10 wspomnień z 10. festiwalu Off Camera

Przełom kwietnia i maja to czas, kiedy w Krakowie rządzi kino i festiwal Off Camera. Jak widać po pustkach na blogu, Off Camera zdominowała też cały mój czas wolny… Co roku czekam na festiwalowy urlop nie tylko z nadzieją na dobre filmy, ale i na to, że pomiędzy nimi będę miała wystarczająco dużo czasu, by pisać… I o ile dobre filmy zawsze się pojawiają, to z czasem na pisanie bywa już znacznie gorzej.

Ale hej – pora wrócić do rzeczywistości. Na dobry początek mam dla was 10 wspomnień z tegorocznej jubileuszowej 10. edycji festiwalu Off Camera.

1. Andrew Scott…
Nie oszukujmy się, dla wielu osób najważniejszym punktem programu tegorocznego festiwalu była wizyta Andrew Scotta, któremu największą popularność przyniosła rola idealnie psychopatycznego Jima Moriarty’ego w serialu Sherlock. Chociaż w trakcie festiwalu zdarzyło mi się spotkać także ludzi pytających: kim w ogóle jest ten gość? Ewidentnie nie wszyscy odkryli jeszcze geniusz pierwszych sezonów Sherlocka. Nadrabiajcie zaległości!

Andrew przyjechał do Krakowa promować film Piękny drań (Handsome devil) – całkiem przyjemną wariację wokół motywu O, Captain! My captain! i nastolatków szukających odwagi bycia sobą pod okiem charyzmatycznego nauczyciela literatury angielskiej. Piękny drań od 12 maja w kinach, śmiało możecie nadrobić. Sam Andrew okazał się przemiłym facetem i choć poruszał się w obstawie rosłych ochroniarzy, fani bez problemu mogli do niego zagadać czy zrobić sobie fotkę (jestem pewna, że ponad głowami tłumu widziałam też przytulanie!).

Andrew Scott ma Wam coś do powiedzenia! ❤ #andrewscott #netiaoffcamera #offcamera #kraków #filmfestival

A post shared by Fundacja Off Camera (@offcamerafestival) on

2. …i martwa cisza
Najbardziej jednak utkwiła mi w pamięci martwa cisza, jaka zapadła na sali, kiedy rozmowa po filmie Piękny drań zeszła na temat homoseksualizmu… i kiedy wypowiedzi Andrew Scotta bądź co bądź rozwiały nadzieje licznie zgromadzonych fanek na miłość jak z bajki. Wygląda na to, że polskie fanki niezbyt solidnie robią research, bo orientacja Andrew nie jest żadną tajemnicą i stosowna informacja dostępna jest nawet na Wikipedii. Drogie fangirls, pozwólcie, że starsza koleżanka podzieli się z wami doświadczeniem: pierwsza rzecz, jaką robicie, kiedy serduszko zabije wam mocniej na widok jakiegoś aktora, to wpisujecie w Google: IMIĘ NAZWISKO WIFE GIRLFRIEND. A jak to nie przyniesie rezultatów – IMIĘ NAZWISKO GAY. Łatwiej znieść rozczarowanie na samym początku!

3. Gwiazdy, gwiazdy, gwiazdy
Chociaż sam w sobie nowy film Jana Kidawy-Błońskiego Gwiazdy nie był szczególnie porywający, to z jego przedpremierowego pokazu i spotkania z twórcami mam całkiem miłe wspomnienia. Przy okazji wyszło na jaw, że jestem logistycznym mistrzem widowni – w rzędzie przede mną zajęła miejsce mniej więcej połowa polskiego show biznesu. Od Janiaka, przez Lubosa, aż do Zakościelnego… Brakowało tylko Karolaka. Serio, bo Adamczyk na sali był. Czułam się trochę jak ta wycieczka, którą Kimmel wpuścił w tym roku na galę rozdania Oscarów.

A skoro już o gwiazdach i gwiazdkach mówimy, dam wam dobrą radę – nigdy nie siadajcie w kinie za Maćkiem Musiałem. Chyba, że lubicie, jak wam ktoś świeci po oczach telefonem.

