Fot. Charlie Gray

5 rzeczy, które dał mi fangirling

Fangirling to takie śmieszne zjawisko, które w sekundę zamienia dorosłe kobiety w nastoletnie podlotki. Wystarczy im pokazać na przykład fotkę brytyjskiego aktora w perfekcyjnie skrojonym garniturze. I koszuli opiętej tak, że zaraz guziki puszczą.

Według wszelkich definicji fangirling objawia się głównie wydawaniem niekontrolowanie wysokich dźwięków na widok wybranego obiektu zachwytu. Obiektem zachwytu są przeważnie przystojni aktorzy i ludzie sławni ze wszelkich innych powodów. Także postaci z książek czy filmów. Ale czasem mogą to być nawet całe wysokobudżetowe produkcje. Ja na przykład mam niekontrolowany wyszczerz za każdym razem, kiedy widzę logo Marvela.

Do innych objawów fangirlingu należą m.in.: spędzanie kilku godzin z rzędu na oglądaniu wywiadów z obiektem westchnień, śledzenie wszystkich medialnych doniesień na jego temat, a czasem nawet dokładna znajomość takich parametrów obiektu jak wzrost czy numer buta. Z objawów fizycznych: nienaturalnie wysoki chichot, rumieńce na twarzy, przyspieszone bicie serca, westchnienia, niezrozumiały potok słów słyszalnych głównie dla psów, omdlenia lub płacz na widok obiektu zachwytu… Nie, żeby wielu kobietom udawało się twarzą w twarz spotkać swój wybrany obiekt. Ale te, którym się udaje, dostarczają ciekawego materiału do analizy.

fangirling

Można się z tego śmiać, bo czasami to naprawdę jest śmieszne. Można domniemywać, że ludzie oddają się tego typu czynnościom, poszukując w nich emocji, których brak im w codziennym życiu. Piszę „ludzie”, bo nie jest to wyłącznie domena kobiet, mężczyźni również czasem uprawiają fangirling, choć część z nich dla dodania sobie męskości bądź animuszu określa go słowem fanboying. Pewnie zresztą jest w tych domysłach ziarno prawdy, w końcu mało kto ma na co dzień możliwość przebywania w towarzystwie ludzi ubranych w garnitury od tak wybitnych projektantów, że jestem zdecydowanie zbyt mało wyrafinowana, żeby znać ich nazwiska.

Fangirling bynajmniej nie jest zjawiskiem nowym. Uprawiano go od zawsze. Kobiety od zawsze wzdychały jeśli nie do Chopina, to do Elvisa albo któregoś z Bondów. Nie widzę w tym żadnej ujmy. Wręcz przeciwnie, jestem w stanie wykazać, że czasem fangirling przynosi korzyści. Ba, czasem nawet człowieka rozwija.

Oto 5 rzeczy, które dał mi fangirling:

1.Johnny Depp i miłość do kina

Kadr z filmu "Turysta", 2010.
Kadr z filmu Turysta, 2010.

Nie oszukujmy się, nie urodziłam się z zamiarem pochłonięcia tylu filmów, ile tylko zdołam. Dość długo byłam kinowym ignorantem, bardziej interesowały mnie książki. Albo usuwanie drabinek z basenu w Simsach. Na dobre odkryłam kino w liceum, kiedy w ramach szkolnego projektu postanowiłam połączyć przyjemne (uwielbienie dla niegdysiejszych kości policzkowych Johnny’ego Deppa) z pożytecznym (zaliczeniem przedmiotu). I w ciągu paru tygodni obejrzałam i opisałam jakieś 30 filmów z jego udziałem.

Kto wie, czy gdyby nie kości policzkowe Deppa, kiedykolwiek odkryłabym Jima Jarmuscha. Albo chociaż Tima Burtona. Ok, Burtona musiałabym odkryć, jego filmy są zrobione jak specjalnie dla mnie. Ale przede wszystkim ten maraton z Deppem pokazał mi wtedy, ile to krótkie słowo „kino” ma w sobie rozmaitych ścieżek i zakamarków. I jak niektóre z nich przemawiają prosto do mojego serca.

2. Draco Malfoy i blogowanie

Kadr z filmu "Harry Potter i Książę Półkrwi", reż. David Yates, 2009.
Kadr z filmu Harry Potter i Książę Półkrwi, reż. David Yates, 2009.

Długo przed Deppem byłam jeszcze fanką Draco Malfoya. Do tego stopnia, że nieusatysfakcjonowana zbyt małą rolą Ślizgona w kolejnych książkach J.K.Rowling postanowiłam sama dopisać mu parę scen. Tak postał mój pierwszy własny blog. Ale tę historię już znacie. A jeśli nie znacie, możecie o niej poczytać tutaj.

3. Robert Downey Jr i Joni Mitchell

To nie z "Ally...", ale też prawnik. "Sędzia", 2014.
To nie z Ally…, ale też ładny prawnik. Sędzia, 2014.

