Co to jest bestseller?

Czasem to określenie może być wyznacznikiem jakości – jak w przypadku bestsellerów „New York Timesa”. Czasem może być powodem niechęci – gdy patrzymy z punktu widzenia książkowego hipstera. Ale co to właściwie jest bestseller? Instynktownie wszyscy czujemy, o co chodzi. Bestseller to taka książka, która się dobrze sprzedaje. Ale co to znaczy dobrze? Jak to się mierzy? I czy warto w ogóle wierzyć zapewnieniom, że mamy  w rękach rozchwytywaną lekturę?

Przede wszystkim zależy od tego, z jakiego rodzaju bestsellerem mamy do czynienia. Teoretycznie miano bestsellera powinno zależeć od skrupulatnie gromadzonych statystyk sprzedaży, ale w praktyce bywa z tym różnie. Często wydawcy czy sprzedawcy posługują się tym terminem w bardzo luźnym znaczeniu – do celów marketingowych. O ile statystyki zliczane dla prestiżowych czasopism czy dla poszczególnych państw, w których książka została wydana, są jeszcze dosyć miarodajne, to na pewno warto wziąć poprawkę na to, co widzimy w dziale z bestsellerami w naszej lokalnej księgarni.

Bestsellery księgarni X czy bestsellery sklepu Y nie muszą wcale mieć wiele wspólnego z tym, czym rzeczywiście zaczytuje się świat. W najlepszym wypadku odzwierciedlają wybory lokalnej klienteli. Ale może się też zdarzyć, że zamiast tego odzwierciedlają po prostu zasobność portfela wydawcy, który był skłonny dopłacić za wyeksponowanie książki w widocznym miejscu.

Podobnie jest zresztą w przypadku bestsellerów wydawnictwa X czy Y. Warto sobie najpierw zadać pytanie, ile taki wydawca w ogóle sprzedaje książek. Jeśli ma w ofercie trzy tytuły na krzyż i łącznie sprzedał ich może ze trzy tysiące, nic go przecież nie powstrzyma przed reklamowaniem najpopularniejszej z tych książek jako „bestselleru naszego wydawnictwa”… Mało komu przychodzi do głowy sprawdzić, na jakiej właściwie liście bestsellerów dana książka się znalazła, wystarczy, że ma magiczne słowo na okładce.

Mogłoby się wydawać, że prestiżowe listy zasługują na większe zaufanie… i do pewnego stopnia tak jest. Nikt raczej nie puka bezpośrednio do redakcji „New York Timesa” z kopertą wypchaną pieniędzmi i propozycją nie do odrzucenia. Ale choćby sam sposób zliczania głosów był w miarę obiektywny, zawsze znajdą się jacyś mistrzowie marketingu, którzy będą próbowali różnymi sztuczkami złamać system. Są na świecie ludzie, którzy specjalizują się w takim oddolnym manipulowaniu dystrybucją książki w poszczególnych punktach sprzedaży, by ta wypłynęła wysoko na prestiżowych listach bestsellerów. Wyobrażam ich sobie jako księgarską wersję Franka Underwooda. Albo przynajmniej Douga Stampera.  Można ich sobie wynająć. Rzecz jasna za spore pieniądze.

Ale zostawmy na chwilę etycznie wątpliwe praktyki marketingowe i porozmawiajmy o oficjalnych statystykach. Ile książek trzeba sprzedać, żeby być autorem bestsellera? To zależy, gdzie tę książkę sprzedajemy, bo sposoby ustalenia tej granicy są różne w zależności od kraju czy czasopisma, które listę bestsellerów tworzy. W Wielkiej Brytanii na to miano mogą sobie zasłużyć książki, które sprzedają się w liczbie od 4000 do 25 000… tygodniowo. Przynajmniej jeśli mówimy o tych w twardych okładkach. W Kanadzie tytuł ten przypada książce, która w danym tygodniu sprzedaje się najlepiej. W Polsce umowna granica dla bestsellerów to 10 000 egzemplarzy sprzedanych… w ogóle. Mówi się też, że to granica, przy której polski autor w ogóle zaczyna na książce zarabiać jakieś realne pieniądze… A ponoć większość polskich autorów sprzedaje co najwyżej 2-3 tysiące egzemplarzy. O bestsellerach mogą pomarzyć. O życiu wyłącznie z pisania chyba też. Ale te liczby raczej nie powinny dziwić, jeśli mamy w pamięci raport czytelnictwa za poprzedni rok.

W Polsce więc mieć bestseller jest stosunkowo łatwo… i jednocześnie dosyć trudno, zważywszy, że w ogóle mało kto książki kupuje. Z punktu widzenia czytelnika kupić bestseller jest za to bajecznie prosto – czasem można mieć wrażenie, że poza bestsellerami niczego innego w księgarniach nie ma. Ot, takie słowo-wytrych, nadzieja na samospełniającą się wydawniczą przepowiednię.

Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Czy bestsellerowym deklaracjom na okładkach należy wierzyć? Jeśli lepiej czujecie się z faktem, że 100 000 (czy w polskich warunkach: 10 000) innych osób sięgnęło po tę samą książkę – to może czasem warto dokopać się do konkretnej listy bestsellerów, na której dana książka miałaby widnieć. I sprawdzić, czy bestsellerem ten tytuł nie był przypadkiem wyłącznie w Radomiu, a nigdzie indziej na świecie nikt się nim nie zainteresował.

O ile oczywiście taka wiedza jest wam do szczęścia potrzebna. Przed wynalezieniem list bestsellerów ludzie też czytali książki. I pewnie czytaliby je dalej, gdyby nikt tego nie mierzył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.