Feminist Friday: Dziewczyna z chustą

Kiedy Marjane Satrapi miała 9 lat, chodziła do dwujęzycznej, koedukacyjnej szkoły. Nosiła najzwyklejszy w świecie mundurek i na przerwach bawiła się w towarzystwie chłopców. Jej mama nosiła modne krótkie włosy i kolorowe zachodnie ciuchy. Ot, zwykłe życie zwykłej dziewczynki.

Rok później, kiedy Marjane miała 10 lat, szkół dwujęzycznych już nie było. Stały się oznaką zepsucia i dekadencji. Tak samo, jak moda z Zachodu. Koedukacyjne szkoły też zniknęły. Przecież dzieci zupełnie nie mogłyby się skupić na lekcjach w towarzystwie płci przeciwnej – nie wypadało wystawiać ich na takie pokusy i jawne rozerotyzowanie. Jej mundurek także diametralnie się zmienił. Teraz odsłaniał już tylko dłonie i twarz. A obowiązkowym elementem jej garderoby stała się chusta szczelnie ukrywająca włosy. Chusta narzucona odgórnie dla jej dobra – miała ją chronić przed pożądliwymi spojrzeniami i zaczepkami mężczyzn. Na Bliskim Wschodzie odkryta głowa to taki odpowiednik naszej spódnicy przed kolano – atrybut kobiet z gatunku „sama sobie winna”, świadomie i lubieżnie prowokujących Bogu ducha winnych mężczyzn do brutalnych napaści. Co – żeby było jasne nawet dla tych, którzy nie rozumieją ironii – nijak ma się do rzeczywistości, a ciekawy głos w sprawie napaści i „prowokacyjnych” ciuchów ofiar znajdziecie tutaj.

Co się stało w ciągu tego roku między 9 i 10 urodzinami Marjane? Jej rodzinny Iran obalił despotycznego szacha… i wpadł z deszczu pod rynnę, bo władzę przejęli islamscy fundamentaliści. Dorastająca Marjane znalazła się w absurdalnym świecie, w którym można było zostać zatrzymanym za noszenie przypinki z Michaelem Jacksonem. O słuchaniu punkowych kapel i posiadaniu w domu alkoholu nie wspominając. A spacer po parku z mężczyzną, z którym nie jesteś spokrewniona? Obraza moralności i powód do aresztowania. Surowe religijne zasady stały się prawem – dla wszystkich, niezależnie od tego, w co (i czy w ogóle) wierzących.

Dla dziewczynki wychowywanej w duchu wolności przez dwójkę intelektualistów, ten nowy świat był bardzo nielogiczny. Ale to był dopiero początek jej kryzysu tożsamości. Wkrótce przyszła jeszcze wojna i konieczność ucieczki na kilka lat z kraju i z regionu, w którym aż się gotowało. W Europie Marjane była obca – ciemnooka dziewczyna z trzeciego świata i kraju terrorystów. W ojczyźnie też była już obca – zepsuta przez zgniły Zachód i na tyle bezczelna, by podważać religijne nakazy i tradycje. Do tego wszystkiego miała jeszcze pecha (a może szczęście?) urodzić się dziewczynką. Dzięki temu nie wysłano jej do walki z bronią w ręku… ale to właśnie w nią uderzył pierwszy front zmian społecznych. Jakimś dziwnym trafem to kobiety zwykle pierwsze znajdują się na celowniku religijnych fanatyków.

Dzisiaj Marjane Satrapi mieszka w Paryżu i jest cenioną graficzką, reżyserką i felietonistką. A jej autobiograficzna powieść graficzna Persepolis stała się ważną lekturą nie tylko dla tych, którzy próbują zrozumieć sytuację na Bliskim Wschodzie – ale także dla tych, którzy próbują pojąć, jak to jest być kobietą w kraju, który chce kontrolować każdy twój krok.

