Kadr z nagrania "Frankensteina", reż. Danny Boyle, 2011.

Cumberbatch i nachosy w teatrze

Wszyscy ostatnio zachwycają się Benedictem Cumberbatchem. Ja też dołączę do tych zachwytów, ale dla odmiany nie z powodu roli Doktora Strange’a – jeszcze odliczam godziny do swojego seansu. Zanim jednak porwie mnie magia, zamierzam porwać was w świat mrocznych naukowych eksperymentów, ciał pozszywanych z kawałków zwłok i odkryć zwieńczonych okrzykiem „To żyje!”. Tak, będzie o Frankensteinie.

Nie wiem, ilu z was zdaje sobie sprawę, jak fantastyczne rzeczy mogą się dziać w miejscu tak zwyczajnym i przesiąkniętym zapachem popcornu jak Multikino. Możecie przenieść się w czasie i przestrzeni prosto na widownię w operze. Możecie oglądać spektakle baletowe. Albo możecie trafić prosto do Londynu, do znanych teatrów, na których deskach występują gwiazdy światowego formatu. Prawie jakbyście przeszli przez magiczny portal.

Wyobraźcie to sobie. Siedzicie wygodnie w kinowym fotelu, gasną światła, słyszycie, jak głosy na teatralnej sali milkną. Na ekranie podnosi się kurtyna i na scenę wchodzi Benedict Cumberbatch w roli Viktora Frankensteina. Obok niego pojawia się pokryty bliznami Jonny Lee Miller jako monstrum… albo odwrotnie, bo panowie ze spektaklu na spektakl zamieniają się rolami. Dajecie się porwać ich grze, pomysłowej scenografii, efektom dźwiękowym i świetlnym… Może nawet przeżywacie jakieś katharsis, współczując odtrąconemu przez świat monstrum. A jedyne, co przypomina wam o tym, że siedzicie w kinie, a nie w londyńskim teatrze, to chrupanie i zapach nachosów pożeranych przez tego gościa w rzędzie za wami. No, i może fakt, że zamiast 50 czy 100 funtów daliście za bilet 40 zł – mając przy tym dzięki pracy kamery zdecydowanie lepsze „miejsca” niż VIP-y z pierwszego rzędu.

train
Kadr z nagrania Frankensteina, reż. Danny Boyle, 2011.

Pierwszy raz odkryłam cykl National Theatre Live dwa lata temu, właśnie za sprawą Benedicta i Frankensteina. Ale te wydarzenia mają dłuższą tradycję – pierwsza transmisja spektaklu z Helen Mirren odbyła się w 2009 roku i od tego czasu tysiące widzów na całym świecie siedząc wygodnie w swoich kinach, mogły zajrzeć do brytyjskich teatrów, podziwiać dzieła Szekspira i adaptacje znanych powieści wystawiane przez najlepszych dramaturgów i obsadzone tak dobrymi aktorami jak Ian McKellen, Patrick Stewart, Ciaran Hinds, Helen McCrory, Tom Hiddleston czy młodymi gwiazdkami seriali jak Lily Rose i Richard Madden.

Jakkolwiek podejrzane nie wydawałyby się wam moje zachwyty cyklem NTLive, zapewniam, że Multikino nie przyłożyło ręki ani portfela do żadnego tekstu, który wkrótce będziecie mogli tu przeczytać – po prostu jestem nadgorliwym anglofilem. A będzie co czytać – tegoroczny sezon w pełni, kilka świetnych i trochę mniej świetnych przedstawień już za mną i chce mi się o nich opowiadać. Dlatego od dziś rusza na blogu nowa zakładka: Kinoteatr. Być może cykl NTLive i pokrewne wydarzenia nie mają zbyt wiele wspólnego z pierwotnym znaczeniem słowa kinoteatr, ale też w pewnym sensie łączą ze sobą cechy obu instytucji: przystępność kina i wysoką sztukę na scenach teatru.

