Kadr z filmu Pretty woman, reż. G. Marshall, 1990.

Dobry wątek miłosny – czyli jaki?

Napisanie dobrego wątku miłosnego do książki czy filmu wcale nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. Przynajmniej, jeśli pod słowem „dobry” rozumiemy coś, co owszem, jest poruszające i mówi o miłości, ale równocześnie nie jest skrajnie naiwne, żenujące ani rzewne, nie powiela szkodliwych stereotypów, nie wkłada widzowi do głowy nierealnych przekonań o romantycznych relacjach i nie zostawia go z poczuciem, że jego własny partner jest beznadziejny, bo jeszcze nikogo w imię wielkiej miłości nie zamordował ani nie zachowuje się jak stalker. Mówiąc krótko: coś, co sprawia, że cieplej nam się robi na sercu, ale jednocześnie jest życiowe i wiarygodne. Szalenie trudne połączenie!

Życiowość tego, w jaki sposób rozwija się relacja między dwojgiem ludzi, to dla mnie podstawowe kryterium dobrze napisanego wątku miłosnego. Milioner zakochujący się w prostytutce to nie jest specjalnie dobry wątek miłosny. Bogaty wampir tracący głowę dla kompletnie pozbawionej osobowości dziewczyny – też nie i paradoksalnie to wcale nie fakt, że jedna ze stron jest wampirem, stanowi tu największy problem z wiarygodnością. Konstruowanie wątków miłosnych tak, że nic poza uczuciem się w życiu dla bohaterów nie liczy, też niewiele ma w wspólnego z życiowością. Tak samo jak i wielkie „romantyczne” gesty wobec osób, które niespecjalnie są nimi zainteresowane. Wiecie, w rzeczywistości są na to odpowiednie paragrafy.

Stalkingowa scena z filmu Love Actually, reż. Richard Curtis, 2003.

Zdaję sobie sprawę, że w takim układzie już w przedbiegach odpada spora część komedii romantycznych, w tym jeden z moich ulubionych filmów Love Actually – ileż w nim jest stalkerskich wątków i uproszczeń! Ale taka jest brutalna prawda – komedie romantyczne jako gatunek zazwyczaj niewiele mają wspólnego z życiowością. Dużo bliżej im do uwspółcześnianej na milion sposobów baśni o Kopciuszku niż do przemyślanej historii, która miałaby widzom do zaoferowania coś więcej niż tylko przyjemną ucieczkę od rzeczywistości.

Wymóg życiowości tyczy się oczywiście bardziej samej relacji pomiędzy bohaterami, a nie okoliczności, w jakich przyszło im się spotkać. Fantastyka wcale nie jest więc wykluczona z kategorii dobrych wątków miłosnych – co by nie mówić, uwielbiam wątek Geralta i Yennefer. Wampiry, kosmici, podróże w czasie czy szpiegowskie organizacje w świecie pełnym mutantów – nie mam z tym problemu, o ile na poziomie relacji scenarzysta czy pisarz potrafi udźwignąć wiarygodność dwójki ludzi, którym w taki czy inny sposób na sobie zależy. Aktualnie zresztą jednym z moich ulubionych wątków romantycznych jest para naukowców FitzSimmons w nieszczęsnych Agentach T.A.R.C.Z.Y. – masa niekiedy niedorzecznych komiksowych wątków zupełnie nie przeszkodziła tu w zbudowaniu pełnokrwistych postaci, których relacja jest najnormalniejszą rzeczą pod słońcem… nawet jeśli rozgrywa się w zaiste nienormalnych warunkach.

Kadr z serialu Agenci T.A.R.C.Z.Y.
Kadr z serialu Agenci T.A.R.C.Z.Y.

Druga bardzo ważna z mojego punktu widzenia cecha dobrego wątku romantycznego to stopień jego wyeksponowania – zwłaszcza w filmach czy powieściach, które z definicji nie są wyłącznie o miłości. Jeśli bohaterowie nie robią nic poza ględzeniem o miłości i z tejże miłości omdlewaniem, jeśli nie mają żadnych innych zainteresowań ani ambicji, trudno tu mówić o dobrym prowadzeniu postaci i fabuły. Taki stan rzeczy akceptuję co najwyżej u Jane Austen i jej podobnych pisarek, ale to też wyłącznie ze względu na kontekst społeczno-historyczny i całe pokolenia kobiet, które pozamykane w roli ozdoby domowego ogniska niewiele innego miały do roboty. We współczesnym świecie dość trudno jest karmić się i ekscytować wyłącznie miłością, niespecjalnie też jest to zdrowe dla związku dwojga ludzi… Dobry wątek miłosny to więc taki, który nie jest jedynym w całej opowieści i nie przytłacza pozostałych tematów, pozwalając im odpowiednio wybrzmieć.

