Kadr z filmu "Seks w wielkim mieście 2", reż. M. P. King, 2010.

Być jak Carrie Bradshaw

Pamiętam to bardzo dobrze – kiedy na pierwszym roku studiów odkryłam Seks w wielkim mieście, momentalnie zapragnęłam być jak Carrie Bradshaw.

Co prawda, „być jak Carrie Bradshaw” nie oznaczało dla mnie horrendalnie drogich ciuchów i wystawnych imprez. Ani tym bardziej końskiej twarzy pani S. J. Parker. Choć – szczerze mówiąc – jako była dziewczyna Downeya Juniora Sarah Jessica Parker ze swoją charakterystyczną twarzą zamiast obiektem żartów powinna się stać pocieszeniem i symbolem nadziei dla milionów kobiet na całym świecie. Skoro RDJ mógł się umawiać z koniem, to nikt mi już nie wmówi, że Aragorn i Daario Naharis to nie moja liga.

Fot. Ron Galella Ltd/WireImage
Fot. Ron Galella Ltd/WireImage

„Być jak Carrie Bradshaw” oznaczało dla mnie głównie machnięcie jednego krótkiego artykułu tygodniowo i spędzanie reszty czasu na wydawaniu pieniędzy, szamaniu sałatek w towarzystwie przyjaciółek i popijaniu jednego Cosmopolitana za drugim. Żyć nie umierać.

Nie byłam co prawda aż tak naiwna, żeby uwierzyć, że jeden felieton tygodniowo jest w stanie pokryć koszty życia, imprez i setek par markowych butów… Kariera pisarska Carrie wydawała mi się wtedy nie tylko szalenie nieprawdopodobna, ale też wyjątkowo banalna. Bo w końcu kto chciałby w kółko pisać o związkach, randkach i miłości? Co odkrywczego można powiedzieć na ten temat? Chyba niewiele, bo nie przypominam sobie, żebym zbierała szczękę z podłogi po którymkolwiek z odcinków Seksu w wielkim mieście.

Zabawne. Kiedy kilka lat później sama liznęłam nieco świata wydawniczego, szybko okazało się, że w porównaniu z „prawdziwymi bestsellerami, które raz na zawsze odmienią twoje życie”, Carrie Bradshaw była wyrafinowanym geniuszem. I prawdziwym badaczem.

carrie
Kadr z serialu Seks w wielkim mieście, 1998. Data powinna wyjaśniać jakość obrazka.

Pisanie o randkach, związkach i miłości jest jednocześnie okropnie trudne i żenująco łatwe. Trudne o tyle, że niełatwo jest znaleźć zupełnie nowe słowa, by opisać coś, o czym napisano już miliardy stron… Ale jest też żenująco łatwe i może to robić dosłownie każdy. Ty, ja, dwunastoletnia dziewczynka i ten podejrzany dziwak w kapeluszu. Nie trzeba mieć do tego żadnego przygotowania, wiedzy ani nawet bujnego doświadczenia w temacie. Stateczna mężatka może uchodzić za eksperta od randek. Odludek, który nigdy nie był w stałym związku, może udzielać porad małżeńskich. I nikt nawet nie zauważy, że żadne z nich nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi.

Jak to możliwe? Zwyczajnie – choć ludziom zawsze wydaje się, że szukają konkretnych rozwiązań dla swoich problemów, tak naprawdę potrzeba im tylko jednego: poczucia, że ktoś próbuje ich zrozumieć i stoi po ich stronie. Trochę pokrzepiających słów, parę pół-retorycznych pytań, kilka potencjalnych odpowiedzi, z których połowa się wzajemnie wyklucza… Nieważne. Liczy się tylko to, żeby wmówić czytelnikowi, że doskonale rozumiesz jego sytuację. A w tym Carrie Bradshaw była znakomita. Nawet mi się to czasem udaje.

Wiem, co mówię. Bywam Ciocią Dobrą Radą, bywam też częścią manufaktury produkującej średnio odkrywcze teksty o życiu, miłości i związkach. Jakoś w końcu trzeba zarobić na te szpilki od Manolo. Wygląda na to, że ostatecznie co nieco wzięłam sobie z Carrie, chociaż chyba nie do końca o to mi chodziło… Bo jednocześnie cały czas jestem jeszcze rozczarowująco daleko od jednego felietonu tygodniowo i sączenia Cosmopolitanów w poniedziałkowe popołudnie…

Ewidentnie coś poszło nie tak. Ale jako że Carrie z twarzą konia jest symbolem nadziei… Wszystko jeszcze przede mną. Recenzje w „The New Yorkerze” i poniedziałkowe kolorowe drinki też.

2 komentarze

  • ja zawsze lubiłam Samanthę, która prędzej popełniłaby seppuku szpilką od Manolo, niż przeprosiła za to, jaka jest 🙂

    ostatnio jak odpaliłam yt i w propozycjach mi wyskoczyło – wiesz co… mało mi skarpetki nie spadły 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.