Cztery rozstania i pogrzeb – wrażenia z 4 odcinka 8 sezonu Gry o Tron

Broniłam poprzedniego odcinka wiernie i zaciekle jak śnieżnobiały wilkor Duch przez cały serial bronił Jona Snowa – czy było warto? Czy czwartym odcinkiem finałowego sezonu Gry o Tron twórcy choć trochę mi się za tę wierność odwdzięczają? Przyjrzyjmy się bliżej temu, co przyniósł odcinek dość enigmatycznie zatytułowany Ostatni ze Starków. [Tekst zawiera spoilery].

Krajobraz po bitwie

Najlepsza i chyba najbardziej poruszająca scena zostaje nam zaserwowana już na samym wstępie – gdy nasi bohaterowie żegnają poległych w bitwie o Winterfell. We wzruszającej sekwencji widzimy, jak Daenerys żegna swojego wiernego Mormonta, Sansa (tu się pobeczałam po raz pierwszy) żegna Theona i symbolicznie włącza go do rodziny Starków, Jon żegna małą Lyannę, Sam żegna Edda Cierpiętnika, nawet Arya z zastanowieniem spogląda na Berica Dondarriona, któremu zawdzięcza życie. Potem Jon wypowiada dosłownie trzy, ale za to mocne zdania (tu pobeczałam się po raz drugi), żałobne stosy płoną… I na tym w zasadzie kończymy temat bitwy pod Winterfell. Co jest dziwne. Nasi bohaterowie właśnie pokonali armię zombie. Arya w zasadzie pokonała śmierć jako taką… A jakoś nikt się tym specjalnie nie emocjonuje.

Prawdopodobnie ku rozczarowaniu sporej części widzów, do tematu Nocnego Króla nie wracamy w tym odcinku niemal wcale, wbrew uparcie krążącym plotkom, jakoby to jeszcze nie miał być koniec jego wątku. Wszystkie ponadnaturalne motywy zostają w tym odcinku ucięte cynicznymi uwagami ser Davosa o Panu Światła, który najpierw robi rozpierduchę, a potem znika, jakby miał nas wszystkich gdzieś – i to w zasadzie dosyć trafnie komentuje nagłe porzucenie co bardziej magicznych i mistycznych wątków. O ile ten motyw bogów znikających nagle, gdy przestają być nam potrzebni (albo odwrotnie), nawet mi się podoba, to mimo wszystko dziwi mnie fakt, że po tak znaczącym wydarzeniu jak bitwa żywych z umarłymi, nikt specjalnie nie roztrząsa tego, co się właśnie stało. Nie dziwi mnie, że patrzą w przyszłość, ale ten brak chociaż chwilowego zadumania nad niesamowitą i wciąż jeszcze świeżą przeszłością jest trochę zastanawiający.

Zamiast tego nasi bohaterowie urządzają uczty, świętując to, że przeżyli, grają w brzemienne w skutkach pijackie gry, wznoszą toasty to za Smoczą Królową, to za Jona, którego chętnie widzieliby na jej miejscu, planują polityczne posunięcia i przeliczają swoją armię. I tu chyba następuje największe zaskoczenie odcinka, bo okazuje się, że jeszcze jakąś armię mają. I to na miejscu, a nie za morzem, gdzie Daenerys zostawiła część swoich ludzi. Okazuje się, że totalna destrukcja Dothraków, którą tak malowniczo zobrazowano nam w poprzednim odcinku, była tylko zmniejszeniem ich liczby o połowę. A totalna masakra, po której wydawało się, że żyją już tylko same główne postaci, też była jedynie zmniejszeniem liczby wojsk o połowę. Gdzie w takim razie w poprzednim odcinku podziała się ta połowa armii Daenerys i Jona, skoro prawie każdy, kto był na ekranie, ewidentnie na nim zginął? Mamy nową największą zagadkę serialu!

Pożegnanie z Winterfell

Ostatni ze Starków to odcinek, w którym znów żegnamy się z Winterfell – i to chyba już na dobre. Większość bohaterów opuszcza zamek – Jon i Danka ruszają ze swoją armią na Cersei, Ogar i Arya zmierzają do Królewskiej Przystani, by skreślić po jednym ważnym celu ze swojej listy wrogów, nawet Jaimie rusza do stolicy, by z takim albo innym skutkiem spotkać się z siostrą. Na miejscu zostają tylko Bran i lady Sansa ze swoją obstawą. Ze względu na Sansę na pewno będziemy jeszcze do Winterfell zaglądać, ale cała główna akcja przenosi nam się na Południe.

