Dlaczego Amerykanie kochają odgrzewane kotlety?

Czy ja już mówiłam, że Izraelczycy kręcą cholernie dobre seriale? Chciałam się ostatnio podzielić tą myślą na Facebooku i oznaczyć w poście serial Hostages (Bnei Aruba)… i tu spotkała mnie niespodzianka, bo fanpage izraelskiego serialu został automatycznie podpięty pod jego amerykański remake. Którego nie widziałam i raczej nie zamierzam oglądać, bo oceny ma wyraźnie niższe i zdjęto go z anteny ze względu na niską oglądalność. Podczas gdy wersja izraelska jest bardzo zacna i powoli podbija Europę.

Sprawa z Hostages jest o tyle zabawna, że Amerykanie zajarali się oryginalnym pomysłem i kupili prawa do tej produkcji, jeszcze zanim izraelska wersja zdążyła trafić do telewizji. Może więc słowo „remake” nie jest tutaj najbardziej odpowiednie… ale nie znajduję lepszego ekwiwalentu na: myśleliśmy, że możemy zrobić to lepiej, ale wyszło jak zawsze.

Hostages (Bnei aruba), 2013.

Amerykanie kochają odgrzewane kotlety. Co chwilę słyszymy coś o tym, jak to zamierzają zrobić swoją własną wersję jakichś europejskich hitów czy produkcji z innych zakątków świata. Skandynawskie seriale, japońskie horrory czy świeża sprawa z przeróbką francuskiego komediowego hitu Nietykalni – można by sobie zadawać pytanie, po co właściwie przerabiać coś, co samo w sobie było perfekcyjne… skoro oryginały bynajmniej się jeszcze nie zestarzały, a i tak wiadomo, że najprawdopodobniej amerykańska wersja wyjdzie gorzej. Czy nie prościej byłoby po prostu zapłacić za prawa do dystrybucji na terenie Stanów?

Z europejskiego punktu widzenia prawdopodobnie byłoby prościej… ale my jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że żyjemy w świecie, w którym obok nas funkcjonują też inne narody i inne kultury. A amerykański rynek jest dosyć specyficzny. Już na długo przed tym, jak pewien facet z tupecikiem zaczął straszyć budowaniem muru i zamykaniem granic, Amerykanie zachowywali się tak, jakby byli odcięci od świata – albo jeszcze lepiej: jakby mieszkali na osobnej, od początku do końca amerykańskiej planecie. Cokolwiek dzieje się poza Stanami i nie dotyczy amerykańskich obywateli, nie jest już dla nich specjalnie interesujące. Może więc jedyny sposób, żeby sprzedać im fajną historię, to przenieść akcję gdzieś pod Nowy Jork i zatrudnić własnych aktorów. Właściwie to trochę smutne… naród złożony głównie z potomków imigrantów tak bardzo zamknięty na obce kultury. A może zwyczajnie kulturowo samowystarczalny? Tyle że kultura jest trochę jak geny przekazywane w rodzinie – bez dopływu świeżej krwi z czasem jej wytwory zaczynają karleć i chorować na hemofilię.

Z punktu widzenia obywatela jakiegokolwiek innego regionu świata zrobienie kariery medialnej w Stanach jest jak nieosiągalny mit. I dotyczy to nawet gigantów, którzy na świecie wyrobili już sobie pozycję. W Stanach wszystko zaczyna się od zera. Swego czasu nawet kiedy Beatlesi przymierzali się do pierwszej wizyty za oceanem, nie było wcale takie oczywiste, czy przyniesie ona oczekiwane efekty… A twórcom czy dziełom anglojęzycznym i tak jest o wiele łatwiej niż całej reszcie świata. Bo o ile Amerykanie rzeczywiście silnie faworyzują rodzime produkcje, to już coś tak egzotycznego jak film w obcym języku i – o zgrozo! – z napisami, znajduje w trzystumilionowym państwie ledwie garstkę widzów. A może to dystrybutor pokazuje go tylko garstce zapaleńców… Z czego nieraz żartowano już podczas Oscarów – że na filmy nieanglojęzyczne głosują ludzie, którzy nie mieli ich gdzie zobaczyć.

Taką mam minę, kiedy słyszę o kolejnych remake’ach. Tu niemiecki Toni Erdman (2016) – już powstaje remake z Nicholsonem.

Wyobrażam sobie, że przeciętny Amerykanin może mieć do zagranicznego kina stosunek trochę jak Rachel Green z Przyjaciół – uważa je za trudne w odbiorze, bo są napisy, a on nie chce iść na pierwszą randkę w okularach. Ewentualnie jak Mona z tego samego serialu – na propozycję wybrania się do kina na ukraiński film reaguje: „hahaha…! ojej, mówiłeś serio?” Pytanie, z czego to właściwie wynika. Czy zawodzi tu popyt, czy podaż – a może obie strony jednocześnie?

Nie da się ukryć, że jest też druga strona medalu… Bo kiedy Amerykanie nie zżynają bezczelnie, tylko robią coś od początku do końca swojego, zdarzają im się przecież prawdziwe perełki. Na przykład Przyjaciele, przy pomocy których, jak widać powyżej, można skomentować każde zjawisko na świecie. Ba, czasem nawet przy zżynaniu wyjdzie Amerykanom arcydzieło pokroju House of cards. Czasem uda im się wypromować w ten sposób jakąś niszową historię. Ale dużo częściej kopiowanie cudzych pomysłów kończy się po prostu mierną produkcją, której nikt poza Jankesami nie ogląda… Tyle tylko, że samych Jankesów jest ponad 300 milionów – może więc komuś się to opłaca…

Można się z tego wszystkiego nieco podśmiewać – ale najważniejszy wniosek płynie z tego taki: jeśli zaciekawiła was jakaś amerykańska produkcja, sprawdźcie najpierw, czy to przypadkiem nie remake czegoś o niebo lepszego. I obejrzyjcie izraelską wersję Hostages – bardzo zacny thriller z kryminalnym rysem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.