Dzień z bestsellerem: Miłość w czasach zagłady

Przyznam szczerze – dosyć ostrożnie podchodzę do książek hucznie reklamowanych jako bestsellery. Dziewczyna z pociągu głównie mnie drażniła, Słowik Kristin Hannah był tak nijaki, że aż nie chciało mi się o tym napisać… Niejeden bestseller już mnie rozczarował… ale i kilka zachwyciło. Może dlatego wciąż po nie sięgam. Tym razem padło na Hanni Münzer i jej Miłość w czasach zagłady.

Podeszłam do tej książki z otwartością, być może ze względu na całkiem przyjemne skojarzenia z  lekturą Márqueza, do którego tytuł zgrabnie tutaj nawiązuje. Co zresztą było sprytnym zabiegiem ze strony polskiego wydawcy – wyobrażam sobie, że oryginalny tytuł Honigtot (Miodowa śmierć?) mógłby stwarzać tłumaczowi pewne problemy, a jeszcze z niczym by się pewnie polskiemu czytelnikowi nie kojarzył. Może poza atakiem pszczół. Zagłada kojarzy nam się za to jednoznacznie i dość zgodnie z treścią książki, podobnie zresztą jak czerwony płaszczyk noszony przez panią na okładce. A dodatkowe skojarzenia z Márquezem chyba jeszcze nikomu nie zaszkodziły.

Miłość w czasach zagłady

Hanni Münzer zabiera nas więc w czasy II wojny światowej, do Monachium, Berlina, Wiednia i bardzo pochlebnymi słowami opisanego Krakowa. Tak naprawdę śledzimy tu losy kilku pokoleń spokrewnionych ze sobą kobiet. Kiedy babcia młodej Felicity umiera, a jej matka znika bez słowa, na jaw wychodzą rodzinne sekrety z przeszłości i mroczna opowieść o wojnie, miłości, pożądaniu, poświęceniu i zemście. W tle muzyka poważna, wytworne damy, dziewczęca naiwność, brunatne nazistowskie flagi, polski ruch oporu i przystojni oficerowie SS z zamiłowaniem do przemocy.

Miłość w czasach zagłady to bardzo kobieca opowieść, odsłaniająca rozmaite oblicza kobiet wciągniętych w machinę krwawej i bezwzględnej historii. Ignorancja i naiwność przeplata się tu z odwagą, niezłomnością, poświęceniem dla większej sprawy albo cudzego bezpieczeństwa, a nawet z szaleńczym uporem. I z dość wzniosłymi słowami o miłości, co należałoby chyba kłaść na karb naiwności niektórych bohaterek. To też opowieść przetykana historycznymi smaczkami, na kartach książki spotkamy kilka autentycznych postaci, a także kilku bohaterów wzorowanych na rzeczywistych osobach – warto więc na koniec zajrzeć do posłowia, w którym autorka rzuca nieco więcej światła na drugoplanowych i epizodycznych bohaterów.

Miłość w czasach zagłady

Podeszłam do tej książki z pewną otwartością, ale i tak muszę przyznać, że chwilę zajęło mi wciągnięcie się w akcję… a może raczej przyzwyczajenie się do stylu pisania autorki, bo sama fabuła okazała się zaskakująco ciekawa i pewnie ubrana w inne słowa bez trudu by mnie wciągnęła. Udzielając rad początkującym pisarzom, Hemingway mówił: nie opisuj emocji – stwórz ją. A że Hemingway jest dla mnie pewnym wyznacznikiem tego, czego szukam w literaturze, nie obyło się bez trudności w przystosowaniu się do stylu Hanni Münzer, która najwyraźniej wyznaje zasadę zgoła odmienną. Szczegółowo emocje opisuje, wprost je pięknymi słowami nazywa i niespecjalnie zostawia mi pole do interpretacji czy prób odgadnięcia motywacji bohaterów. A ja lubię psychologiczne zagadki. To dzięki nim przywiązuję się do bohaterów.

Do większości bohaterek Hanni Münzer trochę zaś trudno było mi się przywiązać. Czego szczerze żałuję, bo pewnie gdybym bardziej drżała o ich losy, śledzenie wojennych ścieżek tych kobiet okazałoby się rzeczywiście zajmujące. Nie wiem, czy to zasługa lokalnego patriotyzmu, wprowadzenia nowej, dla odmiany pełnokrwistej bohaterki, czy aż 300 stron potrzebowałam, żeby się oswoić ze stylem autorki, ale część krakowska była już naprawdę przyjemną lekturą. Może to całkiem dobrze wróży kolejnej części, w której zamiast do bólu naiwnej Debory to bardziej zdecydowana Marlene przejmuje stery?

Mimo że największą fanką stylu Hanni Münzer raczej nie zostanę, w samej opowiadanej przez nią historii widzę spory potencjał. Jeśli komuś utożsamienie się z główną bohaterką przyjdzie łatwiej, prawdopodobnie będzie książką zachwycony. W końcu pół miliona egzemplarzy sprzedanych w samych Niemczech mówi za siebie, prawda?

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Insignis Media

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.