Na pierwszy ogień Frankenstein w reżyserii Danny’ego Boyle’a – bo retransmisje obu wersji spektaklu możecie zobaczyć już 29 i 31 października. O czym była powieść Mary Shelley, nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć. Choć warto zaznaczyć, że spektakl opiera się właśnie na oryginalnym tekście i pomija całą popkulturową otoczkę, jaką nadały tej historii filmy z Borisem Karloffem. Nie ma tu mrocznego zamczyska, nie ma garbatego Igora. Historia wraca do korzeni i nie przypomina już klasycznego horroru – a raczej niepokojącą, gorzką opowieść o człowieku igrającym z prawami natury i o nieszczęśliwej, inteligentnej istocie odtrąconej przez własnego stwórcę.

lady
Kadr z nagrania Frankensteina, reż. Danny Boyle, 2011.

Frankenstein Boyle’a to prawdziwie poruszające studium ludzkiej psychiki. Victor nie jest tu kompletnie szalonym naukowcem, tylko nazbyt ambitnym i dość egoistycznym młodzieńcem przekonanym o swoich wybitnych zdolnościach. Ale najwięcej uwagi spektakl poświęca monstrum. To oczami potwora patrzymy na wszystkie wydarzenia. Obserwujemy, jak stawia pierwsze, niemal po dziecięcemu niezdarne kroki, jak zachwyca się pięknem świata, jak chce się uczyć, garnie się do ludzi… i jak odtrącony przez wszystkich coraz bardziej pogrąża się w ciemności i daje się ponieść żądzy zemsty. Frankenstein w reżyserii Boyle’a sporo ma do powiedzenia o samotności, nietolerancji i braku zrozumienia.

Benedict Cumberbatch jest wprost stworzony do roli aroganckiego geniusza. Zaś Jonny Lee Miller w roli monstrum jest niesamowity, z prawdziwym wyczuciem kreuje postać, która – choć pozornie tak nieludzka – najpierw powoli i z ufnością odnajduje swoje człowieczeństwo, a potem w gniewie je zatraca. Miller kupuje widza już w początkowych scenach, kiedy stawia pierwsze niezdarne kroki, kiedy jak dziecko cieszy się promieniami słońca i śpiewem ptaków. I do końca jest po prostu hipnotyzujący.

Cumberbatch w tej roli wypada równie dobrze, choć jego Stworzenie jest nieco inne. O ile Miller dał swojemu bardzo sympatyczną twarz i sporo z dziecka poznającego świat, to Cumberbatcha znacznie łatwiej się przestraszyć, a konstruując swoją postać, aktor wzoruje się raczej na sztywności ludzi odzyskujących sprawność po uszkodzeniach układu nerwowego. Jego potwora nieco trudniej jest polubić, ale dzięki temu widz ma okazję skonfrontować się ze swoją własną niechęcią wobec inności.

Ale sam fakt, że aktorzy wymieniali się głównymi rolami, sporo mówi o tym, jak próbowali zrozumieć obie postaci i nadać głębię ich wzajemnej relacji. Zdecydowanie było warto, a obaj nie bez powodu byli za tę sztukę nagradzani.

ice
Kadr z nagrania Frankensteina, reż. Danny Boyle, 2011.

Pamiętam, że za pierwszym razem wyszłam z kina oczarowana. Przejęta. Nie było się do czego przyczepić – może poza dość charakterystycznym dla brytyjskiej poprawności politycznej brakiem logiki w obsadzaniu ról spokrewnionych ze sobą osób… ale to akurat dobry temat na osobny tekst.

Jeśli tylko macie możliwość, wybierzcie się na Frankensteina. Warto czasem spojrzeć na ludzkość z boku i spróbować zrozumieć, w jakich okolicznościach rodzą się prawdziwe potwory. A jeśli to was nie przekonuje… po takim spektaklu przynajmniej będziecie mogli powiedzieć, że jedliście nachosy w teatrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.