Logistycznie zdecydowanie układanie filmów w grafiku jest najtrudniejsze…

4. Kobieta z ogonem
Rosyjskie kino zawsze kojarzyło mi się z czymś dosyć osobliwym… ale w filmie Zoologia osobliwości sięgają zenitu. Jego dość zahukanej głównej bohaterce pewnego dnia wyrasta ogon. Jak na złość, nie taki ładny i puchaty jak u kotka, tylko raczej… ludzki i łysy. O dziwo, ten ogon staje się dla bohaterki wyzwoleniem i przez większość filmu toczy się dosyć ciepła opowieść o przełamywaniu własnych ograniczeń… do momentu aż reżyser zmienia zdanie i przy pomocy paru niesmacznych scen z ogonem w roli głównej, całkowicie wywraca do góry nogami wymowę całej historii. Obawiam się, że widok tego nieszczęsnego ogona jeszcze długo będzie mnie prześladował.

5. Monstrum z Korei
Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale naprawdę podobał mi się film, w którym Anne Hathaway kontroluje wielkiego potwora materializującego się w Seulu (czy ściślej mówiąc: jest tym potworem). Serio, po zwiastunie byłam przekonana, że to musi być strasznie głupie… a jednak Monstrum (Collosal) okazało się nie tylko zabawne, ale i całkiem mądre, dotykając takich tematów jak zmarnowane szanse, poczucie pustki, zawiść, emocjonalny szantaż. Ryzykowny mix dramatu, komedii, sci-fi i czegoś z gatunku Godzilli przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

6. Dzieciaki na widowni
Podczas festiwalu zaplanowane są specjalne projekcje filmów dla rodzin z dziećmi – ale nie to mam teraz na myśli. W tym roku na widowni spotkałam chłopca w wieku na oko 8-10 lat. Na (swoją drogą bardzo dobrym) filmie Remember o żądnym zemsty staruszku tropiącym oprawcę z Auschwitz. Który to film uwzględnia nazistowski język nienawiści, o strzelaniu ludziom w głowę i mózgach spływających po ścianie nie wspominając. Ośmiolatek rzecz jasna nie przyszedł sam – a jego opiekunka zagadnięta przy wejściu na salę, czy chłopiec nie jest przypadkiem za młody na takie rzeczy, beztrosko odparła, że rano był już z nią na Pokocie. Wiecie, dużo zamordowanych ludzi i martwych zwierząt na ekranie, te sprawy. No bo co ona miała z dzieckiem zrobić, kiedy chciała iść na film?

Nie jestem specjalną fanką dzieci, żadnych nie posiadam i może z tego powodu niektórzy uznają, że nie powinnam się wymądrzać… Ale jako obywatelka tego kraju jestem jednak żywo zainteresowana tym, czy wasze dzieci nie wyrosną na ludzi zdecydowanie zbyt wcześnie i za bardzo oswojonych z przemocą. Jeśli podczas seansu szeptem musicie dziecku robić wykład o tym, kto to był Hitler, i uspokajać je po tym, jak na ekranie padły strzały w głowę, to znaczy, że to raczej nie jest film odpowiedni dla ich wieku. Totalnie rozumiem palącą potrzebę zobaczenia dobrego filmu, ale może jednak trochę rozsądku… Filmowa kontrola rodzicielska ma sens. Naprawdę.

7. Kobiece historie
W tym roku podczas Off Camery mogliśmy obejrzeć całkiem sporo filmów, które świetnie nadawałyby się do opisania w cyklu #FeministFriday. Włoski Wordly girl o dziewczynie ze społeczności Świadków Jehowy, której całym życiem rządzą surowe religijne zasady – determinując to, z kim wolno jej rozmawiać, z kim się spotykać, czy wolno jej się uczyć i gdzie pracować. Albo A wedding o młodej Pakistance, którą narodowe tradycje dosięgają nawet w Belgii – rodzina siłą chce ją wydać za mąż, wspaniałomyślnie dając jej niesłychaną wolność wyboru spośród trzech „odpowiednich” kandydatów. Albo świetny i bardzo muzyczny Z otwartymi oczami pokazujący Tunezję tuż przed jaśminową rewolucją z perspektywy pełnej energii i buntu nastolatki. A do tego jeszcze cała sekcja Silna płeć – zdecydowanie było co oglądać!

