Zderzenie z pociągiem autorefleksji

Pamiętam, że na studiach miałam dość mieszane odczucia względem wykładów Bartłomieja Dobroczyńskiego. Z jednej strony – uwielbiałam go słuchać. Nawet jeśli (a tak było prawie zawsze) opowiadał o rzeczach, które niespecjalnie mnie pociągały: o sprawach z pogranicza szeroko rozumianej filozofii i historii myśli psychologicznej, o niekiedy osobliwych wyobrażeniach, jakie rozmaici ludzie mieli przez wieki na temat natury poznania. Wszystko to, rzecz jasna dobrze jest wiedzieć, zwłaszcza na psychologii. Ale żeby jakoś specjalnie ekscytowała mnie głębia rozważań Junga czy Nietzschego… tego nie mogę powiedzieć.

W wykonaniu Dobroczyńskiego jednak uwielbiałam tego wszystkiego słuchać. W moim osobistym rankingu poza nieodżałowanym profesorem Vetulanim niewiele było swoistych „gwiazd rocka” wśród naszych wykładowców – ale Dobroczyński zdecydowanie do nich należy. Ogromna inteligencja, erudycja, specyficzne poczucie humoru i sposób opowiadania, który wciąga nawet tych, którym z filozofią nie zawsze po drodze… tak, uwielbiałam go słuchać.

Ale jednocześnie nie powiem, że mogłabym tego słuchać godzinami. Może i nawet bym chciała, ale mój mózg ma na ten temat inne zdanie. Po godzinie wykładu jest już przegrzany i tylko resztką siły woli rejestruje jakieś przypadkowe fragmenty anegdot z życia Indian i Dalajlamy. Bo też i wykłady Dobroczyńskiego są wymagające. Nie jest to fizyka kwantowa, a i atmosfera panuje na nich dosyć luźna, ale to zupełnie inny kaliber intelektualnej rozmowy, niż toczą na co dzień nawet ci z nas, którzy uważają się za dość oczytanych. Nie dość, że cały czas mówimy o koncepcjach filozoficznych i naukowych, to jeszcze forma podania tego wszystkiego, błyskotliwy język, całe mnóstwo aluzji i nawiązań – naprawdę wymaga solidnego skupienia. Jeśli chcesz w pełni z jego słów korzystać i wyciągnąć z nich jak najwięcej, nie sposób tego potraktować jak luźnej pogadanki – nawet jeśli chwilami może sprawiać takie wrażenie.

W związku z czym muszę wyznać, że uwielbiam go słuchać… ale w małych dawkach. Przy większych musiałabym się zmierzyć z frustrującą myślą, że mój mózg ma jednak jakieś ograniczenia. Problem w tym, że czasem wspomniane wykłady trwały dobrze ponad dwie godziny. To chyba wyjaśnia moje mieszane uczucia. Nie za dobrze sobie radzę z frustracją.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że mam w rękach książkę będącą zapisem rozmów Dobroczyńskiego z Olgą Drendą, etnolożką i antropolożką kultury – i z tą książką jest dokładnie tak, jak ze wspomnianymi wykładami na psychologii. Jest inspirująca i fascynuje – ale trzeba ją sobie dawkować. Bo najprawdopodobniej po kilkudziesięciu stronach złapiesz się na tym, że czytasz już każdy akapit co najmniej dwa razy. Olga Drenda w niczym swojemu bardziej doświadczonemu rozmówcy nie ustępuje, oboje swoim oczytaniem mogliby obdarować cały pułk wojska. I to wyraźnie widać w każdym akapicie. Można by powiedzieć, że toczą godny pojedynek… gdyby nie to, że przeważnie jednak się ze sobą zgadzają.

Kiedy ktoś na Instagramie napisał o tej książce, że to lektura wymagająca skupienia, w pierwszej chwili miałam ochotę się odgryźć pytaniem, co takiego trzeba czytać, żeby nie wymagało skupienia… Ale potem przypomniałam sobie wykłady z nieświadomości i mi przeszło. Bo tak naprawdę ten ktoś miał rację. Czyje jest nasze życie? to inny kaliber rozmowy. Mierzy się z takimi problemami i w tak erudycyjnym stylu, że naprawdę żal czytać tę książkę po łebkach. I tak, wymaga szczególnego zaangażowania czytelnika.

Zdaję sobie sprawę, że brzmię teraz trochę jak laik z ulicy, którego posadzono nad dziełami Schopenhauera… chociaż akurat Schopenhauer jest całkiem w porządku. Ale jakkolwiek skandalicznie wysokiego mniemania nie miałabym o własnych zdolnościach intelektualnych, nie będę ukrywać, że szczerze zazdroszczę ludziom, którzy są w stanie wejść na taki poziom dyskusji i z taką gracją żonglować abstrakcyjnymi pojęciami i nazwiskami filozofów. Czuję się przy nich trochę jak to dziecko, które siedząc pod stołem, przysłuchuje się rozmowom dorosłych. Najwyraźniej to moja pokuta za wmawianie sobie, że „konkretna” wiedza bardziej mi się przyda niż rozwlekłe traktaty.

Czyje jest nasze życie? to lektura, która kojarzy mi się ze sprzecznością. Z jednej strony jest bardzo uniwersalna – nie ma chyba nikogo, kto nie odnalazłby w tej książce jakichś swoich wątpliwości, lęków, myślowych nawyków. Od naszego stosunku do śmierci, przez postrzeganie własnego ciała, po prywatność w erze smartfonów i potrzebę znalezienia wyższego sensu, omawiane tematy w taki czy inny sposób będą rezonować w każdym. Jest w niej polityka, religia i edukacja, ale i nasze codzienne, zwyczajne sprawy. Z drugiej strony bywa też lekturą bardzo konkretną, rozprawiając się z typowo polskimi przywarami i naszym narodowym kompleksem Mesjasza.

Ale jest też daleka od uniwersalności w tym sensie, że nietrudno mi sobie wyobrazić, jak ludzie odkładają ją, by nigdy do niej nie powrócić. Nie tylko dlatego, że to lektura intelektualnie wymagająca, ale przede wszystkim dlatego, że domaga się od czytelnika pewnej otwartości na inne punkty widzenia, akceptacji tego, że mogę się mylić, że moje osobiste prawdy wcale nie są objawione i bliższe mogą być raczej opiniom. A to akurat nie jest postawa, którą w tej chwili nasze społeczeństwo mogłoby się poszczycić.

To książka jednocześnie bardzo współczesna i z powodzeniem szukająca źródeł i mechanizmów dzisiejszych problemów na kartach historii. Stawia pytania, prowokuje do rozważań, ale jeżeli spodziewacie się jakichkolwiek definitywnych odpowiedzi czy światełka w tunelu, możecie się solidnie rozczarować – czeka was co najwyżej zderzenie z pociągiem autorefleksji. Bardzo cenne zresztą. Bo chociaż bezpieczniej jest zamknąć się w swojej małej bańce sztywnych przekonań, wystawienie z niej czasem nosa i zakwestionowanie tego, co wydaje ci się, że wiesz o świecie – może się okazać wyzwalające. Czego sobie i wam życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.