Trzecia ważna rzecz to uzasadnienie jego obecności – zwłaszcza w filmach, które od początku do końca są o czymś kompletnie innym, a na dorzucenie do scenariusza wątku romantycznego nalegają głównie marketingowcy, chcąc sprzedać obraz szerszemu gronu widzów. Marvel, do ciebie piję! Ja rozumiem, że w Scarlett Johansson naprawdę łatwo się zakochać, ale Czarna Wdowa naprawdę nie potrzebuje cokolwiek dwuznacznych i wziętych z kosmosu scen z absolutnie każdym facetem w ekipie Avengersów! Jeśli już chcecie wątku miłosnego, to przynajmniej napiszcie go dobrze… i dajcie Natashy spokój.

Kadr z filmu <em>Avengers: Czas Ultrona</em>, reż. Joss Whedon, 2015.
Skończ waść, wstydu oszczędź! Kadr z filmu Avengers: Czas Ultrona, reż. Joss Whedon, 2015.

To powiedziawszy, muszę się z wami podzielić moimi aktualnie dwoma ulubionymi rodzajami wątków miłosnych:

Takie, które są, a jakby ich nie było

To wątki bardzo dyskretne, pozostające gdzieś na obrzeżach całej historii – ale wyraźnie wyczuwalne. Nikt nie gra nimi w ostentacyjny sposób i nie sprzedaje nam wielkich dramatów i omdlewających uniesień. Zamiast tego uczucie między bohaterami rodzi się powoli i naturalnie, oznacza bardziej troskę niż wielkie romantyczne gesty. Bohaterowie zbliżają się do siebie, ale życie toczy się dalej swoim rytmem. Jeśli będzie im dane zostać ze sobą na dłużej – świetnie. Jeśli nie – nikt nie będzie z tego powodu histeryzował. Ot, dyskretny, dość minimalistyczny wątek miłosny, który paradoksalnie działa na widza bardziej, niż ostentacyjne tłuczenie go po głowie ideą wielkiego romantycznego uczucia. Jeśli chcecie przykładu, jeden z lepszych rozegranych w ten sposób wątków pojawił się ostatnio w serialu Godless.

Kadr z serialu <em>Godless</em>, 2017.
Kadr z serialu Godless, 2017.

Takie, których nie ma, a jakby są

Drugi z moich ulubionych rodzajów wątków to w zasadzie pożywka dla fanowskich teorii spiskowych. Oficjalnie zupełnie nic się między bohaterami nie dzieje i prawdopodobnie nigdy się nie stanie, ale kilka aluzji rzuconych tu czy tam wystarczy, żeby rozpalić wyobraźnię odbiorców. Wiecie, lady Brienne i Jaime Lannister w Grze o Tron, Finn i Poe w Przebudzeniu Mocy, Cormoran Strike i jego asystentka Robin w detektywistycznych powieściach J.K. Rowling… Takie wątki łączą w sobie w zasadzie wszystkie powyższe cechy – są gdzieś na uboczu, zasugerowane są bardzo dyskretnie, a do tego paradoksalnie są do bólu życiowe: kiedy nie możesz czegoś mieć, to po prostu nie możesz i życie toczy się dalej. Wszechświat wcale nie staje na głowie, by spełnić wszystkie twoje zachcianki. Mało to spotykamy w życiu osób, z którymi może i mamy jakąś chemię, ale nic z tego nigdy nie wychodzi, bo to zwyczajnie nie ma prawa się udać?

Kadr z serialu Strike: Cuckoo's Calling, reż. Michael Keillor, 2017.
Kadr z serialu Strike: Cuckoo’s Calling, reż. Michael Keillor, 2017.

Dobry wątek miłosny to nie tylko słodycz, różowe jednorożce i szczęśliwe zakończenia. Niezależnie od tego, czy jest szczęśliwy, czy na końcu ludzie się rozchodzą, dobrze napisany wątek miłosny to coś, co zamiast karmić nas złudzeniami, pozwala nam na małe, osobiste katharsis albo przynajmniej jakąś konstruktywną i rozwijającą refleksję. Szkoda, że naprawdę dobrych wątków romantycznych jest tak mało, a większość z nas z lubością zajada się tymi bardziej „fastfoodowymi” – ale może to coś mówi o nas jako o społeczeństwie. O naszym eskapizmie, nierealnych wyobrażeniach, potrzebie karmienia się złudzeniami… Może po prostu nigdy nie wyrośliśmy z bajek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.