Agenci T.A.R.C.Z.Y. – perełka od Marvela czy kosmiczne guilty pleasure?

Prawdopodobnie każdy wielbiciel seriali ma na swojej liście choć jeden taki tytuł, który śledzi z wypiekami na twarzy, choć obiektywnie rzecz biorąc… wcale nie powinien. Istne guilty pleasures, małe przyjemności, do których wstyd się przyznać. Wiecie, jeden z tych naiwnych seriali dla nastolatek albo jakiś tasiemiec, który ciągnie się tak długo, że już nawet jego twórcy zapomnieli, po co go dalej kręcą. Produkcje ostentacyjnie wyciskające łzy i żerujące na emocjach albo pełne coraz dziwniejszych bohaterów i tak żenujących zwrotów akcji, że po każdym odcinku mamy ochotę rzucić je w cholerę… ale nigdy tego nie robimy, bo jakkolwiek niedorzeczne te produkcje by nie były, dostarczają nam zbyt wiele rozrywki.

Swego czasu moją największą guilty pleasure były Pamiętniki wampirów. Pomijając już nawet wampirzo-romansową tematykę z amerykańskimi nastolatkami w tle, z której chyba jednak powinnam w końcu wyrosnąć, ten serial z sezonu na sezon robił się po prostu coraz bardziej niedorzeczny. To, co zaczęło się jak o niebo mniej głupia i lepiej przeniesiona na ekran wersja nieszczęsnego Zmierzchu, po kilku seriach obrosło taką warstwą absurdu, że w końcu dałam za wygraną… Kiedy niewielkie amerykańskie miasteczko zaczynają zaludniać już nie tylko wampiry, wilkołaki i wiedźmy, ale też duchy, syreny, międzygatunkowe hybrydy i zaprogramowani do zabijania łowcy, a dość kameralna historia zmienia się w serię wielokrotnych zmartwychwstań, opętań i coraz to nowych gróźb wampirokalipsy, człowiek zaczyna jednak trochę tracić cierpliwość i czuć się przytłoczony. Ale nie będę ukrywać – przy wszystkich fabularnych niedorzecznościach Pamiętniki wampirów były na tyle sprawnie napisane i nakręcone, że nie dało się od nich oderwać. Wciągały, wyciskały łzy, zaskakiwały i na dodatek dostarczały estetycznej przyjemności – w końcu obsada chyba co najmniej w połowie złożona była z modeli płci obojga. Czego chcieć więcej?

Kadr z serialu <em>Agenci T.A.R.C.Z.Y.</em>
Kadr z serialu Agenci T.A.R.C.Z.Y.

Dziś poważnie zastanawiam się, czy do kategorii moich guilty pleasures nie powinien przypadkiem wpaść produkowany pod szyldem Marvela serial Agenci T.A.R.C.Z.Y. Bo kiedy się tak przyjrzeć, co działo się w nim przez kilka ostatnich sezonów, słowo „niedorzeczny” wcale nie byłoby tu nieuzasadnione. Agenci T.A.R.C.Z.Y. co prawda nigdy nie mieli być kameralną historią – wszak to opowieść o członkach tajnej organizacji, której głównym zadaniem jest ratowanie ludzkości… Ale na przestrzeni zaledwie 4 lat w serialu wydarzyło się już tyle, że ja dawno przestałam za nim nadążać. Nasi bohaterowie byli już uwięzieni na obcych planetach, wewnątrz programów komputerowych, przechodzili przez podejrzane portale, walczyli z nazistami, duchami, rządem, agentem Cooperem, krwiożerczymi androidami i sobą nawzajem, zakumplowali się z Ghost Riderem, umierali i wracali do życia, przywoływali mordercze starożytne demony, a jakby jeszcze tego było mało, w nowym sezonie podróżują nie tylko w kosmosie, ale i w czasie.