Znów nad odcinkiem unosi się widmo ostatecznych pożegnań i można przypuszczać, że niektóre postaci już się w serialu nie pojawią – chyba, że w jakiejś krótkiej migawce w epilogu na końcu ostatniego odcinka. Prawdopodobnie na dobre pożegnaliśmy Sama i Goździk, którzy odjadą w stronę zachodzącego słońca, by gdzieś na stałe osiąść ze swoją rosnącą rodziną. Niewykluczone, że pożegnaliśmy także Tormunda, który zabiera dzikich z powrotem za Mur, gdzie czują się jak w domu – a razem z nim zabiera się także wilkor Jona. Trochę marne zgotowano im pożegnanie, ale o ile wątek Nocnego Króla jakimś cudem nie zostanie jeszcze za Murem wznowiony, to ani Tormund, ani Duch chyba nie mają już w serialu zbyt wiele do roboty.

Legenda o samotnym wilkorze

Od początku sezonu pomstuję na to, co twórcy robią z Duchem – i nie zanosi się na to, żebym miała przestać. Tym razem początek odcinka był obiecujący – wyraźnie pokazano nam, że Duch poza kadrem musiał z zombiakami walczyć dzielnie i zaciekle: brakuje mu kawałka ucha, jest wyraźnie poturbowany i podrapany… i jest to widok łamiący serduszko. Można by się spodziewać, że to jest ten moment, kiedy Duch znowu zrobi na ekranie coś ważnego albo będzie miał szczególnie znaczące sceny z Jonem… Ale nie. Dowiadujemy się, że pomysłem Jona na zagospodarowanie wilkora jest oddanie go Tormundowi i wysłanie na daleką Północ. A jego sposobem na pożegnanie z wiernym towarzyszem, który niejednokrotnie ratował mu tyłek i dla niego rzucił się nawet do walki z hordą nieumarłych – jest skinienie głową. JON, POGŁASKAŁBYŚ GO CHOCIAŻ, TY NIEWDZIĘCZNA MENDO!

Oczywiście możemy pójść twórcom na rękę i dorobić do tej sceny teorię o tym, jak to Jon w ten sposób symbolicznie wyrzeka się bycia Starkiem… Ale możemy też im wytknąć, że pożałowali budżetu na sfabrykowanie interakcji z komputerowo wygenerowanym wilkorem. Duch w tym sezonie wszędzie jest wklejony tak, żeby przypadkiem nie trzeba było kręcić scen z głaskaniem zielonej poduszki – rozumiem, że tak jest prościej (i może taniej), ale prowadzi to do cokolwiek kuriozalnych efektów. W obliczu problemów z wyrażaniem emocji, jakie ewidentnie ma Jon Snow, pociesza mnie jedno – Tormund jest bardziej wylewny i może w jego towarzystwie Duchowi będzie trochę weselej.

Wyjście smoka

Od pewnego czasu wielu widzów narzeka, że nikt w Grze o Tron nie ginie z zaskoczenia i zupełnie niespodziewanie… Zakładam w takim razie, że śmierć Rhaegala ich usatysfakcjonowała – bo tak bardzo z zaskoczenia nie zginął nawet Nocny Król. Trochę przeczuwałam, że poprzedni odcinek miał nas nieco zbić z tropu i dał nam tak mało znaczących zgonów, i to w dodatku honorowych i dopełniających przeznaczenia postaci, by wkrótce potem serial dowalił nam czymś zupełnie znikąd, tak jak znikąd przyleciała strzała prosto w serce Rhaegala. Czy mnie to zaskoczyło? Owszem – tak samo, jak zaskoczyło Rhaegala i Dankę. Z tą różnicą, że oni nie powinni być zaskoczeni, zważywszy na to, że z pułapu lotu smoka chyba widać trochę więcej i naprawdę trzeba było się bardzo nie rozglądać, żeby nie zauważyć floty Eurona Greyjoya. Śmierć smoka była jednak ewidentnie scenarzystom potrzebna do tego, by nieco wyrównać szanse po obu stronach nadchodzącej bitwy, a także by popchnąć Daenerys w coraz bardziej zachęcające objęcia szaleństwa i kazać nam myśleć, że już niedługo Cersei nie będzie jedyną brutalną i szaloną królową, o którą musi się martwić biedny Jon Snow.

