superbohaterach. Coraz poważniej myślę o odświeżeniu sobie gatunku fan fiction. Mówię językiem cytatów z seriali. Ekscytuję się nowymi wzorami zabawek opartych na postaciach z komiksów. Znalazłam swoją Nibylandię i nie zamierzam się z niej ruszać. Ale czy to od razu sprawia, że nie jestem poważnym człowiekiem?

Czasem mam wrażenie, że poważny człowiek to jeden wielki mit. Gdzieś po drodze wszystkich nas nauczono, że dorośli powinni się zachowywać jak dorośli, bo inaczej nie będą szanowani. Tylko problem w tym, że nikt do końca nie wie, co to znaczy być dorosłym. Wraz z przekroczeniem tej magicznej granicy niewiele się w człowieku zmienia. Owszem, upomina się o niego pracodawca i system podatkowy, ale w środku dalej jesteśmy tacy sami. Jeśli za młodu bawiły nas kreskówki o Człowieku-Pająku, dlaczego teraz miałyby przestać? Jeśli w dzieciństwie pochłanialiśmy bajki o księżniczkach, dalej będziemy to robić – co najwyżej zamienimy Kopciuszka na Anastasię i jej sado-maso księcia Christiana.

Nie wiem, czy próbowaliście kiedyś wbić na zamkniętą imprezę waszych rodziców i ich dawnych kumpli z podwórka – ale szczerze polecam to zrobić. Nic tak nie skraca dystansu do ludzi starszych o dwie dekady i nie burzy mitu poważnego dorosłego człowieka. Moglibyście podmienić wszystkich przy stole na własnych znajomych ze studiów i nawet nie zauważylibyście różnicy. No, może poza tym, że nikt nie zdemoluje mieszkania i nie będzie wymiotował do szafy, a zakochane papużki-nierozłączki w kluczowym momencie po prostu pójdą do domu, zamiast wspólnie okupować łazienkę gospodarza.

Z czasem po prostu uczymy się robić rzeczy lepiej, sprawniej, szybciej, skuteczniej, może czasem nieco dyskretniej – ale wciąż robimy i myślimy dokładnie to samo. W pewnym momencie zatrzymujemy się w miejscu i już tylko świat wokół nas dokądś pędzi.

Skąd więc bierze się mit dorosłości? Prawdopodobnie stąd, że z czasem uczymy się wybierać, komu i ile z siebie pozwolimy odkryć. I grono tych, którzy mają dostęp do „prawdziwych” nas systematycznie się kurczy. Z całą resztą świata utrzymujemy kontakty powierzchowne, dokładnie tyle, ile to konieczne – a to sprzyja budowaniu iluzji powagi i sukcesu. Każdy z nas ma jakiegoś bzika, a różni nas tylko to, jak bardzo jesteśmy gotowi się z nim obnosić. Pewnie nigdy byś nie powiedział, że twój szef po godzinach buduje Gwiazdę Śmierci z klocków lego. Albo że twój lekarz, profesjonalista w każdym calu, 5 razy już widział Frozen, mimo że wcale nie ma dzieci w wieku przedszkolnym.

Miło by było, gdybyśmy przy całym tym budowaniu iluzji dorosłości i powagi po prostu dali ludziom być sobą. Życie samo w sobie jest wystarczająco upierdliwe, żebyśmy jeszcze dodatkowo je sobie nawzajem uprzykrzali, używając słów „infantylny”, „niepoważny” i „to nie wypada”. Jedyne, co naprawdę nie wypada, to być oceniającym bucem.

1 komentarz

Lexi 14 czerwca 2018 - 18:30

Och, jak ja to rozumiem. Kocham smoki. Uwielbiam. Ubóstwiam. No po prostu nie da się opisać słowami tego, jak cudowne są te stworzenia.

Spróbuj szukać książek o smokach (zwłaszcza tak pięknie wydanych jak Smokologie doktora Drake’a) w księgarni, a od razu zostaniesz zarzucona pytaniami ekspedientek „a to prezent dla chłopczyka czy dziewczynki?”, „a ile ma lat?” itd. Bo przecież dorosły człowiek nie może kupić książki o smokach, prawda?

Ogólnie mam wrażenie, że poza geekami i nerdami na popkulturę patrzy się z góry. W pracy śmieją się ze mnie, bo ciągle im udowadniam, że to, o czym akurat rozmawiają, już było rozważane a to w takim filmie, a to w takim serialu. Albo mi głupio, jak odpowiadam cytatem i ktoś patrzy na mnie bez zrozumienia. Ech, ciężkie jest życie geeka…

Komentarze zostały wyłączone.