Jeśli chodzi o muzykę, od dawna jestem sporym ignorantem. Nie tak wielkim, żeby nie kojarzyć Purple rain, ale kompletnie nie nadążam za nowościami. I jako nowości kwalifikuje się u mnie wszystko, co wyszło po roku 2010. Mniej więcej wtedy straciłam orientację. Większość z tego, co jednak zostaje w moim odtwarzaczu, podłapuję w filmach i serialach. I to właśnie w ten sposób odkryłam moją ukochaną dziś Joni Mitchell.

Wbrew pozorom, to nie Love Actually mi ją przedstawiło. Z miejsca zakochałam się w River, a River w filmie Curtisa wybrzmiewa tak cicho, że można nie zauważyć. To Downey Junior w którymś odcinku Ally McBeal przedstawił mi tę piosenkę. Gdyby nie fangirling, nie katowałabym jego wykonania tej piosenki bez końca, a gdybym go nie katowała, nie zadałabym sobie pytania, czyja to w zasadzie piosenka… i co ja bym dzisiaj mówiła ludziom, którzy pytają, czego słucham?

Dzięki fazie na Downeya odkryłam jeszcze parę innych rzeczy. Że lubię komiksy. Albo kim była Diane Arbus. Ale dla Diane nie będę dla tworzyć osobnego punktu, bo na fotografii znam się jeszcze mniej niż na muzyce.

4. Przystojni młodzi Brytyjczycy i… rozczarowania

Kadr z Saturday Night Live, 2016.
Kadr z Saturday Night Live, 2016.

Żeby nie było tak pięknie i różowo, muszę wspomnieć o ciemnych stronach fangirlingu. Bo one są. Jak już się człowiek podkochuje w kimś przystojnym i zdolnym, to automatycznie zakłada, że obiekt podkochiwania jest też obdarzony innymi przymiotami: nieskazitelną kulturą osobistą, elokwencją, błyskotliwym poczuciem humoru… A z tym bywa różnie. I wcale nie mam tu na myśli ubranej w dość nieprzemyślane słowa niedawnej wypowiedzi Toma Hiddlestona na rozdaniu Złotych Globów. Potknięcie Toma to tylko potknięcie. Czasem zdarza się, że twój ideał spada z bardzo wysokiego konia… A ty patrzysz na to i czujesz się mniej więcej tak, jakby twój narzeczony na pierwszym obiadku u rodziców zrobił z siebie kompletnego idiotę.

Takich niefortunnych emocji dostarczyło mi jakiś czas temu uwielbienie dla Benedicta Cumberbatcha. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać jego poczucia humoru, które uwzględnia żarty toaletowe i erotyczno-trupie…. to może nie będę was traumatyzować. Ale jeśli jesteście masochistami, możecie kliknąć tutajtutaj. Na własną odpowiedzialność!

Na koniec na osłodę jeszcze coś pozytywnego…

5. Benedict Cumberbatch i National Theatre Live

NT Live: Frankenstein, 2011.
NT Live: Frankenstein, 2011.

Nie wiem, czy ktoś zbiera takie dane, ale podejrzewam, że statystyczny Polak chodzi do teatru jeszcze rzadziej, niż sięga po książkę. W tej kategorii jestem zdecydowanie bliżej średniej, niż bym tego chciała… Ale trochę nadrabiam. Chociaż to nadrabianie teatru odbywa się w moim przypadku w kinie.

Nie będę oszukiwać, na Frankensteina poszłam z pobudek estetycznych. Bo grał w nim Cumberbatch. I dlatego, że wygrałam bilety. Sęk w tym, że tak mi się spodobało, że i na retransmisje spektakli bez Cumberbatcha chadzam chętnie. I poważnie zastanawiam się nad jakimś baletem albo operą. Na początek też na ekranie. Ale kto wie, co będzie dalej…

Patrzę teraz na ten tekst i myślę, że fangirling to takie zabawne zjawisko, przez które może wam się dzisiaj wydawać, że nie znam się na niczym poza wzdychaniem do przystojnych aktorów. Interesujące.

Nie da się ukryć, że na wzdychaniu znam się znakomicie. A resztę moich ukrytych talentów… może poznacie w swoim czasie.

3 komentarze

  • Zjawisko oczywiście znam, ale szczerze przyznam, że jak nigdy nie miałam konkretnego idola, tak trudno mi „wpaść” w jakiś serial/film/książkę na tyle, by uznać się za fangirl 😀 Jasne, mam fazy, np. teraz na Kelsiera z „Z mgły zrodzonego”, ale piszczeć na jego widok nie będę 😀

  • Dziękuję, wreszcie ktoś to powiedział! Fangirling to może i niezbyt chwalebna rzecz, ale podążając za swoimi obiektami westchnień można całkiem sporo zyskać w swoim rozwoju kulturalnym. W pogoni za Fassbenderem czy Tomem Cruisem natknęłam się na kilka prawdziwych arcydzieł. I’m proud to be a fangirl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.