Kadr z filmu "Big Love", reż. Barbara Białowąs, 2012.

Big Love, czyli o filmie, którego nikt nie rozumie

Obiecywałam sobie, że nie napiszę o Big Love. Z różnych powodów. Głównie dlatego, że zupełnie nie potrafię być w obliczu tego filmu obiektywna. Wyciągam z niego kilka emocjonalnych elementów, na których skupia się cała moja uwaga, a wszystkie jego rażące wady jakoś mi umykają w całościowym odbiorze. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Obiecywałam sobie więc, że nie będę się na temat tego filmu wypowiadać.

Potem jednak natknęłam się na wideo, ukazujące w całej krasie i okazałości, jak reżyserka usiłuje tłumaczyć krytykowi, że zupełnie nie zrozumiał jej genialnego dzieła. Część pierwszaczęść druga do obejrzenia na YouTube. Polecam, dawno się tak nie ubawiłam.

Po wysłuchaniu szalenie przekonujących argumentów Barbary Białowąs, nawet ja i moje klapki na oczach nie mogłyśmy dalej udawać, że wszystko jest w porządku. O ile jeszcze jestem w stanie Big Love kupić na zasadzie naładowanej niedojrzałymi emocjami historii dla nastolatek i kobiet, którym zdarzyło się kiedyś kochać psychopatę, to film ten wypada marnie, żeby nie powiedzieć: tragicznie, jeśli mierzyć go w kategoriach, w jakich chciałaby go widzieć reżyserka. Nie będę powtarzać ani słów pana krytyka, ani aspirujących do miana legendarnych wypowiedzi pani Białowąs. Nie ma sensu. Powiem tylko, co czuję w związku z całą sprawą, bo początkowo nie od recenzji miał być ten blog, a jedynie od skromnych mych odczuć.

Słuchając pani Białowąs doszłam do wniosku, że zupełnie jej filmu nie zrozumiałam. Ani nawet przez chwilę do głowy mi nie przyszło, że w zamierzeniu miał być AŻ TAK MĄDRY, jak opisuje go reżyserka, i oprócz drugiego mieć także i dziesiąte dno. Trochę mnie pociesza, że profesjonalni krytycy również mądrości w nim nie widzą. Wobec tego nie do końca rozumiem, dlaczego i po co pani Białowąs tak zaciekle broni genialności swojego dzieła. Zupełnie wszak nie służy to ani jej, ani samemu filmowi. Jedna rzecz – stworzyć rzecz może nie najlepszą, którą widzowie i tak zaakceptują, bo coś w nich porusza, bo lubią Pawlickiego albo oglądanie nagiej Hamkało sprawia im przyjemność. Zupełnie inna jednak – stworzyć rzecz marną, na siłę próbując ją wepchnąć pomiędzy rzeczy wielkie i niedoceniane. Trochę mi to pachnie brutalnym morderstwem na własnym dziele.

Pozostając w temacie nierozumienia – fenomenalne wydaje mi się zjawisko następujące: wśród widzów nie ma zgody nawet co do tego, o czym ten film właściwie jest. Rzecz jest co najmniej dziwna, bo sama historia prostsza ani w prostszy sposób opowiedziana już chyba być nie mogła. A jednak widzowie nie mogą się w tej sprawie porozumieć. Osobiście spotkałam się z dwoma typami reakcji. Pierwsza grupa widzów głosi wszem i wobec, że Big Love jest filmem o miłości. O wielkiej, ach jakże pięknej i trudnej miłości. Gdy moja znajoma studentka psychologii ośmieliła się wyrazić pogląd odmienny, a mianowicie: jakiej niby miłości? toż to film o psychopacie jest!, okrzyknięta została pustą dziewuchą, która nie rozumie ogromnej głębi rzeczonego dzieła. Bo też i drugą grupę widzów stanowią psychologowie, studenci psychologii i ludzie mający chociaż elementarne wyczucie tego, co normalne nie jest.

Może i ja jestem pustą dziewuchą, ale rękami i nogami podpisuję się pod opinią swojej grupy zawodowej. Nie przemawia do mnie argumentacja, że Maciek to wszystko przecież robił, bo tak ją strasznie kochał. Nie wiem, który mężczyzna z powodu wielkiej miłości skrupulatnie prowadzi dzienniczek z dokładnie opisanym każdym stosunkiem. Nie wiem, który mężczyzna z powodu wielkiej miłości maltretuje zwierzęta i ludzi. Nie wiem, który mężczyzna z powodu wielkiej miłości manipuluje swoją kobietą i na każdym kroku szantażuje ją emocjonalnie. Chętnie bym takiego poznała. Ciekawy materiał do badań.

Ja tam widzę w Maćku osobnika cokolwiek psychopatycznego. I o tym właśnie dla mnie jest ten film, o psychopacie i dziewczynie, która miała pecha kogoś takiego pokochać. W tym sensie może to i jest film o miłości. Beznadziejnej, trudnej, będącej bardziej uzależnieniem, niż wzniosłym uczuciem. Z taką Big Love może się jeszcze zgodzę.

Zakładając tego bloga miałam taką myśl, by pisać tylko o rzeczach dobrych. Albo o dobrych stronach rzeczy na tym gruncie kontrowersyjnych. Nie sądzę, żeby to w ogóle było możliwe, skoro biorę na warsztat takie filmy jak Big Love… Chcę jednak na zakończenie zaznaczyć, że to wcale nie musiał być film tak słaby. Nie wiem, w którym momencie coś nawaliło, czy wizja pani Białowąs na jakimś etapie zamordowała scenariusz, czy już sam scenariusz był niedopracowany, albo (biorąc pod uwagę argumentację reżyserki) na tyle przekombinowany, że już nic dobrego nie mogło z niego wyniknąć… Nie wiem. Wiem natomiast, że na ten temat można by nakręcić całkiem dobry film. Psychopaci są wszak niezwykle wdzięcznym tematem do twórczej eksploatacji. A już psychopaci w połączeniu z kochającym naiwnym dziewczątkiem – nic, tylko kręcić filmy. Wystarczy mieć trochę wyczucia. I dobrze przemyśleć swoją genialną koncepcję.

1 Komentarz

  • Nie widziałem filmu i chyba nie zobaczę. Zapewne słusznie piszesz, że jest słaby. Domyślam się po przeczytaniu Twojego tekstu jaką wymowę może mieć ten film. Nie jesteś raczej ani pierwszą ani ostatnią osobą, która próbuje się doszukać drugiego dna w kiepskiej produkcji, na zasadzie „może to moja wina, że nie rozumiem tego genialnego dzieła”. Dlatego sądzę, że nie warto generalizować, mówiąc o polskim (czy jakimkolwiek) kinie dobrze czy źle. Warto rozliczać twórców za ich konkretne obrazy. „Rewers” a „Kac wawa” to antypody – sama przyznasz.
    P.S. Dzięki za odzew na moim blogu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.