To nie jest kraj dla zakochanych ludzi

Przez ostatnich kilka sezonów Gra o Tron wytrwale podbudowywała nam niemałą ilość sympatycznych par i prawie-par, których zejścia się wyczekiwaliśmy bardziej niż Westeros następnej wiosny. Ale choć spodziewaliśmy się, że przynajmniej niektórym z nich nie będzie pisana wspólna emerytura w ciepłych krajach, takiego nagromadzenia rozstań jak w odcinku czwartym chyba nie oczekiwałam. Tak naprawdę jedyną szczęśliwą parą są już tylko Sam i Goździk, którzy nie tylko nie dali się zabić i się nie rozstali, ale wręcz spodziewają się dziecka. Interesujących podbojów dokonuje gdzieś w tle także czarujący Podrick, ale cała reszta towarzystwa tłumnie zasila lokalny westeroski klub złamanych serc.

Gendry, który dopiero co został przez Dankę sprytnie mianowany lordem Końca Burzy i oficjalnym spadkobiercą Roberta Baratheona i który w końcu poczuł się godny ręki Aryi Stark, kończy ze złamanym sercem po przeuroczych i trochę młodzieńczo naiwnych zaręczynach. Co akurat mnie nie dziwi, bo idealnie wpisuje się w charakter postaci Aryi, która od początku serialu powtarza, że nie jest żadną damą i nie wybiera się za mąż. Owszem, jest mi trochę smutno, bo chętnie widziałabym ich razem, ale to nie ja tu podejmuję decyzje, tylko Arya – a z jej punktu widzenia odrzucenie zaręczyn było w zasadzie jedynym rozsądnym wyborem. Co ty sobie chłopie myślałeś, że raz pójdziecie do łóżka i już ślub?

Tego, że Szary Robak z Missandei nie pojadą na wakacje pod palmami, raczej wszyscy się spodziewaliśmy – choć przeważnie to jego typowaliśmy do śmierci w jakiejś bitwie. A tymczasem biedna Missandei skończyła bez głowy i jako ostateczna kropla, która przeleje czarę goryczy i prawdopodobnie popchnie Daenerys do sięgnięcia po tytuł białowłosego Rzeźnika z Królewskiej Przystani. Trochę Missandei szkoda, ale przynajmniej wiemy, dlaczego taka miła i dobra postać dotrwała aż do finałowego sezonu.

Ze złamanym sercem skończył też Tormund, co z jednej strony było zaskakująco smutne, a z drugiej przezabawne, gdy w ułamku sekundy przeszedł od opłakiwania swojego uczucia względem Dużej Kobiety do zainteresowania pierwszą panną, która rzuciła zaczepny komentarz. Ale kto myślał, że wybierając Lannistera, Brienne wybiera miłość i spokojne życie, ten się srogo pomylił… Jaime owszem, znalazł w sobie wystarczająco uczucia, żeby przyznać się do zazdrości i cokolwiek niezdarnie zasugerować skonsumowanie związku (do ostatniej chwili byłam przekonana, że on biegnie za Brienne ją po rycersku pocieszać, a nie POCIESZAĆ…), a nawet żeby dla niej zostać w Winterfell. Ale chyba jednak nie znalazł w sobie aż tyle tego uczucia, by związać się z kimś, kto nie jest z nim spokrewniony, i raz na zawsze zapomnieć o Cersei. Co zaowocowało sceną, która złamała serce nie tylko Brienne, ale i mnie.

Czy to było rozstanie definitywne? Trudno powiedzieć, bo mam wrażenie, że chyba nawet sam Jaime jeszcze nie wie, o co mu chodzi, i czy wybiera się do stolicy ratować Cersei, zginąć przy niej, czy może ją zamordować… Trzymam kciuki za tę trzecią wersję, bo jakoś kusi mnie ta wizja, że historia cały czas się powtarza – i że gdy wokół tronu znów krążą szaleni monarchowie w głębokiej pogardzie mający życie swoich poddanych, Królobójca mógłby jeszcze zostać Królowobójcą.

Człowiek z kuszą

Nie będę ukrywać, jest w tym odcinku kilka dość absurdalnych scen – i należy do nich pojawiający się nagle znikąd Bronn z kuszą wymierzoną w braci Lannisterów. Jak mogliśmy podejrzewać, nie zamierza bezmyślnie wykonać rozkazu Cersei, tylko daje dawnym przyjaciołom szansę na przebicie jej oferty – i tym samym udaje mu się wynegocjować Wysogród, dawną siedzibę Olenny Tyrell. Co z jednej strony mnie cieszy, bo dałabym mu jak największy zamek… ale z drugiej cała ta scena była dosyć dziwna i chyba spodziewałam się, że ten wątek będzie się toczył jednak trochę inaczej. A przynajmniej z mniejszą ilością nagłego wyskakiwania zza drzwi.