8. Hiszpańska masakra w barze
Nieczęsto mi się zdarza złapać się podczas seansu na tym, że siedzę z otwartymi ustami… A hiszpańskiemu filmowi The Bar udało się doprowadzić mnie do takiego stanu. Pomysł był prosty – najzwyczajniejszy bar pod słońcem, a w nim grupa przypadkowych osób. Hipster, atrakcyjna dziewczyna, policjant, menel, hazardzistka, biznesmen, właścicielka o chrapliwym głosie i jej pomagier. Wszyscy oni nagle znajdują się w pułapce, kiedy snajper zaczyna strzelać do każdego, kto wyjdzie z baru. Czy to atak terrorystyczny? Działania szaleńca? A może podejrzana wojskowa akcja? I najważniejsze – jak wydostać się z tej pułapki? Hiszpański reżyser Álex de la Inglesia serwuje dobry thriller ze świetnie napisanymi postaciami i wyraźną nutą poczucia humoru. Zdecydowanie jedno z bardziej pozytywnych zaskoczeń całego festiwalu!

9. Fangirling jest wszędzie
Przyznaję bez bicia – na Gwiazdy Kidawy-Błońskiego wybrałam się dlatego, że po seansie miało się odbyć spotkanie m.in. z Sebastianem Fabijańskim. Nie oszukujmy się, niewiele wiem o polskiej piłce nożnej lat siedemdziesiątych ani o bohaterze filmu Janie Banasiu (po filmie też zresztą niezbyt dużo się dowiedziałam), więc co innego mogło mnie tam przyciągnąć, jeśli nie charyzmatyczny aktor?

Wygląda jednak na to, że nie tylko ja czasem zabłądzę na przypadkowy film w poszukiwaniu doznań głównie estetycznych. O ile jednak mój fangirling w większości rozgrywa się w środku, a na zewnątrz wyglądam trochę jak znudzona życiem blogerka, to na tym i innych gwiazdorskich seansach nie brakowało fanek ledwo powstrzymujących się od pisku. I te komentarze w stylu: Myśl jak mężczyzna! Jak będzie siedział tam na podium, to w którą stronę będzie patrzył? Tam musimy usiąść! – bezcenne!

10. Deszcz
W tym roku pogoda wyjątkowo płatała figle – do tego stopnia, że nie odważyłam się na żaden z licznych plenerowych seansów. Wieczorami było zimno. Całymi dniami było mokro. I chociaż seansom pod chmurką to nie służyło, kapryśna pogoda całkiem nieźle komponuje się z siedzeniem w kinie. I w knajpach. Najlepiej też tematycznie powiązanych z filmami. Niniejszym więc oświadczam, że elfie lembasy Pod Rozbrykanym Kócem nie straciły na przeprowadzce i dalej są tak samo smaczne. A czarodziejskie kremowe piwo w Dziórawym Kotle – tak dobre, jak o nim mówią. Kulinarnie to też była całkiem ciekawa majówka!

Jubileuszowy festiwal Off Camera już za nami – jak co roku pełen wrażeń i ciekawych filmów z całego świata. Było super! Do zobaczenia za rok!

2 komentarze

  • Z ogromną przyjemnością przeczytałam relację z festiwalu. Jako miłośniczkę kina hiszpańskiego szczególnie zainteresował mnie wspomniany przez Ciebie El Bar.

  • Fantastyczna relacja. Jestem Krakuską, a w festiwalu brałam udział tylko raz 🙁 te najciekawsze filmy zawsze są w godzinach, kiedy pracuje 🙁 wiem, wiem… Wymówka słaba, zawsze można wziąć urlop…. A no nie zawsze 🙁 postanowienie, że w przyszłym roku postaram się bardziej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.