Kadr z filmu "Captain Fantastic", reż. Matt Ross, 2016.

Captain Fantastic albo Nietzsche w adidasach

Jest piątek, są kinowe premiery, a wśród nich od dziś w kinach studyjnych możecie zobaczyć jeden z moich ulubionych tegorocznych oscarowych filmów – a w nim Viggo Mortensena, który nominację za najlepszą rolę pierwszoplanową dostał głównie za granie oczami… bo przez większość filmu chodzi tak zarośnięty, że niewiele więcej w jego twarzy widać.

Chodzi o film Captain Fantastic w reżyserii Matta Rossa. Na pierwszy rzut oka opowiadana tu historia wydaje się prosta – poznajemy Bena (Mortensen), który wraz z żoną wychowuje szóstkę dzieci z dala od cywilizacji i zgiełku miast, w drewnianej chacie w środku lasu. Cała rodzina je tylko to, co uda im się własnoręcznie upolować albo wyhodować w przydomowym ogródku. Dzieci nie chodzą do szkoły i prawie nie mają kontaktu z ludźmi z zewnątrz, a o ich dość specyficzną edukację dbają rodzice. Od najmłodszych lat dzieciaki uczą się posługiwać łukiem i nożem myśliwskim, codziennie zaliczają wyczerpujący trening i bieganie po górach, a wśród lektur podsuwanych im przez ojca znajdują się filozoficzne traktaty i podręczniki fizyki kwantowej. Wieczorami cała rodzina zbiera się przy ognisku, by śpiewać piosenki – i widać wtedy, jak bardzo są ze sobą zżyci.

Kadr z filmu "Captain Fantastic", reż. Matt Ross, 2016.
Kadr z filmu Captain Fantastic, reż. Matt Ross, 2016.

Ta sielanka nie może jednak trwać wiecznie – kiedy matka trafia do szpitala i tam umiera, reszta rodziny musi stawić czoła cywilizacji. Konfrontacja ze zgiełkiem wielkich miast i społeczeństwem pełnym konwenansów okazuje się trudniejsza, niż mogłoby się wydawać.

Ta konfrontacja nie jest też łatwa dla widza. Pozornie prosta historia po kolei przeprowadza nas przez wyjątkowo szeroką paletę emocji. Najpierw obawiamy się, że głowa rodziny to jakiś szaleniec, w końcu kto daje kilkuletniemu dziecku białą broń do ręki. Później obserwujemy ich wzajemne relacje, miłość, szacunek, atmosferę, która sprzyja wymianie myśli i rozwojowi intelektualnemu. Słuchamy tych wszystkich mądrych rzeczy, które wypływają z ust dzieciaków i zaczynamy zazdrościć, że nas nikt nie zamknął w drewnianej chacie z masą książek o teorii strun. A kiedy przychodzi czas konfrontacji z cywilizacją, okazuje się, że wszystko jest dużo bardziej skomplikowane, niż mogłoby się nam wydawać. Czy dzieci Bena wyrastają w atmosferze krytycznego i samodzielnego myślenia, czy może jednak są częścią małej rodzinnej sekty, spętane poglądami swojego ojca?

Kadr z filmu "Captain Fantastic", reż. Matt Ross, 2016.
Kadr z filmu Captain Fantastic, reż. Matt Ross, 2016.

Absurdy zwykłego miejskiego życia ścierają się z absurdami dorastania w dziczy. Kiedy dzieci wychowywane pod kloszem spotykają się z tymi, którym nie oszczędzano prawdy o brutalności świata, zaczynamy podawać w wątpliwość oba modele wychowania. Kto w tym zestawieniu jest bardziej dziki, co to znaczy być człowiekiem? Nagle zupełnie zasadne stają się pytania, co jest w życiu ważniejsze: wiedzieć, czym są adidasy, czy cytować i rozumieć Nietzschego. Czy lepiej jest być intelektualnym czy społecznym ignorantem?

Jest w tym filmie scena, gdy jedna z dziewczynek mówi o swoich wrażeniach podczas lektury Lolity. I jej słowa w zasadzie można by odnieść do całego Captain Fantastic i jego głównego bohatera – oto obserwujemy kogoś, kto łamie społeczne zasady, czyja wizja świata nie jest akceptowalna i czyje działania mogą skrzywdzić bezbronne dzieci. Powinniśmy go nie znosić. Potępiać. Ale opowieść jest snuta w taki sposób, a punkt widzenia bohatera uzasadniany taki konceptami, że obok tej niechęci narasta w nas sympatia, zaczynamy go rozumieć, może na jakimś poziomie nawet mu kibicować. I trudno jest przetrawić ten ambiwalentny stosunek do całej historii.

Kadr z filmu "Captain Fantastic", reż. Matt Ross, 2016.
Kadr z filmu Captain Fantastic, reż. Matt Ross, 2016.

Przy wszystkich tych trudnych do przetrawienia refleksjach Captain Fantastic jest jednocześnie bardzo ciepłym, kolorowym i pełnym dobrej energii filmem. Jest też świetnie zagrany – Viggo co prawda gra głównie oczami, ale cała dziecięca obsada w niczym nie ustępuje starszemu koledze po fachu. Wszystkie postaci są wyraziste i na swój sposób urzekające. Zaskakująco łatwo jest się w tym filmie po prostu zakochać. Ja się zakochałam.

Captain Fantastic to prawdziwa perełka. Gdybym miała wybrać swój ulubiony film 2016 roku, to właśnie ta niesamowita opowieść miałaby spore szanse zgarnąć ten tytuł. Z czystym sercem polecam – ale zabierzcie ze sobą do kina otwartą głowę.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.