Sekrety i kłamstwa

Sporo mamy w tym odcinku rozmaitych sekretów. Z jednej strony, jak można było przypuszczać, Cersei próbuje wrobić w dziecko Eurona Greyjoya – i idzie jej to całkiem sprawnie… przynajmniej do momentu, w którym Tyrion zdradza, że od pewnego czasu już o domniemanej ciąży Cersei wie. Piszę: domniemanej, bo wciąż zaskakująco niewidocznej – trudno powiedzieć, ile czasu mija w Westeros pomiędzy poszczególnymi odcinkami, ale rozmawialiśmy o tej ciąży już w połowie poprzedniego sezonu. W każdym razie, mina Eurona, gdy zaczyna w głowie liczyć dni i miesiące – bezcenna. Miło, że na ekranie ludzie też są skonfundowani zakrzywieniami czasoprzestrzeni w Westeros.

Z drugiej strony mamy sekretne pochodzenie Jona Snowa – które w błyskawicznym tempie przestaje być takie sekretne. Wszyscy próbują zagrać tą informacją na swój własny użytek: Danka próbuje przekonać Jona, by zapomnieli o całej sprawie; Jon zaczyna sobie zdawać sprawę, że całuje się z własną ciotką, a do tego ujawniają się w nim geny Starków i nie może zachować prawdy dla siebie; z kolei Sansa upatruje w tym wszystkim szansy na pozbycie się Daenerys, osadzenie na Żelaznym Tronie Jona i zabezpieczenie swojej własnej pozycji na Północy. A że tym razem wszystko jednak nie zostaje w rodzinie, o sprawie szybko dowiadują się Tyrion i Varys – co stawia ich trochę w opozycji do siebie i każe kwestionować ich lojalność wobec Daenerys – a nam przypomina najlepsze lata pałacowych intryg w Grze o Tron. Tyrion chyba rzeczywiście na jakimś poziomie się w Dance zakochał, jak sugerowały różne plotki – bo niczym innym nie da się wytłumaczyć tego, jak bardzo odebrało mu ostatnio rozum, i jak bardzo mimo wszelkich znaków na niebie i ziemi chce wierzyć w to, że Daenerys ciągle jeszcze znajduje się na kursie przyzwoitego człowieka.

Szaleństwo królowej Daenerys

Tyle tylko, że serial coraz bardziej każe nam wierzyć, że Danka jest nieodrodnym dzieckiem swego ojca – i sugeruje, że już wkrótce będziemy świadkami wyjątkowo brutalnych wydarzeń. Już od dobrych kilku odcinków widzimy, jak chorobliwie Danka jest spragniona władzy, a teraz na dodatek scenarzyści coraz bardziej zapędzają ją w kozi róg. Przebywanie na Północy, a nawet w samym Westeros, wybitnie jej nie służy. Co chwilę wpada w jakieś zasadzki Cersei albo Eurona. Straciła już dwa smoki i połowę armii. Nikt jej specjalnie nie lubi. Jej doradcy i zaufani ludzie są już albo martwi, albo zaczynają przechodzić na stronę Jona. Sansa ciągle ją prowokuje. A na dodatek jej własny chłopak ośmielił się mieć większe prawa do obiecanego jej tronu… Szczerze? Chyba każdemu puściłyby w tej sytuacji nerwy. Prawdopodobnie nie każdy postanowiłby spalić żywcem całe miasto, ale nie ukrywajmy, że na jej miejscu też czulibyśmy się zagrożeni!

Daenerys radzi sobie, jak umie, buduje sobie zaplecze wśród lordów, zaczynając od stworzenia sobie lorda Gendry’ego, próbuje się podlizać ludziom Północy, wznosząc toasty za bohaterską Aryę, próbuje manipulować Jonem… Ale to ewidentnie nie wystarczy, kiedy spadają na nią coraz to kolejne ciosy, a nawet ci, którym teoretycznie jeszcze ufa, jak Tyrion i Jon, ciągle zaliczają jakieś wpadki, zbyt wesoło bawiąc się w towarzystwie rodzeństwa, albo nie protestując, kiedy wszyscy wokół obwołują ich godnymi królewskich tytułów. A skoro już jesteśmy przy obwoływaniu Jona królem, chciałabym docenić scenę, w której za pośrednictwem Tormunda serial wyraźnie puszcza do widza oko, pytając: kto u licha jeździ na smoku? Szaleniec albo król! Albo Targaryen.

