Kadr z serialu Ania, nie Anna, Netflix, 2017.

Ania, nie Andzia – czyli Netflix kontra wyobrażenia z dzieciństwa

Wróciła. Po tylu latach Ania z Zielonego Wzgórza znów na nowo bawi i wzrusza – tym razem za sprawą świeżutkiego serialu od Netflixa Ania, nie Anna (Anne with an „E”).

Nie będę owijać w bawełnę – i zacznę od największej wady tego serialu: siedem odcinków to stanowczo za mało. Poza tym nie widzę żadnych innych wad. Może mój krytycyzm osłabł, bo dorastałam przy Ani i świat już nie jest taki sam, odkąd beczałam przy scenie z tyfusem Gilberta. A może to jest po prostu solidnie i pięknie zrobiona produkcja. Jakikolwiek nie byłby prawdziwy powód – będę się zachwycać. Zostaliście uprzedzeni.

Kadr z serialu Ania, nie Anna, Netflix, 2017.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się tu w oczy, są przepiękne kadry. Zwłaszcza dzikie, nieco surowe, romantyczne plenery – których urok chyba tylko Ania Shirley potrafiłaby opisać odpowiednim epitetem. Moja dziecięca wyobraźnia podczas lektury zdecydowanie nie potrafiła odtworzyć czegoś tak zachwycającego. A do tego jeszcze dopracowane kostiumy i klimatyczne wnętrza… w mgnieniu oka przenosimy się w XIX wiek, do malowniczej, małej miejscowości, w której życie toczy się powoli, a ludzie zajmują się przede wszystkim swoimi drobnymi, prozaicznymi sprawami.

Kadr z serialu Ania, nie Anna, Netflix, 2017.

Dokładnie tak jak w książce, w tym prostym, uporządkowanym świecie niespodziewanie pojawia się niezwykła dziewczynka. Wygadana, pogrążona w marzeniach, egzaltowana, bystra, ale i skrzywdzona przez życie. Trochę dzika, nieoswojona z konwenansami, co każe jej kwestionować zastany porządek – i staje się świetnym pretekstem do stworzenia portretu małomiasteczkowej społeczności. Ania, nie Anna to zresztą produkcja bardzo konsekwentnie nasycona ideami zmian społecznych. Nastoletnia Ania na tle koleżanek brzmi trochę jak feministka – choć początkowo może bardziej za sprawą braków w socjalizacji i „należytym” wychowaniu. Postępowe refleksje nie omijają nawet i Maryli, którą Małgorzata złośliwie nazywa sufrażystką. Nikt tu specjalnie z ekranu nie agituje, ale jak na dłoni widać, jak w konfrontacji z Anią w kolejnych bohaterach budzi się empatia i świadomość pewnych społecznych problemów – od losów kobiet po stygmatyzację dzieci z patologicznych środowisk.

Kadr z serialu Ania, nie Anna, Netflix, 2017.

Bohaterowie cały czas szukają swojego miejsca – w nowych, niespodziewanych rolach, w relacjach z drugim człowiekiem. Wszyscy są po prostu ludzcy, niezdarnie przełamują swoje ograniczenia, z trudem przyznają się do błędów, nawzajem uczą się odpowiedzialności za siebie. Pięknie widać to zwłaszcza w relacjach Ani z Marylą. Surowe mury wokół kobiety kruszą się stopniowo, a budowanie porozumienia bywa okupione bólem. Jeśli czymś Ania, nie Anna emocjonalnie różni się od książkowego pierwowzoru, to właśnie bardziej dojrzałym i zniuansowanym spojrzeniem na człowieka – ale i próbą nakreślenia tego, jak wyglądało życie Ani przed Zielonym Wzgórzem i jak ją to ukształtowało.

Emocji w ogóle jest w tym serialu dużo. Niektórzy wręcz zarzucają mu zbytnie dramatyzowanie… ale zatrzymajmy się przez chwilę nad tym zdaniem. Czy „za dużo dramatyzujesz” nie było przypadkiem stałym refrenem, który Ania słyszała z ust praktycznie wszystkich wokół? Jak więc serial o niej miałby nie dramatyzować, nie pokusić się o egzaltację? Przyznaję, to, że popłakiwałam praktycznie przy każdym odcinku, było nieco męczące – ale głównie dlatego, że akurat skończyły mi się chusteczki.

Taki słodki Gilbert. Kadr z serialu Ania, nie Anna, Netflix, 2017.

Castingiem do Ani zajmowali się chyba geniusze. Mateusz Cuthbert (R. H. Thomson) jest najcieplejszym i najbardziej nieporadnym starym kawalerem srebrnego ekranu. Geraldine James jako Maryla – jednocześnie surowa, zdystansowana i kochająca, twarda i delikatna. Lucas Jade Zumann jako Gilbert Blythe jest istnym wcieleniem marzeń małych dziewczynek. Tak uroczy, że nie jestem pewna, czy wypada mi to komentować, chłopak w końcu ma 15 lat… A Ania… Ach, Ania! Amybeth McNulty to strzał w dziesiątkę. Dziewczynka o tak przedziwnej urodzie, że świetnie na niej leżą słowa „chuda, brzydka, niezdarna i piegowata” – a jednocześnie tak magnetyczna, pełna dobrej energii i śliczna… Zupełnie naturalnie wchodzi w rolę outsiderki, wyróżnia się na tle innych dzieci i skupia na sobie całą uwagę.