Trudno zaprzeczyć, że ten serial ma wszystko, co zazwyczaj charakteryzuje guilty pleasures. Wciąga lepiej niż niejeden kryminał, jest pełen niedorzecznie atrakcyjnych ludzi, bez trudu wyciska łzy i bawi świetnie napisanym humorem, a akcja zasuwa do przodu w takim tempie i zakręca pod takimi kątami, że rzadko kiedy mamy czas zastanowić się nad sensem tego wszystkiego i zadać sobie pytanie, co też u licha scenarzyści tym razem nawymyślali. Agenci T.A.R.C.Z.Y., jak na prawdziwe guilty pleasure przystało, są mistrzami w uciszaniu sceptycyzmu i zawieszaniu niewiary widza – a agent Coulson mi świadkiem, że bez tego po prostu załamalibyśmy ręce nad inwencją twórczą producentów.

Kadr z serialu <em>Agenci T.A.R.C.Z.Y.</em>
Kadr z serialu Agenci T.A.R.C.Z.Y.

Wyobrażam sobie, że proces konstruowania fabuły kolejnych sezonów ma coś wspólnego z losowaniem przypadkowych pojęć z dziedziny science fiction… ewentualnie zaczyna się słowami „o czym dawno nie pisaliśmy? może o Hydrze i nazistach?”. Ale przy całym tym fabularnym szaleństwie i wszystkich chwilach, kiedy nie mogę uwierzyć, że dalej to oglądam, mimo wszystko łatka guilty pleasure wydaje mi się odrobinę niesprawiedliwa. Niby uzasadniona – ale jednocześnie jakby nie na miejscu. Bo to po prostu nie jest zły serial – a bardzo często takie właśnie są guilty pleasures. W końcu z jakiegoś powodu wstydzimy się do nich przyznawać.

Czego by nie mówić o Agentach T.A.R.C.Z.Y., na mapie marvelowych seriali to jest jednak jeden z lepszych tytułów – przynajmniej, jeśli akceptujemy jego konwencję. Może i nie stanie w szranki z w gruncie rzeczy poważnym Punisherem, ale na jednej półce z opowieściami o superszpiegach, mutantach i elektronicznych gadżetach zdecydowanie będzie się wyróżniać. A wszystko to zasługa sprawnie napisanego scenariusza i świetnie kreowanych postaci. Nawet kiedy twórcy testują naszą cierpliwość, mnożąc coraz to dziwaczniejsze intrygi, robią to tak sprawnie i z taką gracją, że nawet nie przyjdzie nam do głowy kwestionować ich zdrowia psychicznego. Agenci T.A.R.C.Z.Y. są chyba najzabawniejszym serialem Marvela, pełnym easter eggów i nawiązań do filmów z MCU – tam, gdzie Avengersi kończą imprezę, Phil Coulson i jego ekipa podejmują temat. W przeciwieństwie do kilku netflixowych prób, tutaj twórcy doskonale wiedzą, jak napisać pełnokrwiste postaci i pełne chemii relacje między bohaterami – dzięki czemu dostajemy między innymi jeden z najlepszych wątków romantycznych we wszystkich telewizyjnych adaptacjach komiksów, ale też masę interakcji już bez podtekstu, a za to ze świetną dynamiką.

Kadr z serialu <em>Agenci T.A.R.C.Z.Y.</em>
Fitzsimmons czyli najlepszy wątek EVER. Kadr z serialu Agenci T.A.R.C.Z.Y.

Czy Agenci T.A.R.C.Z.Y. są najmądrzejszym serialem Marvela? Nie. Najbardziej dopieszczonym i skrupulatnie zaplanowanym? Też nie. Świeżym i nowatorskim? Wątpliwe. Ale jedno jest pewne – ich twórcy wiedzą, jak z pasją i pełnym przekonaniem opowiadać historie, które będziemy śledzić z wypiekami na twarzy… nawet, jeśli stopniowo robią się coraz bardziej niedorzeczne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.