6 grzechów głównych teatralnej widowni

Kiedyś wydawało mi się, że choć zasady odpowiedniego zachowania się w kinie uległy dawno pewnemu rozluźnieniu, to bardziej „oficjalne” kulturalne wydarzenia jak spektakle w teatrach z wiekową tradycją, opera czy koncerty w filharmonii przyciągają bardziej świadomą bon tonu publiczność – albo przynajmniej swoją formalną atmosferą wymuszają określony rodzaj zachowania się… O słodka naiwności!

Nie oszukujmy się, ja też nie jestem święta… i zdarza mi się wnosić nachosy na retransmisje spektakli z National Theratre Live, jeśli pędzę tam prosto z pracy, nie mając czasu niczego po drodze przegryźć. Wychodzę jednak z założenia, że jestem w kinie – aktorzy na ekranie i tak nie mają pojęcia o moim istnieniu, więc nie mogę im przeszkadzać. A że na wielkiej multipleksowej sali siedzi zazwyczaj może z pięć osób, to przy odpowiednio strategicznym ulokowaniu się na widowni nawet ostentacyjne chrupanie nachosów nie dotarłoby do niczyich wrażliwych uszu. Moim osobistym kryterium dobrego wychowania jest przede wszystkim nieprzeszkadzanie innym w odbiorze sztuki – a już tym bardziej w jej wykonywaniu.

Dżinsów do filharmonii jednak bym nie założyła – przede wszystkim dlatego, by nie odbierać sobie nic z wyjątkowości całego wieczoru. A biorąc pod uwagę, że według raportu GUS z 2012 roku przeciętny Polak na kino, teatr i inne tego typu rozrywki wydaje rocznie oszałamiającą kwotę 22 zł, trudno nie traktować wizyty w filharmonii czy operze jako czegoś wyjątkowego. Z drugiej strony, wymóg zakładania do teatru czy na koncert cienkich cielistych rajstop i szpilek – broń Boże kozaków! – kiedy na zewnątrz jest minus dwadzieścia i szaleje śnieżyca, wydaje mi się cokolwiek skostniały i nieludzki… Zwłaszcza w odniesieniu do tej nieszczęsnej części widowni, której nikt nie transportuje z jej własnego salonu wprost do pierwszego rzędu w ogrzewanej lektyce.

Jeśli teatralno-koncertową publiczność rozpisać jako kontinuum z widzami kompletnie nieświadomymi ogólnie przyjętych zasad albo celowo (artystycznie? hipstersko?) je łamiącymi po jednej stronie oraz potomkami Czartoryskich i żonami emerytowanych profesorów UJ po stronie drugiej – znajdę się pewnie gdzieś pośrodku, wychodząc z założenia, że wszystko jest dla ludzi… dopóki nie utrudniamy sobie nawzajem życia. Problem w tym, że o ile dżinsy w teatrze mogą co najwyżej przyprawić żonę jakiegoś profesora o palpitacje serca, to dzisiejsza publiczność ma na sumieniu dużo większe grzechy przeciwko bliźnim melomanom i teatrofilom.

Pisanie SMS-ów

Większość z nas zna ten obrazek z kina – nagle na pogrążonej w ciemności widowni staje się światłość. I zamiast skupiać się na ekranie, osłaniasz oczy przed wypalającym ci siatkówkę źródłem światła albo zaglądasz sąsiadowi w telefon, sprawdzając, co też było tak niesamowicie ważne, że nie mogło poczekać do zakończenia seansu. Niestety nawet bardziej formalne i dziejące się na żywo wydarzenia nie są wolne od takich zachowań i zdarza się, że eleganccy panowie w garniturach i panie w wieczorowych sukniach podczas przedstawienia czy koncertu scrollują Facebooka albo na bieżąco zdają esemesową relację znajomym. A zdarzały się przecież i przypadki odbierania telefonów na widowni… „Nie mogę teraz rozmawiać. W teatrze jestem. No, na przedstawieniu. A, takie sobie”. Najwyraźniej dla niektórych bon ton ogranicza się do pytania „co na siebie włożyć”.

Chodzenie po sali

Przeciskanie się pomiędzy rzędami w trakcie przedstawienia, zasłanianie wszystkim z tyłu, poszturchiwanie widzów z przodu, rozpraszanie artystów (czy on wychodzi, bo sztuka mu się nie podoba?) – jedno twoje niewinne wyjście do toalety naprawdę potrafi zepsuć odbiór wielu osobom wokół. Od tego są przerwy. Albo te pięć minut przed rozpoczęciem przedstawienia, kiedy kręcisz się w fotelu i nie masz co ze sobą zrobić.