Kadr z serialu Ania, nie Anna, Netflix, 2017.

Chociaż tytuł serialu mógłby sugerować coś innego, polskie tłumaczenie (a przynajmniej napisy) czerpie z pierwszego i chyba najbardziej znanego przekładu Rozalii Bernsteinowej, w którym padają słynne słowa „Ania, nie Andzia”. Może i dobrze, inaczej fani powieści mogliby się czuć trochę nieswojo, bo rzeczony przekład był… ewidentnie bardzo kreatywny. Swoją drogą, jego historia musi być fascynująca. Tłumaczka bardzo swobodnie poczynała sobie z nazwami własnymi i imionami postaci – co być może niektórzy z was (tak jak ja) odkryją dopiero przy okazji serialu. W napisach znajdziecie co prawda swojską Małgorzatę Linde, ale nie zdziwcie się, jeśli w tym czasie do tej postaci ktoś będzie się zwracał: Rachel. Tłumaczka ochoczo wycinała też ponoć nawiązania do Biblii i anglojęzycznych poetów… Przedwojenna szkoła przekładu była raczej nieposkromioną sztuką niż rzemiosłem wiernym oryginałowi. Trudno powiedzieć, czy to dobrze, czy może jednak źle. Ale to dzięki temu Kubuś Puchatek nie ma u nas na imię Fredzia.

Kadr z serialu Ania, nie Anna, Netflix, 2017.

A skoro już odnosimy się do oryginału… Serial bardzo wiernie odtwarza najbardziej ikoniczne sceny powieści. Pomiędzy nimi poczyna sobie natomiast całkiem śmiało, rozbudowuje wątki, przygląda im się z innej strony, dopisuje postaci, niekiedy wplata w fabułę rzeczy, które być może was zaskoczą. Cały czas jednak trzyma się oryginalnego klimatu i oddaje sprawiedliwość swoim bohaterom. Zmiany, choć może wprawią w konsternację najbardziej zatwardziałych fanów powieści, w większości przypadków mają chyba uzasadnienie, nierzadko tło psychologiczne poszczególnych postaci na nich zyskuje, a przede wszystkim cała historia nabiera dodatkowego wymiaru. Z dość lekko i humorystycznie opowiedzianej, zmienia się w bliższą życiu, uwiarygodnia dynamikę relacji dziecka znajdującego się nagle w zupełnie nowym środowisku i dwójki samotników niezbyt przygotowanych do roli opiekunów.

Kadr z serialu Ania, nie Anna, Netflix, 2017.

Im dalej w las, tym zmian w fabule jest więcej – a ostatni odcinek zapowiada, że drugi sezon może być pod tym względem jeszcze bardziej śmiały. Jaki będzie tego efekt, zobaczymy. Póki co, Ania, nie Anna wywarła na mnie dużo większe wrażenie niż poprzednie ekranizacje powieści Lucy Maud Montgomery z Megan Followes w roli głównej. Chociaż wiem, że dla wielu osób to zdanie może brzmieć jak herezja… Najwyraźniej każdy ma własną jedyną słuszną Anię.  Ta jest moja i dokładnie na taką czekałam.

3 komentarze

  • Świetna recenzja! Właśnie dzisiaj skończyłam oglądać ostatni odcinek „Ania, nie Anna” i już wiem, że to zdecydowanie za mało. Kiedy włączyłam pierwszy odcinek szczerze przyznam, że czekałam na rozczarowanie, bo w przeciwieństwie do Ciebie podobała mi się poprzednia ekranizacja Ani z Zielonego Wzgórza z Megan Followes i powiem, że zostałam zaskoczona. Ekranizacja jest rewelacyjna, a główna bohaterka cudowna, jej kreacja postaci jest fantastyczna i nigdy nie przypuszczałam, że spodoba mi się jeszcze jakaś wersja Ani z Zielonego Wzgórza, poza tym zgadzam się praktycznie z każdy Twoim słowem w recenzji 🙂

  • Piękna recenzja. I zgadzam się z nią w 100%. Uwielbiam serię książek, podobała mi się poprzednia ekranizacja, ale…była jakaś „za ładna”. Ta Ania zdecydowanie bardziej przypomina moje wyobrażenia z książki, ma pazur, jest prawdziwa i… prześliczna w swoim rodzaju. Epizody nieksiążkowe na początku lekko mnie draznily, znam w koncu powieść prawie na pamięć, ale im dalej tym mniej przeszkadzały. Ależ jestem ciekawa, co bedzie dalej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.