Persepolis to książka trochę w tym samym stylu, co kultowy Maus Arta Spiegelmana. Marjane Satrapi opowiada tu dzieje całego narodu przez pryzmat osobistej historii – i tak jak Spiegelman, robi to przy pomocy prostych, dość schematycznych rysunków. To opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości – nie tyle, jak u Spiegelmana w obrębie rodziny, co w szerszym kontekście: w społeczeństwie, dalekiej od ideału ojczyźnie, na emigracji. To także historia dorastania – nie tylko tego mierzonego metryką, ale też dojrzewania do odpowiedzialności i przechodzenia od prostego dziecięcego buntu do świadomej cywilnej odwagi.

Marjane bardzo szybko zdobywa sobie serce czytelnika, nawet tego, który nie jest specjalnie przyzwyczajony do czytania komiksów. Jej bronią są gorzki humor, autoironia i prostota dziecięcego spojrzenia na skomplikowane polityczne czy społeczne problemy. Oraz bunt. Persepolis przesiąknięte jest młodzieńczym buntem dziewczyny dorastającej w kraju pełnym absurdalnych opresji. Ale też dojrzałym sprzeciwem i zrozumieniem, czemu tak naprawdę te opresje mają służyć.

Oszczędność środków wyrazu jeszcze bardziej podkreśla wagę spraw, o których Marjane opowiada. Zamknięte w prostych słowach i schematycznych ilustracjach zbrodnie i dramaty poruszają chyba nawet bardziej, niż gdyby ze stron książki atakowały nas drastyczne zdjęcia – przed którymi automatycznie zamykalibyśmy się i bronili słowami: mnie to nie dotyczy. Ale to są bardzo złudne słowa. W latach 70 młode Iranki w kolorowych spódniczkach też nie podejrzewały, że wkrótce ich życie diametralnie się zmieni…

Persepolis już na samym wstępie pokazuje, że wolność nikomu nie jest dana na zawsze. Ale pokazuje też coś krzepiącego – że prawdziwą wolność masz w sobie i dopóki wiesz, kim jesteś, zewnętrzne naciski ci tego nie odbiorą. Choćby odebrały ci wszystko inne.

Historia opowiadana przez Marjane Satrapi dobrze wpisuje się w nurt współczesnego feminizmu – mówiącego nie tylko o płci, ale i o wykluczeniu ze względu na narodowość, pochodzenie, status materialny i cały szereg innych cech, których ludzkość lubi używać, żeby sobie nawzajem dowalić. Bo doświadczenie bycia kobietą jest jednocześnie czymś uniwersalnym i czymś kompletnie różnym w zależności od warunków, w jakich przyszło ci tą kobietą być. Dzisiaj ogólnoświatowej dyskusji o prawach kobiet nie popychają już do przodu tylko białe bogate dziewczyny. Coraz szerszym echem odbijają się głosy kobiet z najróżniejszych środowisk. I ta perspektywa jest ważna, pozwala lepiej się nawzajem zrozumieć, czerpać z cudzych doświadczeń, inspirować się, przestrzegać, budować wspólny front i szukać porozumienia.

Ale nawet jeśli feminizm jest wam kompletnie obcy, Persepolis to po prostu kawał dobrze opowiedzianej historii o dorastaniu. O szukaniu swojego miejsca i swojej roli w świecie, o wyrastaniu z nastoletnich złudzeń i uczeniu się bycia przede wszystkim sobą w świecie, który próbuje nas wepchnąć w takie czy inne ramy. A to coś, z czym chyba każdy może się utożsamić. Niezależnie od tego, jaką formę przyjmuje nasza chusta – wszyscy od czasu do czasu ją nosimy.

2 komentarze

  • Nie słyszałam o tej książce. Dlatego tym bardziej z zaciekawieniem przeczytałam Twoją recenzję. Myślę, że zmiana stylu życia w drugą, bardziej liberalną stronę jest dużo łatwiejsza, niż „obcinanie” obyczajów. I muszę przyznać, że spodobała mi się forma tej opowieści. Inna niż wszystkie, i zapewne tak jak piszesz – poruszająca bardziej niż pozostałe za sprawą tej prostoty…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.