Gadanie

Dzielenie się wrażeniami ze spektaklu czy koncertu ma swoje własne miejsce w planie wieczoru – można to zrobić podczas przerwy albo po zakończeniu przedstawienia. Świat naprawdę się nie zawali, jeśli z tej możliwości skorzystamy. Ba, są szanse, że będziemy mieli nawet jeszcze więcej do powiedzenia, bo zwyczajnie nie przegapimy połowy występu, nadając towarzyszowi (i przy okazji, niestety, kilku okolicznym rzędom) do ucha jak katarynka.

Kopanie w krzesło

Owszem, trzeba przyznać, że nie wszystkie sale i rzędy na widowni są zaprojektowane tak, żeby mierzący dwa metry widz miał co zrobić z nogami. Ale jest pewna różnica pomiędzy przypadkowym pojedynczym kopnięciem, które może zdarzyć się każdemu… a nieustannym uderzaniem o krzesło, które dla siedzącej w nim osoby sprawia wrażenie, jakby ktoś z tyłu próbował nadawać komunikat alfabetem Morse’a albo co gorsza – jakby oparcie rzeczonego fotela stanowiło istotny rekwizyt w gorączkowych poczynaniach zdecydowanie zbyt spoufalającej się pary.

Kaszel

Generalnie zasady dobrego wychowania mówią, że w filharmonii z atakiem gruźliczego kaszlu albo krztuszeniem się własną śliną należy poczekać do antraktu albo przynajmniej do oklasków po skończonym utworze – idealnie zamaskują niepożądany hałas. Przyznaję, że jestem rozdarta. Podstawówkowa znajomość biologii głosi, że kaszel jest jednak odruchem, można co najwyżej próbować go stłumić. Mimo wszystko nikt chyba nie krztusi się na złość innym… ale nie da się ukryć, że przy akustyce większości sal koncertowych atak kaszlu nie tylko kaszlącemu przeszkadza w odbiorze muzyki. Pozostaje też pytanie – co takiego u licha robisz podczas tego koncertu, że zaczynasz się krztusić… czyżbyś coś ukradkiem podjadał?

Nagrywanie i robienie zdjęć

Do tego, że na rockowych koncertach zapalniczki zostały zastąpione przez las uniesionych i nagrywających marnej jakości filmy smartfonów, zdążyliśmy się już nieco przyzwyczaić – choć wciąż wygląda to dość absurdalnie i kulturą nie grzeszy. Ale do tego, że podczas koncertu muzyki klasycznej gość w pierwszym rzędzie robi foteczki albo kręci spory kawałek występu, trudno się jednak przyzwyczaić… zwłaszcza, kiedy ten sam koncert równolegle rejestruje telewizja i bez problemu będzie można go sobie odświeżyć i nagrać. W całości i w o niebo lepszej jakości. Robienie zdjęć z fleszem to kolejne z notorycznych przewinień… A zdarzały się już przecież przypadki, kiedy aktorzy byli zmuszeni przerwać przedstawienie i ustawić fotografa-amatora do pionu, bo jego nieustannie błyskająca lampa nie pozwalała im się skupić na roli. Aż strach się zastanawiać, czy to kompletny brak wyobraźni, czy może jednak znak czasów i obawa, że jeśli nie cykniesz paru foteczek, nikt ci nie uwierzy, że byłeś w teatrze… może i słusznie. Bo kto by się spodziewał wizyty w teatrze po kimś, kto robi zdjęcia podczas trwania spektaklu…

Lista kulturalnych grzechów i grzeszków ciągnie się jeszcze długo… ale to zdecydowanie najczęstsze z nich. Pozostaje pytanie, skąd to się bierze. Czy w grę wchodzi upadek obyczajów? Brak empatii i wrażliwości na ludzi wokół? A może wszystkiemu winny jest brak obycia i to, że tak rzadko korzystamy ze sztuki wysokiej? Może to znów naiwność, ale chciałabym wierzyć, że to właśnie ten ostatni powód… bo to stosunkowo łatwo naprawić – chodźcie częściej do teatru, opery, filharmonii! Nawet jeśli czasem zdarzy się, że ktoś kaszlnie albo wybije was z rytmu robieniem foteczek na Instagrama, to i tak niewielka skaza na niesamowitym doświadczeniu obcowania ze sztuką na żywo.

I z tym optymistycznym przesłaniem dziś was zostawiam. Zbliża się koniec roku, część z was pewnie będzie robić sobie jakieś postanowienia noworoczne… niech więc na waszych listach znajdzie się więcej aktywnego uczestnictwa w kulturze – i jak najmniej głównych grzechów dobrego wychowania!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.