Wszyscy ludzie Króla Północy

W tym wszystkim tylko jeden biedny Jon Snow uparcie powtarza, że on wcale nie chce być królem – jakby to mogło cokolwiek zmienić. Wszyscy uparcie powtarzają, że to on najlepiej nadaje się na króla, i być może coś w tym jest. Nie pragnie władzy dla samej władzy, więc może tak łatwo nie zostanie przez tę władzę zdeprawowany. Jest honorowy niemal jak Ned Stark, zjednuje sobie ludzi niczym Rhaegar Targaryen – i potrafi zjednoczyć we wspólnej sprawie skrajnie różniące się od siebie środowiska. Zyskał już nawet poparcie Varysa, a to coś znaczy – zważywszy, że ten nie ma skrupułów, jeśli idzie o działania dla dobra królestwa. Co zresztą byłoby niezłą klamrą dla wątku Varysa – zaczynał, zlecając zamachy na Daenerys Targaryen, i kto wie, czy nie skończy, robiąc dokładnie to samo.

W przeciwieństwie do bardzo osamotnionej Danki, Jon ma spore poparcie społeczne, wprawnych graczy po swojej stronie boiska, honor i silne poczucie sprawiedliwości, i nie sprawia wrażenia, jakby za chwilę miał stracić rozum. Jeżeli to nie są zadatki na dobrego króla, to nie wiem, co nimi jest. Pytanie tylko, czy my naprawdę jeszcze chcemy zobaczyć Jona na Żelaznym Tronie… i czy to rozwiązanie nie wydaje się zbyt proste i zbyt cukierkowe – nawet, gdyby po drodze przyszło mu zabić oszalałą ukochaną. Chyba przez tych siedem i pół sezonu zrobiliśmy się strasznie cyniczni… Może powinniśmy być bardziej jak Varys – i patrzeć na to, co będzie najlepsze dla królestwa. A według wszelkich dostępnych w tej chwili informacji, wciąż najlepszy dla królestwa wydaje się Jon Snow…

Ostatni Stark

Poświęćmy jeszcze chwilę, żeby przyjrzeć się tytułowi odcinka – Ostatni ze Starków z jednej strony może się odnosić do całej czwórki niedobitków: Sansy, Aryi, Brana i Jona… Ale w zasadzie może być też dobitnym podkreśleniem, że ród Starków właściwie jest już martwy. Bran nie jest już sobą i wiedzie życie Trójokiej Wrony. Arya po latach treningu została Nikim, a jeśli nawet wciąż tytułuje się Aryą Stark, to raczej nie zamierza przedłużać rodu. Sansa, jak już jej nieraz w serialu wytykano, technicznie jest wdową po Boltonie… Ale nawet jeśli znów wyjdzie za mąż, zostanie wcielona w cudzą rodzinę. Ostatni na liście Starków jest jeszcze Jon, który nosi dwa nazwiska… i żadne z nich nie brzmi Stark. Ned Stark pewnie z jednej strony by się cieszył, że czwórka jego podopiecznych wciąż jakoś sobie radzi… ale i prawdopodobnie zadumałby się nad losem swojej rodziny.

Zaiste Starkowie zaszli bardzo daleko od momentu, w którym Robert Baratheon ze swoją świtą zawitał do Winterfell… Pytanie, jak daleko jeszcze zajdą i jakimi kosztami zostanie to okupione – tego dowiemy się niebawem w kolejnych i ostatnich już dwóch odcinkach.

3 komentarze

  • Ooo… Jakoś mi smutno. Choć tego, że Danka w końcu oszaleje, byłam pewna od pierwszego tomu. Jej mi za bardzo nie żal. Ale tego rodu Starkow jakoś tak. Nie mogę nadal scenarzystom darować, że tego najmłodszego ustrzelili.

  • Pominęłaś wątek Tyriona. Dlaczego siostra go nie ustrzeliła? Czyżby więzi rodzinne zwyciężyły? A może od początku był piątą kolumną? Niegłupi z niego człowiek, a jakoś wszystkie rady dla Daeneris były jak kulą w płot. W każdym razie jako biała królowa tak bym pomyślała. A swoją drogą Danka nie ma raczej innego wyjścia jak ukatrupić Jona. Oczywiście z ciężkim sercem.

    • Trochę trudno mi sobie wyobrazić, co mogłoby skłonić Tyriona do działania na rzecz Cersei, zwłaszcza aż do takiego stopnia… Widzę w tym raczej skomplikowane relacje w rodzinie – można się nienawidzić i knuć przeciwko sobie, ale zabicie brata w takiej bezpośredniej sytuacji to jednak byłoby przekroczenie pewnej granicy i może po prostu Cersei nie jest w stanie się na to zdobyć. Ale rzeczywiście wątek Tyriona w ostatnich sezonach skręcił w trochę dziwną stronę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.